Fundusze wciąż kuszą
W coraz bardziej aktywny sposób pomnażamy swoje oszczędności. Szukamy nowych produktów finansowych, kalkulujemy ryzyko, przelewamy. W funduszach inwestycyjnych ulokowaliśmy już prawie 140 mld zł. I ulokujemy jeszcze więcej.
Przez ostatnie dwa lata na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych kursy akcji niemal bez przerwy szły w górę. Byliśmy w światowej czołówce. Inwestycje w akcje nad Wisłą dawały lepsze zyski niż inwestycje w Londynie, Paryżu czy Nowym Jorku. Wszyscy wiedzieli, że ostry spadek cen (tzw. korekta) musi nastąpić, ale nikt rzecz jasna nie wiedział kiedy. Pierwsze niepokojące sygnały można było obserwować na przełomie lutego i marca. Jednak wtedy ostre spadki trwały jedynie 2 tygodnie. Później wykresy notowań zaczęły bić kolejne rekordy. Aż do końca lipca – od kiedy znów większość kursów poszła ostro w dół.

Spokojnie, bez paniki

Przyczyn takiego tąpnięcia jest kilka. Przede wszystkim – tzw. kryzys kredytów hipotecznych, który z USA zaczął się rozlewać na cały świat. Ceny nieruchomości w większości krajów świata, wywindowane ponad granice absurdu, zaczęły maleć. W tym samym czasie zadłużeni w bankach najbiedniejsi kredytobiorcy zaczęli mieć problemy ze spłatą pożyczek. To wywołało kłopoty instytucji finansowych, które im na te nieruchomości pożyczyły. A kryzys w bankach szybko przenosi się na całą gospodarkę. Do tego doszły coraz głośniej wyrażane opinie, że słabnący dolar i droga ropa wywołają recesję w USA. A jak wiadomo – gdy amerykańscy konsumenci przestają kupować (na kredyt zresztą), światowa gospodarka ma problem.

Niepokój na światowych rynkach finansowych natychmiast odczuli w portfelu posiadacze funduszy inwestycyjnych nad Wisłą. W ciągu niecałych 3 tygodni na warszawskiej giełdzie inwestorzy stracili 10,5 proc., w USA – 6 proc. Choć jeśli zainwestowali dokładnie rok wcześniej, to wciąż byli na plusie – w Warszawie zyskali 47,5 proc., w USA – 16 proc. Jednak jeśli mieli nosa i sprzedali wszystko w okolicach absolutnego szczytu hossy, czyli około 20 lipca, zarobili odpowiednio 58 i 22 proc. W sierpniu z funduszy akcji wyparowało 3,5 mld zł – o tyle spadła wartość posiadanych przez nie papierów wartościowych. Co to oznacza dla trzymających oszczędności w funduszach? Jeśli w połowie lipca mieli ulokowane w jednostkach 10 tys. zł, w ciągu kilku tygodni stracili 1 tys. zł. Co ciekawe – polscy inwestorzy zareagowali na te zawirowania bardzo spokojnie.

Nawet ci klienci, którzy zdecydowali się na jakiś ruch pod wpływem informacji z giełdy, raczej przenosili środki do bezpieczniejszych funduszy, niż wycofywali je w ogóle – mówi Krzysztof Samotij, prezes BZ WBK AIB Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, które zarządza funduszami Arka. W sierpniu z funduszy akcji wypłacono 1,2 mld zł, ale te pieniądze trafiły w większości do bezpiecznych funduszy pieniężnych i obligacji. Brak paniki to zdaniem ekspertów objaw dojrzałości drobnych inwestorów. Ale także – wyraźny dowód zaostrzonego apetytu na zyski. Pod tym względem Polacy w ostatnich latach przeszli dużą metamorfozę. Z ostrożnych i zachowawczych zmienili się w graczy, którzy nie boją się ryzykować.

Zyski dla zuchwałych

Jeszcze pięć lat temu Polacy trzymali pieniądze w portfelu albo w banku. Na lokatach i w walutach umieściliśmy aż 72 proc. naszych oszczędności (dane NBP za 2002 r.), w akcjach na rachunkach maklerskich – 5 proc., zaś w funduszach inwestycyjnych – zaledwie 4 proc. W czerwcu 2007 r. ten krajobraz wyglądał zupełnie inaczej (dane Analizy Online). Dziś na lokatach mamy 35,6 proc. naszych oszczędności, 10 proc. to akcje, a 16 proc. – fundusze inwestycyjne. Wśród różnych form pomnażania pieniędzy właśnie te ostatnie zrobiły największą karierę. Pięć lat temu powierzyliśmy im 23 mld zł, w tym roku – już 137,6 mld zł. W ciągu ostatnich kilku lat zarządzające funduszami towarzystwa (TFI) stały się synonimem sukcesu w świecie polskiej finansjery.

Co prawda na wartość poszczególnych grup produktów finansowych w powyższej statystyce mają wpływ zmiany ich wyceny (np. topniejąca wartość dolara uszczupliła lokaty walutowe, pęczniejąca giełda dodatkowo zwiększyła udział funduszy akcyjnych i samych akcji), ale eksperci są zgodni: – Nastąpiła rewolucja w sposobie, w jaki Polacy pomnażają swoje oszczędności – mówi Maciej Kossowski, prezes firmy doradczej Wealth Solutions. Z inwestorów pasywnych, którzy wpłacają pieniądze, by leżały, zmieniliśmy się w aktywnych – którzy cały czas poszukują nowych produktów, kupują, przeliczają, przelewają.

Szukając zysku nie stronimy przy tym od ryzyka, o czym świadczy analiza preferencji inwestorów funduszy. Tu znowu – w ciągu pięciu lat obraz rynku TFI zmienił się diametralnie. W 2002 r. absolutną większość stanowiły fundusze obligacji. Przy dużym bezpieczeństwie dawały w dobrych latach kilkanaście procent zysku. Jednak spadające stopy procentowe zdusiły ich rentowność do poziomu lokat bankowych (4–5 proc.). To skłoniło Polaków do poszukiwania zarobków w tzw. funduszach mieszanych i stabilnego wzrostu. Są one jednak bardziej ryzykowne, bo część powierzanych pieniędzy lokują na giełdach (patrz tabela powyżej). Następna rewolucja przyszła, gdy wraz z hossą na warszawskiej giełdzie do góry wystrzeliła zyskowność funduszy akcji. Tam przelaliśmy oszczędności. Dziś bezpieczne fundusze obligacji to margines rynku (4,6 proc.), zaś prawie 70 proc. pieniędzy poprzez TFI pracuje na parkiecie. To prowadzi do kolejnej obserwacji – jeszcze nigdy oszczędności Polaka nie były tak bardzo powiązane z giełdową koniunkturą. Pytanie tylko, czy ona może trwać wiecznie?

Słowa-klucze

Wśród klientów TFI są i tacy, którzy zagrali va banque. Potraktowali wakacyjne spadki na giełdzie jako rodzaj promocji, okresową przecenę. Zaczęli dokupować jednostki funduszy, licząc na ich szybki wzrost. Czy się nie przeliczyli? Choć we wrześniu giełda idzie nieco w górę, indeksy wciąż nie wróciły do poziomu z początków lipca. Przewidywania ekspertów i ekonomistów co do dalszego rozwoju sytuacji przedstawiamy na s. 78. Chyba nawet same TFI czują, że koniunktura się chwieje i prędzej czy później możliwy jest czarny scenariusz. – Wychodzą więc z inwestycjami do innych krajów i w nowe, często egzotyczne branże – mówi Mateusz Ostrowski z firmy doradztwa finansowego Open Finance. Ten ruch, razem z intensywnym marketingiem, ma powstrzymać odpływ klientów w razie bessy.

W reklamach TFI można zauważyć kilka słów-kluczy, którymi starają się otworzyć portfele klientów. W ostatnich miesiącach pojawiły się fundusze z hasłem Nowa Europa w nazwie. Spotkały się z dużym zainteresowaniem. Inwestują powierzane pieniądze w akcje na parkiecie w Warszawie, Pradze, Budapeszcie oraz w byłych sowieckich republikach nadbałtyckich. Pojawił się nawet fundusz, który wyszukuje ciekawe spółki w nowych krajach członkowskich Unii Europejskiej – Bułgarii i Rumunii (Investors BiR).

– Wszyscy wiemy, jaki skok zanotowała nasza gospodarka po wejściu do UE. Taki scenariusz może się powtórzyć w Bukareszcie i Sofii, a polscy inwestorzy, uzbrojeni w wiedzę i doświadczenie, będą mogli na tym zarobić – przekonuje Grzegorz Mielcarek, przedstawiciel Investors TFI.

Inne słowo-klucz przyciągające Polaków to nieruchomości. Fundusze działające w tej branży mają w swej ofercie m.in. Skarbiec, ING, Arka BZ WBK, Citibank, BPH. Są one niezwykle popularne i właściwie nie muszą się reklamować (np. taki fundusz z rodziny ING zebrał już od inwestorów 1,5 mld zł). Nie każdy może wydać kilkaset tysięcy na mieszkanie w apartamentowcu. A fundusze nieruchomości przyjmują wpłaty już od 1 tys. zł. W ten sposób każdy chce choć trochę zarobić na niebywałej hossie na rynku budowlanym. Pamiętajmy jednak, by uważnie czytać prospekt emisyjny funduszu, w który wchodzimy. Bowiem w większości przypadków nie kupujemy ułamka udziałów w konkretnej inwestycji deweloperskiej, a jedynie giełdowe akcje spółek działających w branży budowlanej. Tymczasem akcje przedsiębiorstw z tej branży uznawane są za najbardziej przewartościowane – w razie krachu na parkiecie mogą stracić najwięcej. Fundusze inwestujące w konkretne projekty deweloperskie – osiedla, biurowce, centra handlowe – wymagają często większych wpłat (nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych). Choć nie jest to regułą. Niektóre – np. Arka Nieruchomości – mają konstrukcję funduszu zamkniętego. Ich certyfikaty są notowane na giełdzie i można je kupić, zakładając rachunek maklerski. Koszt certyfikatu Arki to aktualnie ok. 120 zł.

Kolejne słowo-klucz to parasole. Fundusz parasolowy zbiera w sobie („pod parasolem”) kilka różnych podfunduszy, np. akcji, obligacji, zrównoważonych itp. To pozwala na lepsze rozłożenie ryzyka. W zależności od sytuacji na rynku, część lub całość pieniędzy można dowolnie przenosić między podfunduszami. W razie krachu na giełdzie, w ciągu kilku dni oszczędności da się przerzucić z akcji na obligacje czy do funduszy pieniężnych. Tak długo, jak pieniądze przepływają „pod parasolem”, są zazwyczaj zwolnione nie tylko z prowizji, ale też z 19-procentowego podatku od zysków kapitałowych (tzw. podatku Belki). Haracz fiskusowi oddamy dopiero od ostatecznego zysku, przy wychodzeniu z inwestycji i odsprzedaży jednostek. – Wygoda i oszczędności na podatku – te argumenty przemówiły do Polaków – mówi Mateusz Ostrowski z firmy doradztwa finansowego Open Finance. Parasole świetnie się sprzedają, dlatego tworzą je wszystkie większe TFI.

Korzyści podatkowe to zresztą chwytliwe hasło. Inne sposoby, by uciec fiskusowi, to „opakowanie” funduszy w formę polisy ubezpieczenia na życie. To w ogóle pozwala uniknąć podatku Belki. Niestety, zazwyczaj są to inwestycje na wiele lat i nie można się z nich – jak w przypadku funduszu parasolowego – wycofać w każdej chwili. Z ubezpieczeniowego „opakowania” i ulgi podatkowej korzystają też często produkty strukturyzowane (piszemy o nich dalej). Innym wybiegiem jest stworzenie funduszu zamkniętego, który wypłaca zysk w formie dywidendy rozliczanej w Luksemburgu, gdzie są niskie podatki (tak robi m.in. Fortis).

Niezmiennie popularne słowo-klucz, które wciąż przyciąga szczególnie ostrożnych klientów, to gwarancja kapitału. Fundusze z gwarancją kapitału wprowadziły m.in. KBC, Arka Banku Zachodniego WBK, Skarbiec i BPH, PKO Credit Suisse. Kupując jednostki dostajemy zapewnienie, że wyjmiemy przynajmniej tyle, ile włożyliśmy. Towarzystwo większość pieniędzy lokuje w bezpieczne inwestycje (np. obligacje), zaś tylko niewielka ich część pracuje np. w akcjach. Niestety – przy 100-procentowej gwarancji zwrotu nie możemy liczyć na duże zyski. Sama gwarancja też jest złudna. Bo jeśli po roku dostajemy tyle, ile zainwestowaliśmy, to tak naprawdę straciliśmy, bo wartość naszych pieniędzy zmniejszyła inflacja (a leżąc na lokacie mogłyby dziś zarobić nawet 5 proc.).

Kliknij obrazek, żeby powiększyć:
Inwestuj globalnie

Z funduszami zagranicznymi (oferowanymi przez zagraniczne TFI) zdążyliśmy się już oswoić. Sprzedawane są u nas od dwóch lat. Kuszą nas tacy giganci światowej finansjery jak BlackRock (niegdyś Merill Lynch), Franklin Templeton, Robeco, Legg Mason. Tej jesieni sprzedaż jednostek swego TFI zaczynają: największy bank w Europie – brytyjski HSBC oraz Raiffeisen i grecki Polbank. Globalni gracze obracają pieniędzmi na całym świecie. Dzięki temu dają do wyboru nawet kilkadziesiąt różnych funduszy, w tym pomysły na inwestycje dotąd u nas niespotykane (np. firmy biotechnologiczne, naukowo-badawcze, farmaceutyczne, prywatne szpitale, kopalnie, firmy związane z wydobyciem złota czy diamentów).

Mimo tak niebanalnych propozycji miłość Polaków do funduszy zagranicznych jest na razie ograniczona. Ich udział w rynku pozostaje niewielki (szacuje się, że przyciągnęły ok. 2 mld zł). Powód jest bardzo prosty – nad Wisłą można było w zeszłym roku zarobić lepiej niż na większości rynków światowych. Zyski z funduszy zagranicznych o połowę zmniejszyło to, że są rozliczane w dolarach lub euro. Wartość obu tych walut w stosunku do złotówki spada. A niskie notowania dolara osiągnęły właśnie rekord wszech czasów (1 dolar to mniej niż 2,70 zł). Co z tego, że inwestujący na giełdzie w Indiach fundusz Franklin zarobił w ciągu roku 55 proc., jeżeli dolar w tym czasie stracił prawie 20 proc.? To ryzyko kursowe, które musimy uwzględnić inwestując na rynkach światowych. Choć i ten kij ma dwa końce. Może być również tak, że waluta egzotycznego kraju, w którym inwestujemy, bardzo umocni się wobec dolara. Wtedy możemy zyskać dodatkowo na przeliczeniach kursowych.

Barierą pozostaje też minimalna kwota inwestycji, jaką należy wpłacić. W przypadku takich tuzów jak BlackRock czy Franklin jednorazowo musi to być minimum 5–10 tys. zł (zależnie od funduszu). Fundusze zagraniczne pobierają za to znacznie niższe opłaty za swoje usługi. W przypadku polskich TFI inwestujących w akcje normą jest 4 proc. wypracowanego zysku. Światowe TFI zadowolą się 2 proc.

Jednostki zagranicznych TFI można kupić u większości doradców finansowych (Xelion, Open Finance, Expander, Goldenegg), a także w niektórych bankach (np. Citibank, Deutsche Bank, Noble Bank, Raiffeisen). Jeszcze do niedawna do ich posiadania zniechęcała też skomplikowana procedura: trzeba było przelewać pieniądze na zagraniczne konta, a klienta obsługiwała np. infolinia w Londynie. Teraz to się zmienia. – Coraz częściej pełną obsługą klienta zajmuje się doradca na miejscu – mówi Tomasz Marszałł z firmy Xelion Doradcy Finansowi. Jego zdaniem, jeżeli zyski z polskiej giełdy będą topnieć, to ofertą zagranicznych TFI zainteresuje się coraz więcej klientów.

Bajery na wabia

Naciskane przez konkurentów z zagranicy polskie TFI muszą się wykazać pomysłowością, by przyciągnąć i zachować klientów. – Akcje, obligacje – te główne grupy funduszy zbierają z rynku większość pieniędzy, ale straciły już urok nowości. Teraz nadszedł czas na zapełnianie poszczególnych nisz. Kreatywność zarządzających funduszami będzie coraz większa, pomysły coraz bardziej niesztampowe. Nadchodzą ciekawe czasy – podsumowuje Maciej Kossowski z Wealth Solutions.

W branży funduszowej określa się takie produkty bajerami wystawianymi na wabia. Na przykład decyzję o przyznaniu Polsce i Ukrainie organizacji Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej błyskawicznie wykorzystało Union Investment TFI. Przygotowali fundusz, który będzie inwestował w akcje spółek mogących zarobić na Euro 2012. W wymyślaniu niesztampowych produktów inwestycyjnych przodują szczególnie niewielkie TFI, które dopiero zaczynają działalność. Często – jak np. Opera TFI i Investors TFI – są one zakładane przez byłych pracowników dużych instytucji finansowych, którzy odeszli na swoje. Z ofertą mogą się przebić tylko dzięki potencjalnym wysokim zyskom i ciekawym produktom. Na przykład Investors przygotował pierwszy w Polsce fundusz lokujący pieniądze klientów w metale szlachetne (złoto, srebro, platynę, pallad). Do tej pory w kruszce te można było inwestować jedynie pośrednio – np. poprzez akcje spółek wydobywczych.

 Holenderska firma Robeco wprowadzi do nas fundusze ekologiczne (inwestujące w spółki przyjazne środowisku oraz pracujące na rzecz ochrony środowiska). Pojawił się też projekt, że polska historyczna superprodukcja filmowa „Victoria” o pokonaniu Turków pod Wiedniem przez Jana III Sobieskiego będzie finansowana częściowo ze stworzonego specjalnie funduszu. Zyski będą zależne od kasowego powodzenia przedsięwzięcia (choć cały projekt, jak to w polskiej kinematografii bywa, na razie stoi pod dużym znakiem zapytania).

Pole dla wyobraźni finansistów jest nieograniczone, o czym świadczy przypadek szwajcarskiego banku Credit Suisse. Utworzył on niedawno fundusz Christian Values Fund, w inwestowaniu kierujący się zasadami chrześcijańskimi. Kupuje akcje przedsiębiorstw rodzinnych, które roztaczają opiekę nad swymi pracownikami i przestrzegają ich praw. Z definicji nie inwestuje też w przedsiębiorstwa zatruwające środowisko, czerpiące zyski z pornografii czy produkcji broni. Omija z daleka koncerny medialne (propagują seks) oraz farmaceutyczne (jeśli produkują środki antykoncepcyjne). Czystość inwestycji funduszu będzie lustrowana przez Watykan. Credit Suisse proponuje swoim klientom także inny fundusz religijny, Al-Buraq, przeznaczony dla wspólnoty muzułmańskiej, zgodny z prawem szariatu (m.in. nie inwestuje w przedsiębiorstwa, które czerpią zyski z pożyczania pieniędzy). Oba fundusze religijne Credit Suisse ściągnęły już prawie 50 mln dol.

Doradcy są jednak sceptyczni wobec takich inwestycji. Radzą, by w egzotyczne pomysły nie wkładać więcej niż 20 proc. oszczędności. Choć często ich nazwy brzmią zachęcająco, to zazwyczaj są obarczone dużym ryzykiem.

W struktury i alternatywę

Wraz z pojawianiem się coraz to nowych instytucji finansowych czeka nas klęska urodzaju. Aby dopełnić obraz rynkowych nowinek, trzeba jeszcze wspomnieć o dwóch rodzajach inwestycji.

Pierwsze to fundusze typu hedge (zwane też alternatywnymi). Trudno o ich jednoznaczną definicję. Przyjmuje się, że są to przedsięwzięcia finansowe działające w dużej mierze poza rynkiem publicznym oraz na rynku kontraktów terminowych. Inwestują bez żadnych ograniczeń we wszystko, na czym da się zarobić. Często wyszukują na własną rękę ciekawe spółki, przekształcają je i sprzedają inwestorom albo wprowadzają na giełdę. Stopa zwrotu z funduszy hedge jest wtedy mniej uzależniona od koniunktury na rynkach, a bardziej od sprawności i pomysłowości zarządzających funduszem.

Fundusze alternatywne obarczone są wysokim ryzykiem, ale też dają możliwość osiągnięcia wystrzałowych zysków. Przy transakcjach posiłkują się najczęściej tzw. dźwignią finansową, kupując w dużej mierze na kredyt. Jeżeli zagrają dobrze, zarabiają bardzo dużo. Ale mogą też w ciągu paru sekund wszystko stracić. Dlatego ich wyceny w ciągu miesiąca mogą wahać się o kilkadziesiąt procent. Cechą charakterystyczną funduszy typu hedge jest też to, że zarządzający sami mają w nich udziały (czyli podejmując decyzje ryzykują własne pieniądze). Stąd pewne cechy funduszy hedge mają też produkty finansowe oferowane przez Operę oraz Investors TFI.

Na polskim rynku tak naprawdę działa jedna firma powszechnie uważana za hedge-fundusz. To austriacki Superfund, który obraca kontraktami terminowymi na surowce, waluty i towary (np. pszenicę, bawełnę, soję) na wszystkich giełdach towarowych świata. Fundusze te mogą też przynosić zyski w czasach długotrwałej bessy – kupują kontrakty na spadki cen i gdy giełdy rzeczywiście spadają – zarabiają. Superfund jest ciekawy również z innego powodu – wszystkie decyzje zamiast ludzi podejmuje tam program komputerowy. Analizując wykresy poszczególnych towarów przewiduje, czy trend jest rosnący, czy spadkowy, i na tej podstawie wystawia zlecenia. Niestety – komputerowy matrix najlepiej radzi sobie w warunkach wyraźnej hossy lub bessy. Głupieje, gdy na giełdach zaczyna się taka huśtawka jak obecnie. Stąd fundusze Superfund ostatnio nie mają dobrych wyników.

Druga rynkowa nowinka to tzw. produkty strukturyzowane. Zasady ich działania bywają tajemnicze, podobnie jak nazwa. Zazwyczaj są tworzone na określony czas (rok, 3 lata, 6 lat). Najczęściej jest to połączenie dwóch rodzajów produktów: bezpiecznych (np. obligacji, lokat, które gwarantują zwrot pierwotnie wpłaconej kwoty) i ryzykownych (opcji uzależnionych od wahań giełdowych indeksów, cen walut czy surowców). Zazwyczaj oferta instytucji finansowej wygląda tak: gwarantujemy ci, że za 3 lata odzyskasz co najmniej tyle, ile wpłaciłeś (mechanizm gwarancji jest tu analogiczny jak przy funduszach z gwarancją kapitału). Zarobić możesz nawet sporo, ale tylko jeśli ziści się jakieś hipotetyczne założenie (opcja). Opcje mogą być przeróżne: na wzrosty, na spadki, na stabilizację, na kurs akcji określonych grup spółek (np. budowlane, producenci dóbr luksusowych), na giełdowe indeksy. Również zasady wyliczania zysku są za każdym razem inne (np. klient dostaje czysty zysk wypracowany przez indeks, klient dostaje różnicę między kursem x a y, klient dostaje najwyższą osiągniętą wartość w danym okresie itd.). Oczywiście jeśli obstawimy błędny trend – z zarobku nici.

„Struktury” to połączenie finansowego bezpieczeństwa z możliwością zarabiania. Dzięki nim można zyskać na sytuacji na światowych giełdach bez ponoszenia ryzyka walutowego i to w dość łatwy sposób. Nie jest to bowiem bezpośrednia inwestycja w akcje czy fundusze lokujące w akcjach, ale jedynie hazard – spadnie czy wzrośnie.

W Europie popularność produktów strukturyzowanych jest coraz większa. Podobnie będzie u nas. W zeszłym roku Polacy zainwestowali w ten właśnie sposób 5 mld zł. W tym roku – szacuje się, że dwa razy więcej. Na razie są to quasi-lokaty, które zamrażają gotówkę na kilka lat. Jednak już wkrótce mają się pojawić „struktury” krótkoterminowe, w których zysk można wypłacić już po kilku miesiącach.

Poszczególne produkty strukturyzowane sprzedawane są w tzw. subskrybcjach, z reguły trwających kilka tygodni. Jest wymagana minimalna kwota wpłaty (zazwyczaj 5–10 tys. zł). „Struktury” sprzedają banki (m.in. Deutsche Bank, ING Bank, KBC, BPH, BZ WBK, Fortis, Kredyt Bank) oraz doradcy finansowi (Xelion, Expander, Open Finance). Powstają też niewielkie instytucje finansowe wyspecjalizowane tylko w tej dziedzinie (np. doradcy Wealth Solutions). Trzeba jednak uważać, bo większość sprzedawanych dziś produktów strukturyzowanych zakłada hossę na giełdach. Kto wie, czy i ile wzrosty potrwają naprawdę?

Hossa – reanimacja

Choć po wakacyjnych spadkach giełdy odrobiły część strat, indeksy wciąż nie mogą się zdecydować – piąć się w górę (hossa?) czy spadać (bessa?). Trwa huśtawka nastrojów uzależniona od dopływu pozytywnych i negatywnych informacji z gospodarki. Nerwową atmosferę starają się uspokajać instytucje finansowe (m.in. Europejski Bank Centralny i Amerykański Bank Rezerwy Federalnej – FED – który obniżył stopy procentowe, co zawsze wywołuje optymizm na giełdzie). Także osobistości ze świata finansjery tonują nastroje, udzielając uspokajających wypowiedzi w mediach. O tym, że kryzys na rynku kredytów hipotecznych nie stanowi zagrożenia dla amerykańskiej gospodarki, przekonywał w TV nawet prezydent USA George Bush.

Prognozy polskich ekspertów zamieszczamy na s. 78. Warto też pamiętać, że w razie załamania na rynku i paniki inwestorów, którzy masowo chcieliby wycofywać pieniądze, TFI mają prawo do zawieszenia wypłat nawet na kilka tygodni. Chodzi o to, by ludzie pod wpływem emocji nie wymusili sprzedaży posiadanych przez fundusz inwestycyjnych aktywów „po każdej cenie”, co wywoła dramatyczne spadki wartości jednostek. Taka możliwość jest zapisana w regulaminie drobnym drukiem. Oczywiście tak czarnego scenariusza na razie nikt nie zakłada. A kto trafnie przewidzi kierunek zmian, będzie bogaty.

Piotr Stasiak

CZYTAJ NASZE BLOGI EKONOMICZNE:

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj