Ryszard Krauze - teraz szuka ropy
Szejk gdański
Ryszard Krauze, jeden z najbogatszych Polaków, kontrolujący holding Prokom, kupił pola naftowe w Kazachstanie, o czym było głośno, ale ostatnio także w Rosji, w okolicach Workuty, o czym głośno nie było. W branży naftowej czołowy polski biznesmen jest nowicjuszem. Po co mu wyprawa na te dzikie pola?

Jego znajomi mówią: Krauze chce wypłynąć na ropie w świat globalnego biznesu. Z krajowego wyrósł – jak ze starego ubrania. Czuje, jak ono uwiera. Tuż po kontrolowanym przez Prokom przecieku o zamierzonej eksploatacji złóż w Kazachstanie, nastąpił wyciek z prokuratury. Pojawiły się informacje, że przy komputeryzacji PKO BP, wykonywanej przez firmę zależną od Prokomu, doszło – być może – do korupcji. Jego konkurent – Computerland – gotów był to samo zamówienie wykonać o 4 mln zł taniej. Po kilku dniach sam PKO BP oświadczył, że to nieprawda i żadnej afery nie było. Sygnał z prokuratury należy więc raczej traktować jako ostrzeżenie. To już kolejne, jakie Krauze dostał od nowej władzy. Wcześniej kontrolami groził mu publicznie Mariusz Kamiński, obecny szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, mimo że wcześniej bracia Kaczyńscy wypowiadali się na temat Krauzego pozytywnie.

Na rynku informatycznym, na którym Krauze zbudował swoją biznesową potęgę, już nie zrobi wielkich interesów. Tutaj najbogatszym klientem ciągle jest państwo, czyli politycy. – A Kaczyńscy Krauzego się boją. Uważają, że zbyt wiele już wie o Polakach – twierdzi osoba związana z PiS. – I że w rękach jednego człowieka nie powinny znajdować się wszystkie największe bazy danych.

Zależny od biznesmena Prokom Software komputeryzował ZUS, PZU, ministerstwa i banki. Teraz wraca sprawa RUM (Rejestru Usług Medycznych). O jego wykonanie również zabiega firma Krauzego. Gdyby wygrała, biznesmen uzyskałby dostęp do kolejnej bazy danych. Podejrzliwym politykom PiS to się nie podoba.

Dla właściciela Prokomu wniosek stąd płynie taki: na informatyzacji instytucji publicznych w kraju kokosów już nie zrobi. Zwłaszcza że i marże coraz mniejsze, a konkurencja rośnie. Z kolei świetnie rozwijające się inwestycje w nieruchomości (Wilanów, Trójmiasto) nie zaspokajają ambicji Wielkiego Brata (jak od lat nazywają go konkurenci).

Nos do ludzi

Ryszard Krauze, tworząc strategię rozwoju swego imperium, od miesięcy w hierarchii spraw najważniejszych nie umieszcza informatyzacji ani nieruchomości. Teraz stawia na medyczną, kontrolowaną przez Prokom Investments, giełdową spółkę Bioton i na ropę.

O biznesowej strategii Krauzego więcej niż on sam mówi obecność ludzi, którymi się otacza. Prokom Investments (należą do niego pakiety akcji m.in. Polnordu, Banku Pocztowego, Petrolinvestu i Biotonu) to główna kwatera w imperium Krauzego i sztab. Jego zadaniem jest szukanie obszarów najbardziej atrakcyjnych do inwestowania. Szefem Prokom Investments jest Zbigniew Wojciech Okoński, minister obrony narodowej za prezydentury Lecha Wałęsy (świetny fachowiec w handlu bronią). Za czasów AWS Prokom Investments jako jedyna prywatna firma zainwestował w Telewizję Familijną. Ale podczas gdy PZU, KGHM czy Orlen straciły swoje pieniądze, Okoński dla Prokom Investments 26 mln zł uratował. Nie wykupił udziałów, do czego wcześniej się zobowiązał.

Wiceprezesem PI jest Wiesław Walendziak, były prezes TVP, były polityk AWS i PiS, lider tzw. pampersów, których obecność w biznesie staje się coraz bardziej widoczna. Tej grupie bardziej niż twardemu jądru PiS bliski jest Kazimierz Marcinkiewicz. Po przeprowadzce Marcinkiewicza z Kancelarii Premiera do stołecznego ratusza znaczenie jego samego dla grupy zmalało. Ale realne wpływy jego znajomych w gospodarce ciągle są ogromne. Pozycja Walendziaka w Prokom Investments jest nadal silna.

Na niższych operacyjnych szczeblach podległe Krauzemu firmy zawsze były mocno naszpikowane osobami powiązanymi ze służbami specjalnymi. Spekulowano, że prezes kanalizuje przy ich pomocy konkurentów i to metodami niekoniecznie rynkowymi. Sam Krauze, pytany o to przez „Politykę” (nr 6), stwierdził, że skoro przygotowuje projekty dla służb specjalnych, to kogo ma przy nich zatrudniać jak nie specjalistów?

Zarówno byli politycy, jak i ludzie służb, tak pożyteczni dla Krauzego w zdobywaniu zamówień na rynku krajowym (zwłaszcza przy przetargach publicznych), w planowanej ekspansji na świat już nie bardzo potrafią spełnić oczekiwań. Do nowych zadań potrzebuje nowych ludzi. I ich znajduje.

Na Pawła Gricuka Krauze zwrócił uwagę przed laty, jako kończący karierę zawodnik pierwszoligowej gdańskiej drużyny koszykarzy. Młodszy o osiem lat Gricuk reprezentował Łódź. Jak na koszykarza raczej niewysoki, 180 cm wzrostu. Prawie dwumetrowemu Krauzemu rzuciło się w oczy, że niepozorny łodzianin jest świetnym rozgrywającym i nie czuje przymusu, by samemu próbować wrzucić piłkę do kosza. Woli podać wyższemu. W biznesie taki człowiek to skarb.

Gdy Krauze budował swoje biznesowe imperium, Gricuk po skończeniu Uniwersytetu Łódzkiego (promotorem jego pracy był prof. Marek Belka, późniejszy premier) pracował za granicą. Do Polski wrócił w 2001 r. jako szef polskiego oddziału wielkiego amerykańskiego banku inwestycyjnego JP Morgan. Kiedy zaczęło być o nim głośno jako o potencjalnym kandydacie na fotel prezesa PKN Orlen (stanowisko dostał ostatecznie Igor Chalupec), Krauze już trzymał rękę na pulsie. Zanim padła propozycja współpracy, panowie postanowili się lepiej poznać: przy tenisie, na wspólnych wyjazdach na narty.

Jako pracownik JP Morgan w Londynie Gricuk zajmował się m.in. rynkami Azji Środkowej. Odpowiadał za pożyczkę 250 mln dol., której bank udzielił rządowi Uzbekistanu. – Zabezpieczeniem były uzbeckie rezerwy złota – wspomina Paweł Gricuk. – Musiały jednak zostać przewiezione do Londynu. Po złoto przyleciał do Uzbekistanu angielski samolot i pięciu uzbrojonych angielskich oficerów. Po zwrocie pożyczki sztabki w ten sam sposób wróciły do Azji. Czy tak samo dobrze zabezpieczy teraz interesy Krauzego?

Skok na Chiny

Dla Ryszarda Krauzego równie ważne jak umiejętność oceny azjatyckiego ryzyka było to, że Paweł mówi po chińsku. Spędził tam dwa lata, jego żona jest rodowitą Chinką. Jeszcze przed rokiem w strategii Prokom Investments, w której budowaniu Gricuk już uczestniczył, najważniejszym punktem była ekspansja Biotonu (produkuje według polskiego patentu ludzką insulinę) do Chin. Odpowiadał za to właśnie Gricuk. Miał umieścić nikomu nieznany polski Bioton na chińskim rynku, podzielonym przez trzy światowe koncerny: Novonordisc, Eli Lilly oraz Aventis.

Krauzemu w Chinach najbardziej podoba się to, że jest tam 40 mln diabetyków (chorych na cukrzycę, którzy potrzebują insuliny), a rocznie przybywa ponad 2 mln kolejnych. Znajomość Chin podpowiadała Gricukowi, że o licencję – bez której rynek jest dla leku zamknięty – mogą się starać w chińskiej administracji latami. Trzeba znaleźć drogę na skróty. Wyszukał i kupił dla Prokomu spółkę w Singapurze, która już licencję miała.

Chińscy specjaliści kończą właśnie badania kliniczne polskiej insuliny. Jeszcze w tym roku skok na Chiny, do którego Bioton pręży się od miesięcy, stanie się faktem. Najpierw będzie sprzedawał w Chinach insulinę produkowaną w Polsce, wkrótce zacznie budowę fabryki na miejscu. Wejście na Ukrainę i do Rosji na pewno nie będzie trudniejsze. Jednak Paweł Gricuk, jak mówi, wylogowuje się powoli z Biotonu. – Zostaje prezesem Petrolinvestu – zdradza Ryszard Krauze. To polska spółka, którą Krauze założył przed laty. Ma licencję na import ropy i to ona będzie eksploatować cztery pola naftowe w Kazachstanie i dwa w Rosji. Zanim jednak ropa tryśnie, w ziemię trzeba włożyć sporo pieniędzy. Żeby je zdobyć, Ryszard Krauze zamierza wprowadzić Petrolinvest na polską giełdę.

Geologowie szacują, że na czterech kazachskich polach, których współwłaścicielem został Petrolinvest, znajdować się może aż 2 mld baryłek (taką ilość ropy Polska zużywa przez kilkanaście lat). Jeśli wiercenia potwierdzą te przypuszczenia, biznes naftowy stanie się główną częścią imperium Krauzego. Uniezależni go od polskich polityków. Będzie musiał jednak uważać, żeby nie naruszyć interesów grup o wiele potężniejszych rosyjskich nafciarzy. To dlatego, jak można przypuszczać, Krauze ani myśli o sprowadzaniu kazachskiej ropy do kraju.

Aleksander Gudzowaty (Bartimpex) sceptycznie patrzy na kazachski sukces Krauzego. – Szanse powodzenia oceniam nie wyżej niż na 50 proc. – twierdzi. To jego pierwszego do robienia interesów z Kazachstanem namawiał inżynier Stefan Gieroń, dziś pracownik Krauzego. Ale szef Bartimpexu, który na handlu z Rosją dorobił się fortuny, na Wschodzie też ma swego głównego wroga. Jego partner Gazprom, od którego kupował gaz w zamian za żywność, z dnia na dzień zerwał współpracę. – Na Wschodzie obowiązuje inny alfabet komunikacyjny, nie rozumiemy go, a to znacznie podwyższa ryzyko – mówi Gudzowaty.

Również PKN Orlen oraz Lotos, których delegacje Paweł Gricuk często spotyka w samolotach Lufthansy na trasie Frankfurt–Ałma Ata, kręcą nosem, chociaż z innego powodu. Obie rafinerie gorączkowo szukają nowych źródeł ropy, ale na układ, na który poszedł Krauze, zgodzić się nie mogą (złoża, które kupił Krauze, wcześniej oferowano Orlenowi). Po długich targach z partnerami kazachskimi w trzech spółkach Petrolinvest ma połowę udziałów, w czwartej tylko 35 proc. Można to nazwać równowagą sił albo po prostu klinczem. Orlen ani Lotos, postrzegane jako duże rafinerie narodowe, nie mogą wejść do interesu, którego nie kontrolują. Ich szefowie, i tak siedzący na gorących fotelach, zostaliby z nich wysadzeni. Skutek jest jednak taki, że PKN i Lotos szukają nadal, choć Lotos właśnie chwali się, że odkrył ropę pod Bałtykiem, a Krauze przymierza się do wiercenia. On też nie lubi nie mieć kontroli, ale lubiłby mieć ropę.

W Kazachstanie, bez względu na trudności w opanowaniu „alfabetu komunikacyjnego”, są dzisiaj wszyscy wielcy inwestorzy albo właśnie się tam wybierają. W raportach światowych analityków rządy w Kazachstanie nazywa się aksamitnym autorytaryzmem, przyjaznym dla inwestycji zagranicznych. Paweł Gricuk studiuje te raporty od lat i widzi, jak Ałma Ata wyrasta na bogate, nowoczesne miasto, taki Dubaj Azji Środkowej, rośnie też nowa stolica, Astana. – Ryzyka politycznego nie dostrzegam – zapewnia. – Nie ma obawy, że obecna ekipa utraci władzę na rzecz kogoś, kto radykalnie zmieni kurs.

A kurs prezydenta Nazarbajewa polega na tym, by potężnych pozyskiwać do grona przyjaciół. – Na początku lat 90., tuż po uzyskaniu niepodległości, Kazachstan był nafaszerowany radzieckimi rakietami. Nazarbajew na prośbę Amerykanów zgodził się na zniszczenie głowic – wylicza Gricuk. – Zaraz potem w Kazachstanie zaczął inwestować Chevron. Jedno z jego pól w Basenie Przedkaspijskim (większym od powierzchni Polski) sąsiaduje z polem Petrolinvestu.

Dobre stosunki z USA nie wykluczają podobnych z Rosją. Kosmodrom Bajkonur znajduje się na terenie Kazachstanu i Rosjanie nadal go od Kazachów dzierżawią. W gronie potężnych przyjaciół Kazachstanu są też Chiny. Chińskimi rurociągami wypływa z Kazachstanu wydobywana tutaj ropa.

Najbardziej Gricukowi podoba się to, że Kazachowie – których wielu Polaków wyobraża sobie w jurtach – mają wizję swojego kraju na następne dziesięciolecia. – Chcą się stać azjatyckim centrum finansowym – mówi Gricuk. Prezydent zapowiada, że Kazachstan będzie wkrótce rajem podatkowym dla instytucji finansowych. Dla nafciarzy rajem podatkowym jednak nie będzie. Połowę zarobku na każdej baryłce trzeba oddać fiskusowi.

W Kazachstanie trzeba być, miejscowe rezerwy ropy są zaliczane do największych na świecie. Po Arabii Saudyjskiej, Iranie, Iraku, Kuwejcie, Emiratach Arabskich, Wenezueli i Rosji. – W tym roku Kazachstan sprzedawał około 30 koncesji na wydobycie – wylicza Paweł Gricuk. W kolejce ustawiła się ponad setka firm światowych. Mogą tak stać długo, Krauze – jak zwykle – poszedł na skróty.

Kumys na przepitkę

Ludzie Krauzego, spędzający w Kazachstanie coraz więcej czasu, z przyjemnością stwierdzili, że lokalny biznes pije już whisky. Niestety, na przepitkę nadal stosuje się kumys, czyli alkohol z kobylego lub wielbłądziego mleka. Zanim Krauze podjął decyzję, że wchodzi do spółki, w której połowa władzy nie należy do niego, Gricuk musiał polubić kumys. Żeby właściwie ocenić ryzyko biznesowe.

Ryszard Krauze zapewnia, że swoich partnerów spotkał szukając w Kazachstanie dystrybutorów insuliny. Jest też inna wersja, która wydaje się bliższa prawdy: to oni znaleźli jego. Krauze za polem naftowym rozglądał się już od pewnego czasu. Na Bliskim Wschodzie nic z tego nie wyszło. Kazachowie natomiast szukali przyjaznego partnera z pieniędzmi (ocenia się, że w eksploatację pól trzeba zainwestować 800 mln dol.). Sami wnoszą do spółki koncesję.

Bakhytbek Bayseitov (nazywają go Bak) to miejscowy biznesmen, którego droga mocno przypomina doświadczenia Polaka. Tyle że Kazach już się zglobalizował, a nadal pozostaje w dobrych stosunkach z miejscową władzą. Paweł Gricuk uważa, że obecni partnerzy Petrolinvestu chcą nie tylko zarobić pieniądze. Wtedy związaliby się z dużą firmą zachodnią, zostawiając sobie mniejszość udziałów. Oni mają też duże ambicje biznesowe i potrzebują kogoś, z kim szybciej je zrealizują.

Bak jest w Kazachstanie osobą znaną, ma drugi co do wielkości bank w kraju. Kontroluje też firmę naftową – BMB Munai oraz Caspian Oil Services. Te firmy to dla Krauzego gwarancja bezpieczeństwa. – Obie notowane są na giełdzie w Nowym Jorku – mówi Gricuk. Drugi kazachski partner Krauzego, przyjaciel Baka z podwórka, który jest geologiem.

Polscy przedsiębiorcy, którzy uznają kazachski biznes za nadmiernie ryzykowny, uważają, że pierwsza mina, na którą natknie się Krauze, to wiadomość, że faktyczne złoża są mniejsze od obecnych szacunków. Krauze utopi w kazachskiej ziemi miliony dolarów, zanim się o tym dowie. Sam Krauze, pokazując mapę kazachskich pól naftowych, na której jego złoża sąsiadują z już eksploatowanymi, tej miny się nie boi. Podobnie jak niebezpieczeństw czyhających na styku z miejscową biurokracją. – Cały ciężar stosunków z miejscowymi urzędami, które nie kończą się przecież w momencie otrzymania koncesji, biorą na siebie nasi kazachscy partnerzy – tłumaczy.

Jeśli ropa tryśnie, Krauzemu grozi jeszcze większe niebezpieczeństwo – twierdzą autorzy drugiej wersji czarnego scenariusza. Może się okazać, że choć odległość z jego pól naftowych do najbliższych rurociągów wynosi od 20 do 70 km, rura jest dla Polaka niedostępna. Kazachską spółkę trzeba będzie sprzedać.

Ryszard Krauze doskonale wie, że aby tak się nie stało, nie wolno mu naruszyć niczyich interesów. Zwłaszcza Rosjan, którzy źle reagują na pomysł dywersyfikacji dostaw ropy dla Polski. Wszelkie próby kombinowania, jak dostarczyć ropę Krauzego do kraju, mogą się dla niego źle skończyć. Słowa Gricuka, że kazachską ropę Petrolinvest sprzedawać będzie odbiorcom lokalnym, skierowane są więc nie tylko, a nawet nie przede wszystkim do polskich kierowców. A Ryszard Krauze dodaje, że zapewnienie Polsce bezpieczeństwa energetycznego nie jest obowiązkiem biznesu, lecz polityków.

Ale możliwy jest także scenariusz, który dla Ryszarda Krauzego w ogóle nie jest ryzykowny. Chce wprowadzić na giełdę naftową spółkę, by sprzedać nam marzenia o wielkiej ropie. Zanim okaże się, ile jej jest i czy w ogóle tryśnie z kazachskich szybów, Krauze może ściągnąć z giełdy sporo pieniędzy. Wtedy ryzyko, co dalej z tą ropą, przerzuci na akcjonariuszy Petrolinvestu. Ta wersja świadczyłaby jednak, że Krauzemu bardziej zależy na szybkim i pewnym zysku niż na realizacji wielkich ambicji. On sam zapewnia, że upublicznienie spółki nastąpi dopiero w momencie, gdy niewiadomych będzie o wiele mniej.

Ryszard Krauze został Wielkim Bratem, bo to on dyktował warunki krajowym konkurentom. Jeśli teraz uda mu się biznes w gospodarce globalnej, będzie musiał dostosować się do warunków braci jeszcze większych od niego.

Joanna Solska


Artykuł pochodzi z POLITYKI nr 35/2006 

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj