Dzień dobry, chciałem zamknąć konto. Historia w pięciu aktach
Operacja: zamknąć konto
Mirosław Gryń/Polityka

Operacja: zamknąć konto

Znowu: „For English press one”, potem wybierz 2, 3, 4. „Aktualnie wszyscy nasi konsultanci są zajęci”. Czekam prawie 5 minut, słuchając jakiegoś swingu rodem z musicali lat 60. Żeby przynajmniej jakąś Rebekę czy Kamp rzucili.

„W trosce o bezpieczeństwo” itd.

– W czym mogę pomóc? – pyta wreszcie pani. Opowiadam jej, że mam problem. Historia z każdym kolejnym kontaktem niestety się wydłuża, na początku chciałem po prostu rozwiązać konto, potem nie miałem dostępu, teraz nie dostałem obiecanego dostępu. I od początku to wszystko powtarzam. Na koniec sam sobie odpowiadam: – Pani pewnie nie może mi jak poprzednio pomóc, bo nie mam dalej pinu, więc muszę iść do banku, prawda? – pani potwierdza. – To już się naprawdę przeciąga, a ja pilnie potrzebuję dostępu – tłumaczę, bo w tyle głowy cały czas widzę scenariusz, w którym okazuje się, że mam niespłacone kwoty na karcie kredytowej, więc bank mi jej nie zamknie, a za miesiąc ktoś zadzwoni i powie, że mam dług, do którego dorzucą mi 20-proc. odsetki.

Konsultantka jest nieprzebłagana. Trzeba iść do oddziału banku, choć nie, ma rozwiązanie! – Proszę zadzwonić do banku – podpowiada. – Ale ja właśnie dzwonię do banku – nie wytrzymuję. – Ale to musi pan do oddziału dzwonić. Tylko – uprzedza – dobrze, gdyby miał pan dane konsultanta, który zajmował się pana sprawą. Ma pan?

Język mnie świerzbi, żeby powiedzieć, że moja konsultantka bije rekordy klikania w całym oddziale, ale przypuszczam, że pani po drugiej stronie linii na niewiele się ta wiedza zda. – To ja panu sprawdzę, z kim pan rozmawiał, dobrze? – proponuje. Dobrze, mówię. Prosi o numer klienta. Recytuję. – Konto rozwiązał pan 18 września, tak? – no tak. – A sprawa dostępu do serwisu też w tym samym dniu była załatwiana? – no nie, w piątek, 23 września, zdaje się. – To ja tu śladu po takiej rozmowie nie mam, niestety – czemu mnie to, cholera, nie dziwi? – I nie pamięta pan, z kim pan rozmawiał? Mówię, że to ta sama pani co 18 września. – Aha, to już wiem, podam panu do niej numer, dobrze? – dobrze.

– Ale muszę wcześniej pana zweryfikować – zaczynam myśleć, że to się nie dzieje. Imię i nazwisko, data urodzenia, miejsce urodzenia, miejsce zamieszkania, adres korespondencyjny, nazwisko rodowe matki. – Tak, to pan – ja się zaraz rozpłaczę...

Już chce mi dyktować, delegując sprawę na konsultantkę, która heroicznie wystukała w piątek maila do kogoś, kto siedzi pewnie w pokoju lub maksymalnie na piętrze niżej lub wyżej od mojej szanownej rozmówczyni. Przerywam jej i proszę, że tym razem to niech ona zawiadomi panią z oddziału banku, że konto nadal nie jest odblokowane, i że bardzo proszę, żeby to załatwili, bo do tej pory to ja pielgrzymuję do nich, od okienka do okienka, albo telefonuję jak idiota, wybieram te głupie cyferki, słucham swingu, w kółko opowiadam moją historię i podaję ciągi danych do weryfikacji, a na koniec słyszę, że i tak mi nie pomogą!

– Oczywiście – pani jest do rany przyłóż. – Wyślę jej maila – oho, zaczyna się – ale nie wiem, kiedy go odczyta, bo może jej na przykład nie być w pracy (to jak jej nie będzie, to rzeczywiście sporo załatwię, dzwoniąc, prawda?) lub nie zauważy maila (ja chyba śnię!), więc ja nie mogę zagwarantować, że na 100 proc. ktoś się do pana odezwie. Ale wysyłam, gdyby jednak nikt się nie odzywał, to sugeruję, aby poszedł pan do banku. Albo zadzwonił do konsultantki w oddziale. Może podam jednak ten numer?

Akt 5.

Dzień później dzwoni telefon.

– Pan Dawid? – upewnia się kobiecy głos w słuchawce. Żadnego „dzień dobry” czy przedstawienia się. – Dzwonię z banku. Dostęp do serwisu internetowego powinien już być. Niech pan sprawdzi – koniec.

Tak, na szczęście to już koniec.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj