Dzień dobry, chciałem zamknąć konto. Historia w pięciu aktach
Mój bank albo bardzo mnie lubił, albo szczerze nienawidził, bo gdy postanowiłem zamknąć konto, trwało to aż dwa tygodnie.
Operacja: zamknąć konto
Mirosław Gryń/Polityka

Operacja: zamknąć konto

Przez 10 lat byłem wierny jednemu bankowi, narodowemu, z długimi tradycjami. Niestety, ostatnio miałem wrażenie, że chyba się w tej tradycji zatrzymał, a konsultanci przypominali sobie o mnie wyłącznie wtedy, gdy zauważyli, że moje środki na koncie topnieją. Dzwonili wówczas natrętnie z ofertami kredytu.

Liczyłem, że zamknięcie konta pójdzie mi sprawnie. Niestety, nie poszło. Trwało kilkanaście dni i rozłożyło się na 5 aktów.

Akt 1.

W pomieszczeniu banku zauważam wywieszkę „Obsługa konta”. Akurat pusto.

– Czy mogę? – pytam konsultantkę.
– Oczywiście – uśmiecha się.

Siadam i uściślam, że chciałbym zamknąć konto. Mina pani rzednie. – A to jednak nie tutaj, z tym to proszę tam – wskazuje na ladę z trzema stanowiskami, dokładnie po drugiej stronie pomieszczenia.

Z trzech stanowisk otwarte jest jedno, po lewej. Po prawej jest pusto, a w środku siedzi pani, ale postawiła na blacie kartkę „Zapraszam obok”. Ciężko z kartką dyskutować, przyjmuję ją do wiadomości.

Przy okienku po lewej stoi seniorka. Pracownica banku tłumaczy jej coś dokładnie, drukuje kolejne dokumenty, każe podpisywać tu i tu, znowu coś tłumaczy i znowu drukuje. Po 10 minutach kolejka za mną urosła do trzech osób, a stanowisko pośrodku dalej nie zamierza pomóc jej rozładować.

Po mniej więcej kwadransie na stanowisku po prawej pojawia się konsultantka. Patrzę na nią błagalnie przez kilka minut, ale ta skutecznie chowa głowę, nie do końca wiem w czym, może w dokumentach, a może w gazecie? Kartki „Zapraszam obok” jednak nie postawiła, więc decyduję się podejść.

– Czy mogę do pani, w sprawie konta? – pytam.
– Oczywiście – uśmiecha się w raczej wymuszony sposób.
– Chciałem zamknąć rachunek – mówię.
– A to jednak nie tutaj, z tym proszę tam – wskazuje stanowisko, przy którym seniorka zapuszcza już korzenie.

Zaczynam ziewać i przestępować z nogi na nogę. Na szczęście po kilku minutach nadchodzi moja kolej.

– Chciałbym zamknąć rachunek – informuję.

Konsultantka wzdycha. To dobrze – myślę – bo wolę jej wzdychanie niż migrację do kolejnego okienka. Podaję jej dowód. Od tego momentu przez jakieś pięć minut cały czas w coś klika. Słowo daję, nie wiem, czy robi coś konstruktywnego, czy postanowiła między klientami zagrać w sapera.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj