Życie według GUS
W ostatnich miesiącach drożeją warzywa i owoce, pieczywo i nabiał, makarony i słodycze. Za te (i inne) towary trzeba płacić od kilku do kilkudziesięciu procent więcej. Tymczasem GUS wyliczył, że w ciągu roku wzrost cen wyniósł zaledwie 2,3 proc. Jak wyjaśnić taki fenomen?

Proces mierzenia cenowej gorączki zaczyna się od losowania. Ze ślepego (bez nazwisk) wykazu mieszkań najpierw losuje się adresy gospodarstw w grupach wytypowanych przez komputer do badania domowych budżetów. Ankieter, który do tych ludzi musi dotrzeć, błaga los, żeby nie kierował go do zamkniętych osiedli. A tych przecież coraz więcej. Ochroniarze, którym ankieter nie umie nawet powiedzieć, do kogo idzie, z reguły nie wpuszczają go za bramę. Co gorsza, teraz nawet stare bloki mają domofony, a ich mieszkańcy, nieustannie ostrzegani przed fałszywymi inkasentami, do ankieterów też stracili zaufanie.

Mimo to wśród 13,2 mln polskich gospodarstw domowych zawsze udaje się znaleźć 38 tys. chętnych do roli materiału badawczego. Niestety, nie do końca jest on reprezentatywny. Sami wykluczają się z niego najbardziej zamożni. Dr Wiesław Łagodziński z GUS mówi o nich, że są poza kontaktem społecznym. Podobnie zachowują się posłowie, ministrowie i inne wysoko postawione osoby publiczne. Ich samowykluczenie z badań polega na braku dostępu. Identycznie jak w przypadku rodzin najbiedniejszych, często patologicznych. Tyle że tutaj rolę ochroniarza i domofonu pełni ordynarna odzywka, skłaniająca ankietera do szybkiego odwrotu.

Czarno na białym o szarej strefie

Lucynę Lutostańską z Łomży ankieterka dopadła, kiedy wracała do domu z pracy. Jakoś głupio było odmówić, więc pani Lucyna dała sobie wręczyć książeczkę, w której przez cały miesiąc zapisywała wszystkie wydatki czteroosobowej rodziny. Wówczas jeszcze nie wiedziała, jakie to pracochłonne i kłopotliwe. Czasem zakupy robiło przecież któreś z dzieci i zapominało wziąć ze sklepu paragon. Drugi raz już na taki układ nie pójdzie. Za duża fatyga. GUS, gwarantując anonimowość, pyta o wydatki, ale przy okazji dowiaduje się o dochodach. Dzięki temu – jako produkt uboczny – zdobywa wiedzę na temat szarej strefy. Bo z sumy wydatków czarno na białym wynika, czy pieniędzy w rodzinie jest więcej niż legalnych dochodów. Na pytanie zadane wprost: Czy pan(i) pracuje na czarno – nie udałoby się uzyskać wiarygodnych odpowiedzi.

Państwo Lutostańscy reprezentują w badaniu wydatki rodzin pracowniczych. Podobnie jak trzyosobowa rodzina Krynickich z Warszawy. Ale ich wydatki, a zwłaszcza sumy, dość mocno się od siebie różnią. Pani Lucyna zaopatruje rodzinę głównie w Biedronce i na pobliskim bazarku. Kryniccy raz w miesiącu po duże zakupy jadą do Carrefoura, codziennie jednak zaopatrują się w swoim sklepie osiedlowym na Ursynowie. Tam ceny są wyższe niż w hipermarkecie. Sporą pozycją u Krynickich są wydatki na kino i gazety, kupowane sporadycznie u Lutostańskich. Jakie to ma znaczenie dla badania inflacji?

Na razie takie, że ze wszystkich książeczek, pracowicie wypełnianych przez cały miesiąc, Małgorzata Siwiak w GUS sporządzi coś w rodzaju sześciu koszyków. Wydatki Lutostańskich i Krynickich będą miały wpływ na zawartość koszyka rodzin pracowniczych. Będą też koszyki pracujących na własny rachunek, emerytów, rencistów, rolników oraz rodzin utrzymujących się ze źródeł niezarobkowych.

Koszyki też są ślepe. To znaczy, że nie ma w nich konkretnych marek towarów. Lutostańska do swojej książeczki wpisywała herbatę Saga, Krynicka – Earl Grey, ale dla Małgorzaty Siwiak nie ma to znaczenia. Liczy się pozycja „herbata” i ile, przeciętnie, wydają na nią rodziny pracownicze. Albo rolników. To zależy. Chodzi o to, żeby dla każdego koszyka skonstruować strukturę wydatków. To znaczy wyliczyć, jaki udział w wydatkach poszczególnych typów rodzin przypada na żywność, utrzymanie mieszkania, odzież itp. Zwykle wychodzi, że najwięcej (bo aż 30 proc. dochodów) wydają na żywność emeryci. Najmniej (23 proc.) pracujący na własny rachunek. Są też niespodzianki. – W kogo najbardziej uderzają rosnące ceny benzyny? – pyta podchwytliwie dr Łagodziński. Otóż nie w rodziny pracownicze. Jak się wymiesza te wielkomiejskie, najdłużej tkwiące w korkach, ale najrzadziej (z racji samowykluczenia) biorące udział w badaniach, z małomiasteczkowymi, najliczniej obecnymi w książeczkach wydatków, to wychodzi, że wysokie ceny paliw najbardziej uderzają w rolników. Po prostu na wsi jest o wiele więcej samochodów osobowych, niż to wynika z rejestrów wydziałów komunikacji. To auta niezarejestrowane, którymi jeździ się po wiejskich i leśnych drogach. Z wydatków rodzin rolniczych na benzynę wynika jasno, że jeździ się sporo.

Ślepy koszyk, czyli struktura wydatków poszczególnych typów rodzin, nie zawiera dóbr inwestycyjnych. To oznacza, że nie ma w nim wydatków na kupno mieszkań, budowę domów ani nawet na większe remonty. Co innego wydatki na utrzymanie i eksploatację lokali. Takie zostały w nim umieszczone.

Jedną manipulację, powodującą, że oficjalny wskaźnik wzrostu cen jest dużo niższy niż to, co widać gołym okiem, właśnie udało nam się wykryć. Ani ogromny wzrost cen materiałów budowlanych (glazury, terakoty, okien, armatury łazienkowej itp.), ani w konsekwencji szybki wzrost cen mieszkań i domów nie znajduje odzwierciedlenia we wskaźniku wzrostu cen konsumpcyjnych, który mylnie, acz uporczywie, nazywamy inflacją. Przy jego obliczaniu nie bierze się też pod uwagę cen biżuterii, dzieł sztuki ani papierów wartościowych, takich jak np. akcje na giełdzie czy obligacje Skarbu Państwa. – Inflacji, czyli wzrostu cen wszystkich towarów, nie oblicza nikt – zapewnia dr Wiesław Łagodziński. Nie robi tego nawet Narodowy Bank Polski. Ten wprawdzie liczy tak zwaną inflację bazową, ale nie bierze pod uwagę cen paliw i energii. Czyli też trochę manipuluje. Przy takich założeniach inflacja bazowa także jest niższa, niż byłaby po uwzględnieniu niemal stałego wzrostu ich cen.

Krzywe zwierciadło

Z sześciu typów badanych przez GUS rodzin w kolejnym etapie sporządzi się jeden, też ślepy, koszyk statystycznego Polaka. To struktura wydatków przeciętnej rodziny. Przeciętnej, czyli nieistniejącej. Po pierwszym półroczu 2007 r. wyglądała ona następująco: z każdego tysiąca złotych Kowalski ciągle najwięcej przeznacza na żywność – 262 zł. Drugą największą pozycją w naszych wydatkach jest utrzymanie mieszkania – 204 zł, zwłaszcza energia elektryczna, gaz i ogrzewanie – ponad 120 zł miesięcznie. Coraz więcej pieniędzy wydajemy na transport – 84 zł miesięcznie, w tym 52 zł na eksploatację prywatnych samochodów. Ta ostatnia pozycja nie odzwierciedla niczyich wydatków. Ktoś, kto mieszka w dużym mieście i dojeżdża autem codziennie do pracy, na samą benzynę wydaje wielokrotnie więcej. Inny, który auta nie ma, nie wydaje nic. Średnio – jak widać – wychodzi właśnie tyle.

Zawartość ślepego koszyka najbliższa jest strukturze wydatków emerytów i rodzin pracowniczych. W 13,2 mln gospodarstw mieszka 9,5 mln emerytów, ich gospodarstwa najczęściej bywają jednoosobowe. Ale i oni przy niektórych pozycjach wyrażą zdziwienie, zwłaszcza przy kosztach ochrony zdrowia. Wydatki na lekarzy i lekarstwa przeciętnego Polaka wynoszą 51 zł miesięcznie z każdego wydanego tysiąca. Starsi ludzie wydają jednak wielokrotnie więcej, choć raczej nie na ordynowane przez lekarza leki, ale różnego rodzaju maści przeciwbólowe, pigułki wzmacniające i inne paramedykamenty.

Z przeglądu ślepego koszyka płynie też inny wniosek. Statystyczny Polak więcej pieniędzy przeznacza na to, żeby zdrowie stracić, niż żeby je zachować. Alkohol i papierosy kosztują nas miesięcznie prawie 57 zł (z każdego tysiąca). Na odzież i obuwie wydajemy średnio 54 zł. Z książeczki, wypełnianej przez niepalących Krynickich z Warszawy, wynika, że o wiele więcej wydają miesięcznie na samo wino. Lutostańscy z Łomży też nie zdawali sobie sprawy, że ich miesięczne wydatki na używki dają w sumie spore pieniądze: on pali i często sięga po piwo.

Schab środkowy czy karkówka

Skonstruowanie ślepego koszyka potrzebne jest po to, żeby stworzyć system wag, niezbędny do dalszego pomiaru cenowej gorączki. – Chodzi o to, by wiedzieć, jakie grupy towarów najbardziej wpływają na wzrost kosztów utrzymania – tłumaczy Małgorzata Siwiak. Jak z tego widać, „wskaźnik wzrostu cen konsumpcyjnych” nie odzwierciedla jakiegoś obiektywnego wzrostu cen towarów! To raczej rodzaj lustra pokazującego, jak rosnące ceny odbiły się na kosztach utrzymania. Nie da się ukryć, że jest to zwierciadło krzywe. Takie odczucie mają prawo mieć zarówno osoby lepiej zarabiające – ich zdaniem ceny rosną o wiele szybciej, niż podaje GUS – jak i wszyscy nietypowi.

Nietypowi to według GUS dojeżdżający samochodem do pracy mieszkańcy wielkich miast. W ich budżetach rosnące koszty paliwa narobiły sporo zamieszania. – Ale oni nie odzwierciedlają ogólnej struktury spożycia, podobnie jak osoby jeżdżące na zagraniczne wakacje – upiera się dr Łagodziński.

GUS, mierząc „inflację”, nie śledzi cen, tylko konsumentów. Jeśli uda mu się podejrzeć takich jak mieszkańcy luksusowego osiedla Marina na warszawskim Mokotowie, dostrzeże, że – wraz z ceną polędwicy wołowej – bardzo wzrosły ich wydatki na niedzielne befsztyki. Za kilogram tego drogiego mięsa trzeba dziś płacić od 60 zł w górę. Tylko że statystyczny Polak za wołowiną nie przepada. Więc to, że wołowina od 2004 r. zdrożała dwukrotnie, w ślepym koszyku ma nikłą wagę. Dzisiaj statystyczny Polak przeznacza na nią z każdego tysiąca złotych zaledwie 2 zł 60 gr. Tym samym cena polędwicy wołowej dla wskaźnika wzrostu cen praktycznie nie ma znaczenia.

Ale i wieprzowina (nasze narodowe mięso) ma mniejsze, niżby się wydawało. – Jak drożeje schab środkowy, to nie znaczy, że konsumenci potulnie to akceptują – zauważa Małgorzata Siwiak. – Raczej przerzucą się na karkówkę albo łopatkę, byle tylko nie zapłacić więcej. Z tego powodu wskaźnik wzrostu cen GUS pnie się wolniej, niż widzimy w sklepach. Waga drożejących towarów maleje, a większego znaczenia nabierają ich zamienniki.

Wskaźnika nie zmieniają nawet ziemniaki, do niedawna podstawa każdego polskiego obiadu. Kiedy po ubiegłorocznej suszy tak bardzo zdrożały, masowo przerzuciliśmy się na makarony. Teraz błyskawicznie drożeje mąka, więc prawdopodobnie Polacy polubią ryż. Waga drogiej mąki w naszych budżetach zmaleje, a wskaźnik cen znów wzrośnie mniej niż w sklepie. Bo konsument – według dr. Łagodzińskiego – zachowuje się substytucyjnie. Jak drożeją parówki, raczej rozejrzy się za salcesonem. W ten sposób sami przyczyniamy się do tego, że statystyka rozmija się z naszymi obserwacjami.

Substytucyjnie możemy sobie układać jadłospis. Zaradny Polak staje się jednak bezradny, gdy drożeje prąd, gaz i ogrzewanie. Wzrost kosztów utrzymania mieszkania bije po kieszeni wszystkie typy gospodarstw domowych. Cenom energii elektrycznej nie może się oprzeć nawet wskaźnik GUS. One najszybciej odbijają się na cenowym termometrze. A także – koszty transportu.

Na ostatnim etapie badania wskaźnika wzrostu cen ślepy koszyk trafia w ręce Jolanty Lesiuk, zajmującej się w GUS obserwacją cen. To ona zdecyduje, jakie towary się w tym koszyku znajdą. O ich proporcjach przesądzi z kolei system wag, czyli struktura przeciętnych wydatków.

Towarów i usług zmieści się w inflacyjnym koszyku aż 1,8 tys. Tak naprawdę jednak może ich być aż 209 razy więcej. – Mamy 209 rejonów badania cen i w każdym z nich cena danego artykułu może być przecież inna – mówi Jolanta Lesiuk. Największa rozpiętość cen jest w Warszawie. Różnica między cenami na najdroższym bazarze na Polnej a targowiskiem przy szosie krakowskiej jest czterokrotna. Im mniejsza miejscowość, tym ceny są niższe, podobnie jak rozpiętość między nimi.

Każdy wie swoje

Inflacyjny koszyk Jolanty Lesiuk napełnia się konkretnymi towarami, których ceny ankieter spisał w sklepie lub na bazarze. Żeby je móc porównać, spisywać trzeba w tych samych punktach. Największy wpływ na wskaźnik mają punkty odwiedzane przez najwięcej klientów. Ceny na Polnej w inflacyjnym koszyku odbicia raczej nie znajdą, ale w sieci hipermarketów Real – jak najbardziej.

Obecnie GUS starannie zakrywa metki wkładanych do koszyka towarów. – Wybieramy zawsze artykuły najchętniej kupowane w danym rejonie – tłumaczy Lesiuk. – Ale nie ma, na przykład, jednego rodzaju parówek czy kiełbasy, który byłby obecny w handlu w całym kraju. W jednym rejonie najbardziej popularna jest np. kiełbasa podwawelska, a w innym zachodniopomorska. Obie znajdą się w koszyku jako „kiełbasa cienka”. Jeszcze gorzej jest z pieczywem. W byle osiedlowym sklepie można naliczyć 40 gatunków. Spisuje się ceny zarówno chleba baltonowskiego, jak wileńskiego, bułek wrocławskich, bagietek i dziesiątków innych. W koszyku są obecne bez nazw, podzielone tylko na pieczywo pszenne, żytnie i mieszane.

Jeszcze przed kilkunastoma laty, gdy w koszyku królowało piwo Żywiec i margaryna Słoneczna, ich producenci mieli darmową reklamę, a GUS kłopoty, bo manipulować zaczęli także producenci. Wszystkie margaryny wokół drożały, a Słoneczna cały czas trzymała starą cenę. Zmieniała się jej jakość (raczej na gorszą), ale cena – na użytek GUS – musiała być taka sama. Dlatego teraz towary są bez nazw imiennych. Urząd nie będzie robił prywatnemu biznesowi reklamy. Więc jeśli nawet we wszystkich badanych punktach ankieter trafi na koszule Wólczanka, w koszyku wystąpią one jako „koszula męska, bawełniana, z długim rękawem”. Na identycznej zasadzie towarowych reprezentantów dobiera się w pozostałych krajach Unii.

Po takim dywanowym nalocie na ceny w całym kraju GUS już wie wszystko. Konsument też. Tyle że każdy wie swoje.

Joanna Solska

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj