Na początek relanium
A potem? Może czas, by wprowadzić zasadę współpłacenia za usługi medyczne?

Do kasy NFZ wpłynie w tym roku 42 mld zł. Jeszcze przed kilkoma laty pieniędzy było o wiele mniej, zaledwie 30 mld zł, a mimo to pacjenci nie mają poczucia, że w publicznej służbie zdrowia jest o 40 proc. lepiej, wręcz odwrotnie. Do dyskomfortu chorych - niepewnych czy, jak i kiedy będą leczeni - dochodzi zniecierpliwienie lekarzy, którzy już nie chcą dłużej czekać na podwyżki, żądają ich natychmiast i to do europejskiego poziomu. PiS, który będąc przy władzy niczego w systemie publicznej służby zdrowia nie poprawił, wystąpi teraz z poselskim projektem ustawy, zwiększającym składkę na zdrowie z 9 do 13 proc. zarobków brutto, dzięki czemu w 2015 r. wydawalibyśmy na zdrowie równowartość 6 proc. PKB. Pomysł byłego ministra zdrowia Zbigniewa Religi - zresztą wcześniej przez rząd PiS nie podjęty - jest tak samo zły jak poprzednie podobne. Nalewanie wody do sita nigdy go nie napełni. W publicznej służbie zdrowia nigdy nie będzie dość pieniędzy, bo popyt na „darmowe" usługi zdrowotne jest w praktyce nieograniczony.

To dlatego Węgrzy już przed rokiem powiedzieli - dość i wprowadzili zasadę ograniczonego współpłacenia: pacjenci za każdą wizytę u lekarza oraz dzień pobytu w szpitalu płacą równowartość 4,50 zł. W tym roku ich śladem poszli Czesi - za wizytę u lekarza zapłacić trzeba odpowiednik 4 zł, podobnie jak za wypisanie recepty; dzień pobytu w szpitalu kosztuje 8,30 zł. Węgrzy za wezwanie pogotowia nie płacą, Czesi - 12,50 zł. Współpłacenie pacjentów występuje we wszystkich krajach starej Unii. To nie są stawki, dzięki którym tamtejsza służba zdrowia jest bogata. Celem wprowadzenia opłat było racjonalizowanie popytu.

Na podobny krok wcześniej czy później musimy się zdecydować także my, nie zapominając o zwolnieniu z opłat lub refundacji dla tych, dla których kilka złotych to też dużo. Obecnie pracujący płacą coraz wyższe składki na zdrowie, a coraz częściej - z braku czasu - muszą leczyć się prywatnie. Z publicznej służby zdrowia w coraz większym stopniu korzystają więc ci, którzy mają czas. Wprowadzenie choćby symbolicznych opłat mogłoby trochę ten popyt zracjonalizować. Wtedy pani minister Kopacz łatwiej byłoby zrealizować inne, wcale niegłupie pomysły - jak negatywny koszyk usług zdrowotnych (czyli listę tych, które nie będą refundowane) i dobrowolne ubezpieczenia. Oczywiście byłoby najlepiej, gdyby rząd i opozycja potrafiły w tej sprawie współpracować, bo tu trzeba wprowadzać rozwiązania na lata, a nie na polityczną kadencję. Żadna reforma służby zdrowia się nie powiedzie, jeśli politycy nie wezmą czegoś na uspokojenie.

  
 

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj