Polacy coraz chętniej zamawiają jedzenie na wynos. Co naprawdę wiemy o dostawcach?
Polacy jedzą na wynos
Coraz więcej Polaków zamawia jedzenie na wynos. I coraz więcej robi to przez internetowych pośredników.
UberEATS promuje się dobrymi warunkami dla dostawców. Prowizje i gwarantowane wynagrodzenie mają zachęcić dostawców do pracy.
shopblocks/Flickr CC by 2.0

UberEATS promuje się dobrymi warunkami dla dostawców. Prowizje i gwarantowane wynagrodzenie mają zachęcić dostawców do pracy.

Tylko w Pyszne.pl, najpopularniejszej aplikacji do zamawiania posiłków z dostawą z restauracji, miesięcznie składanych jest prawie 600 tys. zamówień. Na rynku jest jeszcze Pizzaportal.pl, w której 51 proc. udziałów ma AmRest, operator m.in. KFC i Pizza Hut w Polsce. Dynamicznie rozpycha się globalny UberEATS.

Te trzy firmy napędzają duże zmiany na rynku gastronomicznym. Choć według badań firmy Stava segment posiłków z dostawą to tylko 5 proc. całego rynku (którego wartość ten sam raport szacuje na 25 mld zł), to rośnie on dwukrotnie szybciej niż jedzenie „na miejscu”.

Polacy, podobnie jak dawno temu Amerykanie i nieco później mieszkańcy Europy Zachodniej, docenili prostotę i oszczędność czasu gwarantowaną przez jedzenie z dostawą. Szczególnie w porze lunchowej, gdy albo brakuje czasu na wyjście do restauracji, albo ochoty.

Coraz więcej osób będzie jadało restauracyjne posiłki w domu lub biurze. Ale rozwój tego rynku zależy od liczby chętnych do rozwożenia dań. A z tym może być w przyszłości ciężko.

Kto dostarcza jedzenie dla UberEATS i Pyszne.pl?

Rynek jedzenia na wynos nie istniałby bez telefonu – i wcale nie chodzi tu o nowoczesne aplikacje na smartfony. Według Stavy 60 proc. zamówień jest składanych telefonicznie i zdecydowanie najczęściej są to zamówienia pizzy. Ta potrawa odpowiada za ponad 40 proc. wartości całego segmentu, kolejne – burgery, dania orientalne i kebaby – są czterokrotnie mniej popularne.

Ale od paru lat stopniowo się to zmienia. Pizzaportal.pl, który przejął w miarę rozwoju m.in. Foodpandę, oraz Pyszne.pl trafiły na doskonały moment. Polska z jednej strony się skorporatyzowała, z drugiej – Polacy chcieli próbować nowych dań (np. sushi czy innych kuchni egzotycznych), a dodatkowo dzięki aplikacjom zamawianie stało się znacznie prostsze.

Początkowo wszystkie te firmy po prostu pośredniczyły. Za odpowiednią prowizją łączyły restauratorów z klientami; różniło się to od zamawiania bezpośrednio u restauratora jedynie tym, że było prostsze. Dania nadal dowozili pracownicy restauracji, zresztą Pizzaportal.pl do dziś działa w takim modelu. Największym minusem dla zamawiającego jest to, że ich potrawy często są przygotowywane w dalszej kolejności, a priorytet mają klienci przychodzący do restauracji.

Inaczej działa UberEATS czy Pyszne.pl – dla nich pracują (czy współpracują) dostawcy, którzy zbierają dania z restauracji i rozwożą do zamawiających. W miastach jeżdżą oni bardzo często na rowerach – to wygodne i niskokosztowe rozwiązanie, do tego często najszybsze. Pod tym względem Polska różni się np. od rodzimego dla UberEATS rynku amerykańskiego, gdzie często nawet jedna kanapka jest dostarczana wielkim chevroletem.

Takie rozwiązanie dodaje do układanki kolejny poziom skomplikowania oraz kolejnego pracownika, któremu należy wypłacić prowizję. Z jednej strony dzięki temu pośrednicy mogą gwarantować lepsze czasy dostawy i sami zajmować się usprawnianiem logistyki (na czym restauratorzy, zwłaszcza mniejsi, nie zawsze się znają), ale z drugiej – muszą znaleźć i opłacić pracowników.

Na jakich warunkach pracują dostawcy jedzenia?

Rozpoczynając działalność w Warszawie na początku roku, UberEATS promował się m.in. dobrymi warunkami dla dostawców. Dawał nie tylko wysokie, 25-proc. prowizje, ale też gwarantowane wynagrodzenia godzinowe, nawet ponad 20 zł w porze lunchu i kolacji, czyli dwóch najbardziej ruchliwych porach. Dostawcy rowerowi i skuterowi dostają nieco mniej niż kierowcy samochodów.

Praca nie jest szczególnie ciężka, bo w dużych plecakach dostawcy zwykle wożą pojedyncze, lekkie dania. Jednak ponieważ to Uber, to dostawcy muszą prowadzić działalność gospodarczą albo współpracować z inną firmą. Ci pośrednicy za opłatą zapewniają także leasing pojazdów, w tym rowerów. Dostawcy mogą liczyć na kilkanaście proc. prowizji od dostawy.

Jednak ostatecznie to właśnie rynek pracy może okazać się ograniczeniem rozwoju dowożonych posiłków. Już teraz w Warszawie trudno o pracowników za najniższą krajową, więcej zarobić można na kasie w dyskontach czy w innych miejscach, gdzie pracodawcy oferują umowę o pracę i stanowisko pod dachem. Imigranci mogą częściowo zapełnić tę lukę, ale nawet dla nich rozwożenie posiłków może być wkrótce mało atrakcyjne.

„Pasażerski” Uber umożliwia pracę w nocy, zwłaszcza w weekendy, więc wiele osób może traktować tę działalność jako dodatek do pracy. Do tego nie wiąże się z wysiłkiem fizycznym. Natomiast „jedzeniowy” Uber to praca przede wszystkim w dzień i wczesnym wieczorem. Liczba zamówień jedzenia do domu rośnie ponadto w złą pogodę, gdy Polakom nie chce wychodzić się do restauracji czy po zakupy – to dla rozwożących zła informacja.

Z jednej strony Polacy coraz bardziej „zachodnio” myślą o jedzeniu i coraz częściej je zamawiają. Z drugiej jednak – rynek pracy dowożących wciąż jest po polsku chaotyczny. Aby segment ten mógł rozwijać się w sposób zrównoważony, trzeba będzie wypracować także atrakcyjne dla pracowników modele zatrudnienia i wynagradzania.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj