Dzień dobry, chciałem zamknąć konto. Historia w pięciu aktach
Operacja: zamknąć konto
Mirosław Gryń/Polityka

Operacja: zamknąć konto

– Jakiś inny bank? – rzuca wreszcie. Odpowiadam, że tak, i podaję jego nazwę.
– A dlaczego tak całkiem internetowo pan chce? – dopytuje.
– A jakoś tak – nie grzeszę wylewnością.
– My też mamy internet. A jak pan rozmawia z maszyną, to ciężko coś załatwić, długo schodzi – próbuje mnie odwieść od decyzji. Po ponadpółgodzinnym czekaniu, w tym dwukrotnym przeganianiu mnie z okienka do okienka, argument o czasie wydaje mi się mało przekonujący. Coś czuję, że na tym się nie skończy, więc próbuję uciąć rozmowę i mówię, że wyjeżdżam z Polski na dłużej.

– A wie pan, że jak pan przywiezie czek z zagranicy, to my go zrealizujemy, a oni nie? – mój błąd...

Wreszcie prosi o kartę debetową, tnie ją nożyczkami, wypłaca 22,71 zł. To wszystko – oznajmia.

– A karta kredytowa? – zwracam uwagę, że pożegnałem się z bankiem dopiero w połowie.
– A to ma pan jeszcze kredytową? To nie u mnie, to u tamtej pani – wskazuje na biurko, przy którym usiadłem na początku.

– O, wrócił pan, no co tam? – pani tryska entuzjazmem na mój widok. – Jakiś kredyt będzie? – zaciera ręce.
– Chciałem zamknąć kartę kredytową – rozczarowuję ją, chyba bardzo, bo wzdycha głośno.
– A ja tu miałam specjalną ofertę kredytową dla pana przygotowaną...

Wypełniając co trzeba, pyta, czy zdradziłem ich z jakimś innym bankiem. Przyznaję się do zdrady i informuję, w którym banku się zakochałem.

– A przemyślał to pan? Bo ja, powiem panu, miałam nieprzyjemną sytuację z nimi. Ostatnio zmarła mi w rodzinie osoba, młoda bardzo, straszna tragedia swoją drogą, i zamykałam konto. I tylko mnie automat odsyłał z jednego miejsca na drugie, kazał wybierać kolejne numery, a tu pan przychodzi i rozmawia ze mną, a ja załatwiam wszystko – argumentuje.

Do cięcia idzie druga karta, a gdy już ją zamorduje, zwłoki kładzie na wydrukowanym wniosku i przykleja taśmą przezroczystą. Na koniec dzwoni do centrum obsługi kart, żeby sprawdzić, czy nie zalegam z jakąś płatnością. Wybiera numer, potem kolejne. Ze słuchawki dolatuje do mnie: „Jeśli chcesz coś tam, to wybierz to i to”. Aż mnie korci, żeby przypomnieć jej, jak zachwalała kontakt osobisty z pracownikiem.

Wizyta w banku zajęła mi prawie godzinę. Przez większość czasu wędrowałem między okienkami lub czekałem w kolejce. Przy każdym stanowisku próbowano mi wmówić, że właśnie podejmuję najgorszą finansową decyzję w swoim życiu. I przy każdym padły obelgi pod adresem mojego nowego banku, w tym jedna, w którą zaangażowano nieboszczyka. Całe szczęście, że mam to już za sobą – pomyślałem. Niestety, nie miałem.

Akt 2.

W czasie zamykania rachunku konsultantka obiecała, że przez miesięczny okres wypowiedzenia będę miał dostęp do konta przez internet. Dwa dni później próbuję się zalogować. Odmowa dostępu. Wszystkie serwisy zostały zablokowane. Aby je odblokować, muszę się albo udać do oddziału banku, albo zadzwonić do centrali. Wybieram kontakt mailowy z Biurem Obsługi Klienta, a nuż sprawa okaże się błaha.

Dość szybko dostaję odpowiedź. Nie ma szans, w ten sposób sprawy na pewno nie załatwię. Albo wycieczka do banku, albo telefon. Wybieram telefon.

Jeśli coś – wybierz 1, jeśli coś innego – wybierz 2. Rozmowa z konsultantem jest pod ostatnim numerem. Muzyczka.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc? – przedstawia się miła z głosu pani. Opowiadam, co mnie boli. Wysłuchuje cierpliwie, po czym oznajmia, że aby cokolwiek zrobić, musi zweryfikować, czy to naprawdę ja do niej dzwonię. Podaję numer klienta, datę urodzenia, telefon, adres, nazwisko panieńskie mamy, wszystko. Potwierdza, to faktycznie ja.

– Faktycznie ma pan zablokowany dostęp, ale może tak ma być, może takie były ustalenia z bankiem? – zastanawia się. Nie, nie takie były ustalenia – odpowiadam, przypominając, że zaznaczyłem to na początku rozmowy.
– Dobrze, w takim razie potrzebuję pinu do teleserwisu – mówi, a ja nie mam pojęcia, co to takiego. – Otrzymał go pan, gdy po raz pierwszy logował się pan w internecie – podpowiada. Kompletnie nie kojarzę, o co chodzi. Pewnie taki był, skoro konsultantka tak twierdzi, tylko nikt mnie nie informował, aby strzec go jak oka w głowie. Ale OK, mój błąd.
– A może pan pamięta, kiedy rozmawiał pan z konsultantem, to mogłoby panu pomóc przypomnieć sobie ten numer – podpowiada.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj