szukaj
Inwestujesz? Zyski są tylko dla ostrożnych
Jeszcze nigdy nie mieliśmy do wyboru tylu nowych sposobów na pomnażanie oszczędności. Ale o łatwy zarobek w najbliższych miesiącach będzie trudniej.

Przez cztery lata na światowych giełdach trwała hossa. Ceny rosły, coraz więcej osób inwestowało w akcje. W branżowym slangu mówi się, że to czas byka. Na warszawskiej giełdzie byk rządził jeszcze bardziej zdecydowanie, gdyż polska gospodarka rozwija się najszybciej od 7 lat. Ale w ostatnich tygodniach doszło do pierwszych poważnych wstrząsów i gwałtownych wahań. Jeszcze 1 lutego 2007 r. indeks WIG20, który określa wyceny największych spółek na warszawskim parkiecie, pobił historyczny rekord, osiągając wartość 3549 pkt. Wystarczył miesiąc i euforia znikła. A 27 lutego na światowych giełdach doszło do gwałtownego załamania.

Finansiści do dziś spierają się, jaka była jego przyczyna. Prawdopodobnie nałożyło się na to kilka czynników. Alan Greenspan, były szef Rezerwy Federalnej USA, powiedział na jednym z wykładów, że jeszcze w tym roku mogą pojawić się pierwsze symptomy recesji gospodarczej. Tego feralnego dnia doszło również do nagłego umocnienia się japońskiego jena (waluty, w której chętnie zadłużają się globalni giełdowi spekulanci). Dodatkowo na giełdzie w Szanghaju akcje spadły prawie o 9 proc. Z kolei w Stanach Zjednoczonych wzrosły obawy o wypłacalność milionów ludzi, którzy pozaciągali ogromne kredyty hipoteczne (patrz „Trzęsienie dachów”, POLITYKA 12).

Wszystko to podziałało na rynek finansowy jak zimny prysznic. Panika w ciągu kilku godzin rozlała się na światowe giełdy. Ceny akcji poleciały w dół. Załamanie nie ominęło Warszawy. W ciągu tygodnia ostrych spadków indeksy straciły prawie 10 proc. i dopiero kilka dni temu wróciły do wysokiego poziomu. Powody tego załamania były przede wszystkim psychologiczne. Na giełdach nieustannie rządzą emocje i to akurat nie będzie się zmieniało.

W czasie giełdowego tąpnięcia straty poniosły też te polskie TFI (towarzystwa funduszy inwestycyjnych), które lokują pieniądze klientów w akcje. Ponad dwa miliony Polaków, którzy za pośrednictwem funduszy inwestują oszczędności w giełdę, zaczęło się martwić o swoje finanse. Ich wysokie dotąd zyski – tylko w styczniu fundusze wypracowały w sumie 8,2 mld zł – zaczęły topnieć. – Część oszczędzających uważała, że dwucyfrowe zyski są gwarantowane na zawsze. Po tąpnięciu przypomnieli sobie o takich słowach jak spadki, ryzyko, strata – mówi Michał Kowalski, analityk firmy doradczej Expander.

Ale z drugiej strony, polska gospodarka szybko się rozwija, więcej zarabiamy i mamy coraz więcej odłożonych pieniędzy. Według firmy Analizy Online, wartość oszczędności gospodarstw domowych w Polsce w 2006 r. wzrosła o 23 proc., przekraczając poziom 580 mld zł. Trzymanie ich w skarpecie jest bez sensu. Lepiej, żeby zarabiały. Znowu wrócił dylemat: komu, gdzie i na jakich warunkach warto powierzyć swoje oszczędności.

Parasolowe i gwarantowane

Fundusze inwestycyjne to wydzielony majątek, na który mogą składać się m.in. akcje, obligacje, udziały w spółkach, papiery dłużne. Majątkiem tym zarządzają fachowcy, zatrudniani przez towarzystwo funduszy inwestycyjnych (TFI). Kupując jednostki funduszu, kupujemy udział w majątku zarządzanym przez TFI. Jeśli wartość majątku (np. akcji) rośnie, rośnie też wartość naszego udziału.

To właśnie fundusze inwestycyjne były w ostatnich miesiącach najbardziej popularne wśród klientów instytucji finansowych. Trafia do nich już co dziesiąta odkładana przez nas złotówka. Łącznie trzymamy w nich ponad 107 mld zł. – Można powiedzieć, że Polacy przyzwyczaili się do funduszy. Traktują je jako jeden ze sposobów pomnażania oszczędności – mówi dr Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami, branżowej organizacji zrzeszającej TFI.

Liczba funduszy, które oferują bankowcy i pośrednicy finansowi, zbliża się powoli do pół tysiąca. Przegląd poszczególnych grup funduszy przedstawiamy w tabeli na s. 86. Do większości z nich zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Fundusze akcji, obligacji czy zrównoważone działają na polskim rynku od 15 lat. Ale wciąż pojawiają się nowe i dziś to właśnie na nie warto zwrócić uwagę.

– Ten rok będzie należał do funduszy parasolowych – uważa Tomasz Rzeski, analityk z firmy Xelion Doradcy Finansowi. Dlaczego? – Fundusze parasolowe to oszczędność czasu, korzyści podatkowe i mniejsze prowizje – tłumaczy Michał Kowalski z Expandera. Fundusz parasolowy zbiera w sobie (pod parasolem) kilka różnych podfunduszy, np. akcji, obligacji, zrównoważonych itp. To pozwala na lepsze rozłożenie ryzyka. W zależności od sytuacji na rynku część lub całość pieniędzy można dowolnie przenosić między funduszami. W razie krachu na giełdzie w ciągu kilku dni oszczędności można przerzucić z akcji na obligacje czy do funduszy pieniężnych. Wystarczy wykonanie zlecenia przez telefon albo kliknięcie przez Internet. Tak długo, jak pieniądze przepływają pod parasolem, są zwolnione z 19-proc. podatku od zysków kapitałowych (tzw. podatku Belki).

Gdybyśmy chcieli lokować w rozmaite fundusze i przesuwać środki między nimi bez parasola, musielibyśmy kupować jednostki każdego TFI oddzielnie, podpisywać umowy, płacić prowizje za przelewy itp. Każde przeniesienie środków oznaczałoby dodatkowe prowizje za wejście lub wyjście z inwestycji oraz podatek Belki.

Nowością są też tzw. fundusze gwarantowane. To marketingowa odpowiedź na zapotrzebowanie polskiego klienta, który chciałby dużo zarobić, ale jednocześnie boi się ryzyka. Wprowadziły je m.in. KBC, Arka Banku Zachodniego WBK, Skarbiec, BPH, a także PKO Credit Suisse. Kupując jednostki dostajemy gwarancję, że wyjmiemy przynajmniej tyle, ile włożyliśmy. Towarzystwo większość pieniędzy lokuje w bezpieczne inwestycje (np. obligacje), a tylko ich część inwestowana jest ryzykownie, np. w akcje.

Fundusze gwarantowane rzadko jednak przynoszą wysokie zyski. To dlatego, że jeśli nawet mają bardzo dobre wyniki, większość nadwyżki zgarnia TFI. Ale jeśli ktoś obawia się rynkowej bessy, może tu szukać szczęścia. Trzeba tylko uważnie przeczytać regulamin – na jakich zasadach i kiedy mamy możliwość odzyskania wpłaconej sumy. Bo gwarancja gwarancji nierówna.

Do zadań specjalnych

Nie ma miesiąca, żeby nie pojawił się jakiś nowy produkt, który jednak trudno jednoznacznie zdefiniować. – To naturalne, bo nasz rynek i klienci dojrzewają. W tym roku przewidujemy wysyp funduszy branżowych, specjalistycznych i nietypowych – mówi Tomasz Rzeski z Xeliona.

W 2006 r. wygrali ci, którzy postawili na fundusze akcyjne, inwestujące w akcje małych i średnich spółek (mają je m.in. TFI ING, DWS, Pioneer, PKO/CS, PZU, Millennium). Analitycy stawiają teraz na wyspecjalizowane fundusze sektorowe i branżowe – inwestujące w firmy budowlane, farmaceutyczne itp. Już dziś w Polsce można kupować zagraniczne fundusze oparte na sektorowych strategiach. TFI tworzą np. specjalne fundusze, które służą tylko do gry na światowych rynkach nieruchomości (np. TFI Skarbiec, BPH, Arka BZ WBK, KBC).

Bardziej wyspecjalizowaną strategię ma ING Subfundusz Selektywny Plus (część funduszu parasolowego ING), który skupia się na spółkach o znacznym potencjale wzrostu. Kupuje akcje spółek wchodzących na giełdę, spółek rodzinnych, potencjalnych celów fuzji i przejęć, których kurs zapewne wzrośnie, oraz przedsiębiorstw, których kursy akcji załamały się pod wpływem jednej złej informacji (np. linii lotniczych po katastrofie ich samolotu), ale w dłuższym czasie powinny wzrosnąć. – Zaliczamy się do tzw. opportunities funds, czyli funduszy polujących na okazje – tłumaczy Sebastian Buczek, prezes ING TFI. Podobną strategię ma też BPH Akcji Dynamicznych Spółek.

Bartosz Dietrich, analityk firmy doradczej Open Finance, zwraca uwagę, że w funduszach niewielkich łatwiej jest uzyskać wyższe stopy zwrotu. Tu jedna dobrze trafiona inwestycja może podwoić wycenę jednostek, podczas gdy w gigantach, takich jak Pioneer czy Arka, nawet kilka milionów złotych może się zagubić w tłoku. Niestety, w przypadku małych funduszy ta zasada oznacza również większe ryzyko poniesienia strat, jeśli coś pójdzie nie tak.

Nietypowe fundusze coraz częściej przypominają przedsiębiorstwa finansowe stworzone do zadań specjalnych albo przeprowadzenia określonych transakcji. Często mają konstrukcję przedsięwzięć zamkniętych, tzn. przyjmują ograniczoną liczbę inwestorów. Emitują certyfikaty inwestycyjne. Liczba certyfikatów jest stała i może się zmieniać tylko w przypadku nowych emisji. W cenie emisyjnej można je nabywać tylko w okresie publicznych zapisów tzw. subskrypcji. Następnie obrót nimi, podobnie jak akcjami, możliwy jest na rynku wtórnym na giełdzie lub rynku pozagiełdowym. W przeciwieństwie do funduszy otwartych, fundusze zamknięte nie mają obowiązku odkupywania certyfikatów inwestycyjnych od inwestorów. Jeśli chcemy wyjść z inwestycji, musimy sami znaleźć chętnego na nasz udział.

W takim przedsiębiorstwie finansowym wszystko jest możliwe. Np. jeden z zarejestrowanych w Luksemburgu funduszy Fortis Banku nie wypłaca zysku jako różnicy w cenie kupna i sprzedaży jednostek uczestnictwa, ale w formie zwolnionej z podatku na mocy międzynarodowych przepisów dywidendy. To pozwala ominąć również podatek Belki.

Zagraniczne i alternatywne

Tego rodzaju nietypowych konstrukcji i przedsięwzięć będzie zapewne przybywać, bo rośnie konkurencja między TFI. Od jesieni 2005 r. możemy kupować jednostki funduszy zagranicznych obracających pieniędzmi na całym świecie. Kuszą nas tacy giganci jak Merill Lynch, Franklin Templeton, Robeco, Legg Mason. W ofercie są pomysły na inwestycje dotąd u nas rzadko spotykane: w firmy biotechnologiczne, naukowo-badawcze, farmaceutyczne, prywatne szpitale i domy starców, kopalnie, firmy związane z wydobyciem złota czy diamentów.

Udział funduszy zagranicznych w rynku na razie pozostaje niewielki. Powód jest prosty – nad Wisłą można było w 2006 r. zarobić lepiej niż na większości rynków światowych. Zyski z funduszy zagranicznych dodatkowo zmniejszył słabnący dolar. Inwestując na światowych rynkach trzeba zawsze uwzględniać ryzyko kursowe. Choć i ono może okazać się warte grzechu. – Bywa i tak, że waluta egzotycznego kraju, w którym inwestujemy, bardzo umocni się wobec dolara. Wtedy możemy zyskać dodatkowo na przeliczeniach kursowych – tłumaczy analityk Xeliona.

Barierą pozostaje też minimalna kwota inwestycji, jaką należy wpłacić. W przypadku takich tuzów jak Merill Lynch lub Franklin jednorazowa najmniejsza wpłata może sięgać 5–10 tys. zł. Fundusze zagraniczne pobierają za to znacznie niższe opłaty za swoje usługi. W przypadku polskich TFI inwestujących w akcje normą jest 4 proc. wypracowanego zysku. Światowe TFI zadowolą się 2 proc. W przypadku kupowania jednostek zagranicznych TFI warto czekać na okresowe promocje – obniżenie opłat wstępnych. Uwaga: dochody osiągnięte z funduszy zagranicznych musimy sobie wpisać do PIT.

Zdaniem ekspertów, wysokie progi wejścia w przypadku funduszy zagranicznych będą się powoli obniżać. Tym chcą kusić również tzw. fundusze alternatywne (po angielsku nazywane hedge), które coraz częściej zwracają się do mniej zamożnych inwestorów. Do niedawna były to elitarne produkty dla najbogatszych. Teraz, żeby zainwestować w np. polskim Investors TFI, wystarczy ok. 2 tys. zł (tyle kosztuje jeden certyfikat). Z kolei barierą wejścia do austriackiego Superfund jest jednorazowa wpłata 5 tys. zł albo zobowiązanie się do wpłacania regularnie co miesiąc kilkuset złotych.

Co nam dają fundusze typu hedge? Właściwie nieograniczone możliwości – nie mają one prawnie narzuconych ograniczeń, w co mogą inwestować nasze pieniądze. Na wszystkich giełdach kupują i sprzedają akcje, obligacje i waluty. Ale też spekulacyjnie kupują udziały, przejmują spółki, handlują kontraktami na ropę, kakao, kukurydzę.

Stopa zwrotu z funduszy hedge jest mniej uzależniona od koniunktury na rynkach, a bardziej od sprawności i pomysłowości zarządzających funduszem. Często zresztą zarządzający są jednocześnie współwłaścicielami przedsięwzięcia i mają część jednostek funduszu. Tym samym ryzykują również własnymi pieniędzmi. Niektóre fundusze alternatywne, jak np. dostępny w Polsce Superfund, obracają kontraktami terminowymi. Oznacza to, że mogą one również przynosić zyski w okresie długotrwałej bessy – kupują kontrakty, w których stawiają na spadki kursów i gdy giełdy rzeczywiście spadają, wówczas zarabiają nie gorzej niż przy hossie.

Doradcy ostrzegają jednak, żeby nigdy nie wkładać więcej niż 20 proc. swych pieniędzy w fundusze alternatywne. Są one obciążone bardzo dużym ryzykiem, a ich wyceny w ciągu miesiąca mogą się wahać o kilkadziesiąt procent. Przy transakcjach posiłkują się najczęściej tzw. dźwignią finansową, kupując w dużej mierze na kredyt. Jeżeli zagrają dobrze, zarabiają bardzo dużo. Ale mogą też w ciągu paru sekund wszystko stracić.

Lokatofundusze

Banki, które na lokatach oferują mało zachęcające 3–4 proc., intensywnie myślały, czym tu jeszcze skusić klientów. No i wymyśliły – tzw. lokatofundusze. Lukas Bank promuje lokatę Zyskowny Duet na 5,3 proc. PKO BP chce nam sprzedać Żywiołowe Oszczędzanie (6 proc.), Bank Millennium ma SuperDuet (10 proc.). Przebija ich Citibank, który daje 11 proc. Jeszcze lepiej wygląda propozycja Nordea Hit: tu oferują lokatę nawet na 25 proc. (ale tylko na jeden miesiąc). Czy więc bankowcy stracili instynkt i rozeznanie sytuacji, proponując zyski grubo ponad rynkową średnią? Oczywiście nie.

Jak zwykle jest to jeszcze jedna oferta z haczykiem. W tym przypadku wpłacana do banku kwota jest dzielona na dwie – najczęściej równe – części. Połowa wpłacana jest na lokatę, a druga połowa do funduszy inwestycyjnych. Z tego przymusowego podziału nie można zrezygnować. Tylko przyjmując te warunki, mamy możliwość otrzymania korzystnego oprocentowania na lokacie. Bank co prawda dopłaca do lokaty, ale stratę odbija sobie z nawiązką, pobierając prowizję za zakup funduszy. Dodatkowo napędza klientów do powiązanego kapitałowo TFI. Z reguły w ten właśnie sposób ściąga do swego skarbca duże sumy, bo kwoty wejścia przy tym najatrakcyjniejszym oprocentowaniu z reguły są wysokie. Do Citibanku trzeba wpłacić 15 tys. zł, a w przypadku banku Nordea zakupić fundusze aż za 110 tys. zł.

Nowy pomysł bankowców nawet wśród nich samych wywołuje duże kontrowersje. Reklamuje się przecież lokatę, a więc produkt o pewnym zysku, uznawany przez klientów za bezpieczny. Tymczasem w pakiecie sprzedaje się również fundusze, na których przy załamaniu koniunktury można sporo stracić. Mniej zorientowani klienci mogą nie zauważyć, co w umowie dopisano drobnym drukiem. A potem zgłaszają się z reklamacjami. Tym bardziej że za zerwanie lokatofunduszu przed terminem większość banków doliczy opłaty karne (nawet do kilku procent wypłacanej sumy).

Jeżeli z powodów losowych musimy zerwać tradycyjną lokatę w kilka tygodni po jej założeniu, to w najgorszym przypadku odzyskamy jedynie włożoną sumę. W przypadku lokatofunduszy poniesiemy już stratę, bo fundusze na początku pobrały prowizję, a ich jednostki jeszcze nie zdążyły wypracować dochodu. Mimo wszystko lokatofundusze to ciekawy i jeszcze nieopatrzony pomysł. Bo jeżeli ktoś i tak ma zamiar część pieniędzy włożyć na lokatę, a część powierzyć dostępnym w danym banku funduszom, wykupując lokatofundusz otrzyma wyższe oprocentowanie. Przy założeniu, że wszystko pójdzie dobrze i żaden krach nie nastąpi, zysk z nich będzie podwójny. Pozostaje mieć nadzieję, że bankowi sprzedawcy, reklamując nowy sposób inwestowania, będą też wyraźnie mówić, jakie ryzyko się z nim wiąże.

Polisy z funduszami

Osobną przegródkę zajmują ubezpieczenia na życie połączone z funduszami inwestycyjnymi (zwane też polisami inwestycyjnymi). Oferty tego rodzaju mają firmy Aegon, Nordea, Skandia, Amplico Life. Od października swoją polisę pod nazwą Strefa Zysku wprowadziło największe polskie towarzystwo ubezpieczeń: PZU. W ciągu ostatniego roku Polacy zainwestowali w ten sposób 15 mld zł. – To propozycja dla osób średnio i lepiej zarabiających, które inwestują długoterminowo. Choć formalnie nazywają się ubezpieczeniami na życie, w rzeczywistości chodzi o inwestowanie i korzystne rozwiązania podatkowe – mówi analityk Expandera.

Ta korzyść to zwolnienie z podatku Belki, ponieważ w świetle prawa te produkty mają konstrukcję polisy. Zgromadzone na nich pieniądze zachowują się jednak jak w klasycznym funduszu parasolowym – są inwestowane w jednostki jednego lub kilku TFI. Na przykład Aegon daje do wyboru 50 różnych funduszy (w tym jest m.in. światowa grupa Franklin Templeton). Strefa Zysku PZU to z kolei 32 najlepsze polskie fundusze.

W polisach inwestycyjnych do wyboru są zazwyczaj dwa sposoby korzystania: jednorazowa wpłata większej kwoty (zazwyczaj 5–10 tys. zł z możliwością późniejszego uzupełnienia) oraz regularna wpłata co miesiąc (zazwyczaj kilkaset złotych). Poza tym, dysponując stosunkowo niewielką kwotą, można inwestować jednocześnie w wiele funduszy. Miesięczną składkę np. 200 zł da się ulokować np. w 10 funduszy. Przy bezpośrednich kontaktach z 10 TFI byłoby to niemożliwe. Polisy pozwalają też wchodzić za kilkaset złotych do zagranicznych funduszy, gdzie bariera wejścia z ulicy wynosi kilka tysięcy dolarów.

Kolejną zaletą polis jest możliwość przerzucania pieniędzy między funduszami różnych TFI bez opłat i podatku Belki. Przenoszenie środków między różnymi grupami funduszy jest do pewnego progu aktywności bezpłatne (np. PZU pozwala na 10 takich transakcji rocznie, potem pobiera już 10 zł za każdy transfer). Środki zgromadzone na polisie można bez ingerencji fiskusa przetransferować z pokolenia na pokolenie po prostu upoważnia się odpowiednią osobę do otrzymania świadczenia w razie naszej śmierci.

Polisy mają jednak kilka wad. Pierwszą jest ich niska płynność trzeba je traktować jako inwestycję długoterminową. Jeśli zrezygnujemy po krótkim czasie, poniesiemy szereg karnych opłat. Przez pierwsze dwa–trzy lata może to być nawet do połowy zgromadzonej kwoty. W PZU dopiero po 8 latach oszczędzania zlikwidowanie polisy jest bezbolesne. Są także dodatkowe koszty – przede wszystkim koszty zarządzania, które są dodatkowymi obciążeniami ponad to, co pobierają fundusze wchodzące w skład polisy. Do tego dochodzą opłaty administracyjne, które są analogiczne np. do kosztów prowadzenia konta w banku. Mogą się też pojawić dodatkowe opłaty wstępne. Za to koszty ubezpieczenia na życie są zerowe lub symboliczne. W wypadku tych produktów to ciekawy bonus.

Eksperci podkreślają, że decydując się na polisy z funduszami, trzeba się z góry nastawić na wiele lat oszczędzania. Wskazują też zależność – im wyższe wzrosty na giełdach, tym mniej opłaca się inwestowanie w fundusze akcji za pomocą polis (a więc z pośrednikiem w postaci towarzystwa ubezpieczeniowego, któremu trzeba zapłacić). W takim wypadku warto samemu skierować się do TFI.

Produkty strukturyzowane

Zasady działania tzw. produktów strukturyzowanych bywają skomplikowane, podobnie jak ich nazwa. Zazwyczaj są tworzone na określony czas (rok, 3 lata, 6 lat). Jest to połączenie dwóch rodzajów produktów: bezpiecznych (np. obligacji, lokat) i ryzykownych (opcji uzależnionych od wahań giełdowych indeksów, cen walut czy surowców). Zazwyczaj oferta instytucji finansowej wygląda tak: gwarantujemy ci, że za trzy lata odzyskasz co najmniej tyle, ile wpłaciłeś. Zarobić możesz, nawet sporo, ale tylko jeśli ziści się jakieś hipotetyczne założenie (opcja). W praktyce wygląda to tak – za 90 proc. wpłacanych przez klienta środków kupuje się bezpieczne obligacje. Zysk z nich przez trzy lata odbuduje kwotę wpłaconą pierwotnie przez klienta. Zaś 10 proc. przeznacza się na zakup ryzykownej opcji (np. że indeks giełdy w Nowym Jorku dojdzie do jakiegoś pułapu, że cena ropy osiągnie 100 dol. za baryłkę itp.). Jeśli to się sprawdzi, ta niewielka suma pieniędzy wypracuje dodatkowy, dwucyfrowy zysk. Oczywiście jeśli obstawimy błędny trend, z zarobku nici.

Produkty strukturyzowane to połączenie finansowego bezpieczeństwa z możliwością zarabiania. – Dlatego w Europie ich popularność szybko rośnie – mówi Jarosław Stolarczyk z BRE Banku. Eksperci wróżą „strukturom” błyskawiczną karierę również nad Wisłą. – W zeszłym roku Polacy zainwestowali w takie produkty 5 mld zł. W tym roku będzie to dwa razy więcej – prognozuje Michał Kowalski z Expandera.

Produkty strukturyzowane sprzedają banki oraz doradcy finansowi. Expander do końca marca zbiera zapisy na lokatę Gwarancja – Stabilna Złotówka. W ciągu trzech lat trwania lokaty odsetki będą do niej doliczane każdego dnia, gdy kurs złotówki wobec euro utrzyma się w przedziale 3,60–3,90 zł. W materiałach reklamowych Expander kusi zyskiem do 32 proc., ale nawet jego doradcy przyznają, że realnie można liczyć na 20–24 proc. Oczywiście, o ile nie będzie krachu walutowego. Jeśli będzie, przez trzy lata nie zarobimy nic, a więc stracimy.

Dzięki produktom strukturyzowanym można zarabiać na sytuacji na światowych giełdach bez ponoszenia ryzyka walutowego i to w dość łatwy sposób. Nie jest to bowiem bezpośrednia inwestycja w akcje lub fundusze lokujące w akcjach, ale jedynie obstawianie – spadnie czy wzrośnie. Takie możliwości dają m.in. produkty strukturyzowane Deutsche Banku (oprocentowanie uzależnione od zachowania indeksów w Brazylii, Rosji, Chinach i Indiach oraz w krajach Dalekiego Wschodu). Z kolei KBC i firma doradcza Open Finance uzależniają ostateczne zyski ze swych struktur od wzrostu giełd w Warszawie, Europie, USA i Japonii. Fortis proponuje produkt pod nazwą Wielkie Marki (ostateczny zysk uzależniony od wzrostu cen akcji znanych spółek, m.in. Apple, Honda, Nokia, Nestle).

Produkty strukturyzowane będą coraz ciekawsze. Już pojawiają się pierwsze, które dają gwarancję zwrotu jedynie 80 czy 90 proc. wpłaconej sumy. W ten sposób ryzyko rośnie, ale też suma, za jaką będą kupione opcje, podwaja się. Potencjalne zyski mogą więc być nawet trzycyfrowe. Dodatkowo pojawiają się produkty strukturyzowane sprzedawane jako polisy ubezpieczeniowe. Oprócz gwarancji zwrotu kapitału oraz możliwości zarobienia na opcji, pozwalają uniknąć podatku Belki (ubezpieczenia są z niego zwolnione). Takie strukturo-polisy mają w swojej ofercie między innymi Deutsche Bank (pod nazwą db Benefit) i Fortis Bank.

Trzeba jednak uważać, bo większość sprzedawanych dziś produktów strukturyzowanych zakłada hossę na giełdach. Czy jednak wzrosty utrzymają się aż przez trzy lata?

Hossa czy bessa?

To, czy ostatnie załamanie na giełdach było tylko przejściową korektą, czy zapowiedzią bessy, okaże się zapewne dopiero za kilka tygodni, a może nawet miesięcy. Finansistów opanowuje jednak coraz większy pesymizm. Przecież światowy boom gospodarczy trwa nieprzerwanie od 6 lat. W gospodarce jest tak, że po wzroście zawsze musi nadejść spadek. Rynki finansowe niepokoją pogłoski o zbliżającej się recesji w USA czy załamaniu chińskiego wzrostu gospodarczego. Tezę o zbliżającej się bessie zdają się też potwierdzać gwałtowne reakcje inwestorów na pozornie błahe wydarzenia. Wojna nerwów narasta. Na wodzy muszą je trzymać Polacy oszczędzający w funduszach.

Dlatego warto inwestować nasze pieniądze partiami. Lepiej co miesiąc kupić jednostki TFI za 1 tys. zł niż jednorazowo za 10 tys. Bo co, jeśli wejdziemy akurat w samym szczycie koniunktury (czyli drogo kupimy jednostki uczestnictwa, które potem stanieją)?

Co robić w razie bessy? Michał Kowalski, analityk Expandera, radzi stosować używaną przez profesjonalnych inwestorów tzw. procedurę stop-loss. Zakładamy, że od najwyższego osiągniętego zarobku możemy stracić np. 5 albo 10 proc. Jeśli ta granica zostanie przekroczona, zwijamy inwestycję.

Uzyskane w ten sposób pieniądze niełatwo będzie jednak zyskownie ulokować. Spodziewane podwyżki stóp procentowych źle wpływają na wycenę funduszy obligacji, które zawsze były spokojną przystanią, gdy na giełdach panował chaos. Pozostaną więc bankowe lokaty, bezpieczne fundusze rynku pieniężnego. Ewentualnie fundusze hedge, ale trzeba pamiętać o ich dużym ryzyku.

Nie jest wciąż wykluczone, że czeka nas kolejny rok hossy. Na przekór tezie o rychłej bessie stoją bowiem dane ekonomiczne. Wiele gospodarek (w tym polska i większość europejskich) od lat nie było w tak dobrej kondycji. Tak długo, jak rośnie produkcja, sprzedaż i ludzie chętnie wydają swoje coraz wyższe pensje, wszystko powinno się kręcić. Z drugiej strony, giełdy będą teraz bardziej rozchwiane, bo sytuacja jest mniej klarowna, a zagrożeń sporo. Eksperci powtarzają więc mantrę – inwestycje w fundusze powinny być długoterminowe, na 5–10 lat. Jeśli patrzymy z takiej perspektywy, bessa, ostre spadki trwające nawet rok, mogą być dobre. Gdy giełdy znajdą się na dnie, warto zacząć kupować. Bo kiedyś znowu będzie przecież rosnąć. Cała sztuka to celnie trafić w punkt.
 

 

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj