Fundusze inwestycyjne: w poszukiwaniu utraconych zysków
Choć po ostatnich spadkach na giełdzie miłość Polaków do funduszy inwestycyjnych nieco przygasła, eksperci radzą, by nie obrażać się na nie zbyt długo. To wciąż atrakcyjny i nowoczesny sposób pomnażania pieniędzy, pod warunkiem, że korzystamy z niego rozważnie.

Sytuacja gospodarcza świata mimo wszystko nie jest zła, a w niektórych krajach, m.in. w Polsce, wręcz doskonała - taki wniosek płynie z najnowszego raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Giełdy jednak nie chcą słuchać tej optymistycznej diagnozy.

Spadki na parkietach, które zaczęły się w sierpniu zeszłego roku, wciąż trwają. Kryzys na rynku kredytów hipotecznych w USA i recesja w amerykańskiej gospodarce, kłopoty kolejnych banków i instytucji finansowych, upadek dolara i drożejące surowce - inwestorzy najwyraźniej stracili już cierpliwość do takiej lawiny złych wiadomości. I nawet jeśli sytuacja na kilka tygodni się stabilizuje, potem wykresy cen akcji znów ruszają w dół.

Oferta dla aktywnych

Tracą na tym posiadacze jednostek funduszy inwestycyjnych, których wyceny zależne są od giełdy. Najgorzej mają ci, którzy za namową bankowych sprzedawców zainwestowali swe pieniądze w połowie 2007 r., tuż przed załamaniem koniunktury. Ich oszczędności stopniały od tamtej pory aż o 20-30 proc. Najlepszy wśród funduszy akcyjnych stracił 13,22 proc., zaś najsłabsze  - ponad 30 proc. Widać, jak mocno nasze zyski zależą od wiedzy, wyczucia, a czasem po prostu szczęścia zarządzających.

Nasz ranking pokazuje, jak złudne jest przeświadczenie, że do funduszy można wpłacić oszczędności i spokojnie czekać na wielkie zyski.

Ostatnie pół roku na giełdach zmniejszyło znacznie zyskowność długoterminowych inwestycji w fundusze (w naszej symulacji są to 3 lata). Bessa nie ominęła też posiadaczy funduszy, które tylko część pieniędzy inwestują w akcje, np. mieszanych (straty od 4 do 19 proc.) i stabilnego wzrostu (na minusie są 22 na 24 fundusze z tej kategorii). Narzekają również ci, którzy dali się uwieść chwilowym inwestycyjnym modom. Np. posiadacze tak zwanych misiów, czyli funduszy skupujących akcje małych i średnich przedsiębiorstw, które w ciągu ostatnich 2 lat najmocniej poszły w górę.

Zainteresowanie pierwszymi „misiami" firm DWS oraz ING TFI było tak duże, że to ostatnie towarzystwo musiało nawet na jakiś czas wstrzymać przyjmowanie pieniędzy od chętnych. Tę modę szybko podchwyciły inne Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (TFI). W sumie powstało 11 „misiów". Pieniądze popłynęły do nich szerokim strumieniem, pomimo ostrzeżeń analityków, że kurs akcji małych i średnich firm na warszawskiej giełdzie jest bardzo wyśrubowany. W efekcie, gdy zaczęła się bessa, właśnie te spółki straciły najwięcej. Podobny los spotkał posiadaczy modnych do niedawna funduszy z hasłem „nieruchomości" w nazwie, które inwestowały pieniądze w akcje przewartościowanych spółek z branży budowlanej.

Choć klienci podejmowali grę z funduszami na własne ryzyko, dziś niektórzy czują się oszukani. Zamiast wysokich zysków liczą straty. Jest w tym również trochę winy instytucji finansowych, które w ostatnich miesiącach trwania hossy wyraźnie przesadziły z huraoptymizmem reklamowych komunikatów (zwróciła na to uwagę nawet Komisja Nadzoru Finansowego, państwowy organ nadzorujący instytucje finansowe). W marketingowej kakofonii umknęła na przykład subtelna różnica pomiędzy „ochroną kapitału" a „gwarancją zwrotu kapitału". Choć sprzedawcy oba rodzaje inwestycji reklamowali jako pewne, to tylko te drugie dają rzeczywiście zwrot całej wpłaconej kwoty, jeśli coś pójdzie nie tak (krach na giełdzie itp.). W pierwszym przypadku zarządzający funduszem są jedynie zobowiązani do ostrożnego inwestowania: tak, żeby zminimalizować ryzyko. Efektu gwarantować jednak nie mogą.

Na razie część z 3-milionowej rzeszy Polaków inwestujących w fundusze zabrała im swoje pieniądze. W czasie półrocznych spadków na giełdzie z rachunków TFI wypłacono łącznie 15 mld zł. Większość przepłynęła na bankowe lokaty, których oprocentowanie rośnie wraz z podnoszeniem przez Radę Polityki Pieniężnej stóp procentowych (najlepsze lokaty roczne dają teraz zysk na poziomie 6-7 proc. brutto). Na razie trudno przewidzieć, czy i kiedy sytuacja na giełdzie ulegnie poprawie. Czy to oznacza, że w 2008 r. powinniśmy zapomnieć o funduszach jako metodzie pomnażania naszych oszczędności?

- Zdecydowanie nie. Ale trzeba pożegnać się z łatwymi zyskami. Już nie wystarczy kupić jednostki funduszu i czekać, aż pieniędzy przyrośnie jak na drożdżach. Trzeba się rozglądać, szperać, porównywać, wczytywać w szczegóły ofert i strategii inwestycyjnych - tłumaczy Michał Macierzyński, analityk z portalu Bankier.pl. A skoro trzeba się rozglądać, to czego powinniśmy szukać?

Bezpieczna przystań

Dopóki sytuacja na giełdzie nie wyklaruje się, jedyną w miarę bezpieczną przystanią wydają się fundusze rynku pieniężnego. Ale tam, jak zawsze, nie należy spodziewać się dużych zysków. - Przy oprocentowaniu średnio 4-5 proc. rocznie jedyne, co możemy w ten sposób osiągnąć, to ochrona naszych pieniędzy przed inflacją - mówi Bernard Waszczyk, analityk z firmy doradztwa finansowego Open Finance.

Nie jest do końca jasna sytuacja funduszy inwestujących w obligacje państwowe, dotąd uznawanych za dość bezpieczne. - Z tymi funduszami radzę się na razie wstrzymać. Przynajmniej do chwili, kiedy RPP przestanie podnosić stopy procentowe - mówi Waszczyk. Zależność jest taka, że jeśli w danym kraju trwa cykl podnoszenia stóp procentowych, zyskowność funduszy obligacji spada. Z kolei gdy banki centralne stopy obniżają - ich zyskowność rośnie.

Ta reguła nie da się łatwo zastosować do obligacji innych krajów, bo tam dochodzi jeszcze ryzyko zmiany kursu waluty. Na przykład choć Amerykański Bank Rezerwy Federalnej (Fed) konsekwentnie obcina stopy, to jednocześnie spada wartość dolara względem euro i złotówki. Dlatego na 12 sprzedawanych w Polsce funduszy obligacji dolarowych tylko pięć przyniosło w ciągu ostatniego półrocza dodatnią stopę zwrotu, z czego tylko w jednym przypadku przekroczyła ona 5 proc. Były jednak i takie fundusze w tej kategorii, które z powodu słabego dolara straciły po 15-19 proc. W perspektywie 3-letniej (ranking na s. 94) tylko cztery takie fundusze przyniosły zysk.

Warto wciąż interesować się funduszami parasolowymi, co najmniej do momentu, w którym rząd zniesie 19-proc. podatek od zysków kapitałowych (tzw. podatek Belki). Politycy obiecują to już od dawna, ale niewiele robią. Fundusz parasolowy zbiera pod sobą kilka „subfunduszy", pomiędzy którymi możemy dowolnie przenosić oszczędności. Tak długo jak pieniądze pozostają „pod parasolem", są zwolnione z podatku Belki i pracują. Inna sprawa, że z różnym często skutkiem. - Wiele TFI stosuje preferencyjne taryfy opłat za transakcje dokonywane pod parasolem, więc kosztować nas one powinny mniej niż oddzielne kupowanie i sprzedawanie jednostek kilku funduszy. Jest to szczególnie istotne w czasach niepewności na giełdzie, bo możemy wielokrotnie przerzucać pieniądze z funduszy ryzykownych do bezpiecznych i na odwrót - tłumaczy Leszek Jedlecki z zarządu ING TFI.

Cenne alternatywy

W czasach, gdy giełda mocno faluje, a jednocyfrowe zyski z funduszy obligacji i rynku pieniężnego nie przyciągają tłumów chętnych, TFI będą dwoić się i troić, żeby czymś skusić klientów. - W 2008 r. liczyć się będzie kreatywność - mówi Michał Macierzyński z portalu Bankier.pl. Na przykład w ciągu ostatniego półrocza świetnie poradził sobie fundusz BPH, inwestujący w obligacje krajów Europy Wschodzącej (nie tylko Polski, ale również Czech czy Turcji). To zresztą ogólny trend: - Polskie TFI, chcąc zachować klientów, będą musiały wychodzić za granicę i tam zarabiać - mówi Macierzyński.

Powstają na przykład wyspecjalizowane fundusze sektorowe, takie jak DWS Infrastruktury i Informatyki (inwestuje w spółki, które działają przy rozbudowie infrastruktury oraz rozwoju nowoczesnych technologii w Polsce). Inna ciekawostka to DWS Zmian Klimatycznych (spółki z całego świata inwestujące w czyste technologie, alternatywne źródła energii, ekologiczny transport). Trwająca od półtora roku hossa na rynku surowców naturalnych - ropy oraz metali - sprawiła, że coraz więcej TFI kusi klientów możliwością lokowania tam ich pieniędzy. Dzieje się to generalnie na dwa sposoby - albo fundusz inwestuje bezpośrednio np. w ropę (kupuje kontrakty terminowe), albo też w spółki związane z poszukiwaniem złóż, wydobyciem ropy, handlem nią itp. Ten drugi sposób jest nieco bardziej ryzykowny, bo oprócz koniunktury na rynkach surowcowych związany jest dodatkowo z koniunkturą na giełdach.

Na rynku surowców działają m.in. fundusz Idea Surowce Plus (inwestuje na rynkach surowcowych, towarowych, nośników energii, towarów spożywczych), Skarbiec Rynków Surowcowych (min. 66 proc. aktywów lokuje w akcje spółek, których działalność jest związana z wydobyciem lub przetwórstwem surowcowym), Arka BZ WBK Energii (lokuje w spółki produkujące i przesyłające energię elektryczną oraz poszukujące, wydobywające i przetwarzające ropę naftową i węgiel).

Większość funduszy surowcowych ma ostatnio bardzo dobre wyniki. W obliczu załamania na rynkach finansowych inwestorzy zwrócili się w stronę wartości „namacalnych", szczególnie złota, które w ciągu 8 lat zwiększyło wartość o 240 proc. - To efekt utraty zaufania do dolara amerykańskiego, najważniejszej waluty rezerwowej banków centralnych, która kilkadziesiąt lat temu zastąpiła złoto. Wpływ ma też niepewna sytuacja geopolityczna i niestabilność systemu finansowego w USA - mówi Andrzej Maniewski z Investors TFI. Trudno jednak przewidywać, jak długo potrwa ta surowcowa hossa. Coraz częściej eksperci ostrzegają, że na tym rynku też narasta spekulacyjna bańka, która kiedyś musi pęknąć.

Wiele takich specjalistycznych funduszy działających na różnych rynkach ma charakter funduszy inwestycyjnych zamkniętych (FIZ), to znaczy, że można się do nich zapisywać tylko w określonym terminie. Subskrypcja zazwyczaj trwa kilka tygodni. Często wymagane są odpowiednie kwoty wejściowe - np. 50-100 tys. zł. Po zakończeniu subskrypcji TFI przydziela każdemu inwestorowi tzw. certyfikat. Wyjście z takiej inwestycji jest możliwe jedynie przez odsprzedanie certyfikatu (najczęściej w znalezieniu chętnego pomaga samo TFI). Innym sposobem jest sprzedanie certyfikatu na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, o ile jest on dopuszczony do publicznego obrotu i notowany. Wśród funduszy surowcowych zamkniętymi są m.in. Investors Gold (metale szlachetne: złoto, srebro, platyna, pallad) i BPH FIZ Dochodowych Surowców (w zależności od koniunktury od 30 do 50 proc. inwestuje w surowce).

Zagraniczne i kosmiczne

Podczas gdy nasi finansiści objeżdżają służbowo Turcję, kraje bałkańskie i azjatyckie republiki byłego ZSRR w poszukiwaniu ciekawych pomysłów na pomnażanie pieniędzy klientów, obecne na polskim rynku fundusze zagranicznych TFI radzą sobie coraz lepiej. Kuszą nas tacy giganci światowej finansjery jak BlackRock (niegdyś Merill Lynch), Franklin Templeton, Robeco, Legg Mason, HSBC, Raiffeisen oraz grecki Polbank. Jednostki zagranicznych TFI można kupić u większości doradców finansowych (Xelion, Open Finance, Expander, Goldenegg), a także w niektórych bankach (np. Citibank, Deutsche Bank, Noble Bank, Raiffeisen).

W sumie prawie 250 propozycji, a ciągle przybywają nowe. - Mamy już w ofercie 60 funduszy, co kwartał wprowadzamy 5-6 - mówi Michał Staszkiewicz z polskiego oddziału Franklin Templeton. Fundusze zagranicznych TFI mają tę przewagę nad krajowymi, że dają możliwość inwestowania w branżach i krajach, które czekają najlepsze perspektywy gospodarcze. Na przykład w modny ostatnio BRIC (gospodarki Brazylii, Rosji, Indii oraz Chin). Z kolei Polbank wprowadza do oferty fundusz skupiający się na Bułgarii, Rumunii i Serbii. - Polecam właśnie takie kraje, raczej odradzam klasyczne gospodarki Europy Zachodniej i USA, które dotknął kryzys - mówi Piotr Trzeciak, doradca finansowy z firmy Xelion.
 


 

Jednak decydując się na zagraniczne TFI często musimy brać na siebie ryzyko walutowe. Zyski z funduszy zagranicznych o połowę zmniejszał ostatnio fakt, że są rozliczane w dolarach lub w euro. Wartość obu tych walut w stosunku do złotówki spada, a niskie notowania dolara osiągnęły rekord wszech czasów. Co z tego, że inwestujący na giełdzie w Indiach fundusz zarobił w ciągu roku np. 55 proc., jeżeli dolar w tym czasie stracił prawie 20 proc.? W sumie wynik lekko rozczarowywał. Ryzyko walutowe zniechęca polskich inwestorów i sami twórcy zagranicznych funduszy zdają sobie z tego sprawę. Dlatego coraz częściej wprowadzają do oferty możliwość wyceniania funduszy w złotówkach lub zabezpieczają się, dodając do konstrukcji funduszu dodatkową opcję na spadek kursu dolara (jeżeli amerykańska waluta traci, to fundusz zarabia na tym dodatkowo). Takim przykładem jest m.in. Franklin Templeton Global Total Refund. Piotr Trzeciak z Xelionu radzi, aby inwestując w dolarach wybierać fundusze rynków surowcowych, bo te właśnie idą najbardziej w górę z powodu... słabnącego dolara. Warto też pamiętać, że ryzyko kursowe czasem działa na naszą korzyść. Może być również tak, że waluta egzotycznego kraju, w którym inwestujemy, bardzo umocni się wobec dolara. Wtedy możemy zyskać dodatkowo na przeliczeniach kursowych.

Istotną barierą w przypadku niektórych funduszy zagranicznych pozostaje też minimalna kwota inwestycji, którą należy wpłacić. Na przykład w BlackRock czy Franklin jednorazowo musi to być minimum 5-10 tys. zł (zależy od funduszu). Fundusze zagraniczne pobierają za to znacznie niższe opłaty za swoje usługi. W przypadku polskich TFI inwestujących w akcje normą jest 4 proc. wypracowanego zysku. Światowe TFI zadowolą się 2 proc.

Rynkową nowością są wciąż tzw. fundusze typu hedge, zwane też alternatywnymi. Przyjmuje się, że są to przedsięwzięcia finansowe, które inwestują bez żadnych ograniczeń we wszystko, na czym da się zarobić. Często wyszukują na własną rękę ciekawe spółki poza giełdami, przekształcają je i sprzedają inwestorom albo wprowadzają na giełdę. Stopa zwrotu z funduszy hedge jest bardziej zależna od sprawności i pomysłowości zarządzających funduszem. Dlatego oni sami mają w nich udziały (a więc podejmując decyzje ryzykują własnymi pieniędzmi).

Fundusze alternatywne obarczone są wysokim ryzykiem, ale też dają możliwość osiągnięcia wystrzałowych zysków. Ich wyceny w ciągu miesiąca mogą wahać się nawet o kilkadziesiąt proc. Choć pewne cechy funduszy typu hedge mają też produkty finansowe oferowane przez Operę i Investors TFI, na polskim rynku działa jedna firma powszechnie uważana za hedge-fundusz. To austriacki Superfund, który obraca kontraktami terminowymi na akcje oraz surowce, waluty i towary (np. pszenicę, bawełnę, soję) na ponad 100 giełdach świata. Fundusze te mogą też przynosić zyski w czasach długotrwałej bessy - kupują kontrakty na spadki cen i gdy giełdy rzeczywiście przeżywają kłopoty, to one zarabiają. Superfund jest ciekawy również z innego powodu: wszystkie decyzje zamiast ludzi podejmuje tu program komputerowy. Analizując wykresy poszczególnych towarów przewiduje, czy trend jest rosnący, czy też spadkowy i na tej podstawie wystawia zlecenia. Komputerowy matriks najlepiej sobie radzi w warunkach wyraźnej hossy lub bessy. Gdy na giełdach podczas ubiegłorocznych wakacji była huśtawka nastrojów, system Superfund podejmował nietrafione decyzje i fundusz nie miał dobrych wyników. Ale od czasu, gdy wszystko ruszyło ostro w dół, zyski tych funduszy notują absolutne rekordy (co widać w zestawieniu na s. 96). - W lutym zarobiliśmy dodatkowo na inwestycjach w kontrakty terminowe na soję i olej opałowy. Wzrastający popyt w Chinach wywołał silny wzrost cen zbóż i ziaren roślin oleistych. Ceny soi ustanowiły rekord wszech czasów, a notowania diesla znacznie wzrosły. Dodatkowe zyski osiągnęliśmy obstawiając trend wzrostowy kursu złota i spadkowy kursu dolara - tłumaczy Maciej Brysławski, wiceprezes Superfund TFI SA.

Strategia na bykowe

Wszystkie te alternatywne pomysły inwestycyjne, choć brzmią atrakcyjnie, nie mogą, niestety, stać się osią naszej strategii. W normalnej sytuacji rynkowej powinno się w nie włożyć tylko część naszych oszczędności (a resztę w polskie akcje, obligacje itd.). Dlatego wciąż powracają pytania, czy aktualna sytuacja na rynkach finansowych jest tylko globalną korektą, krótkotrwałą bessą, czy też już preludium do ogólnoświatowego krachu i recesji. Wiele zależy od prawdziwości modnej ostatnio teorii decouplingu. To idea lansowana przez wielu ekonomistów i publicystów. W dużym skrócie chodzi o to, na ile światowa gospodarka uniezależniła się od koniunktury w USA (z ang. decouple - rozłączać, desynchronizować, w tym kontekście - zastąpić). Do tej pory wszelkie wahnięcia globalnego PKB były zależne od tego, jak rozwijają się Stany Zjednoczone (znane powiedzenie, że gdy Ameryka kicha, to na całym globie jest katar). Tymczasem - i to widać coraz wyraźniej - USA przestają już być najważniejszym motorem światowej gospodarki, choć są wciąż głównym konsumentem. Teraz siła ciężkości przesuwa się w stronę Azji, Dalekiego Wschodu, a przede wszystkim Indii i Chin. W idei decouplingu chodzi właśnie o pytanie, na ile to przesunięcie już nastąpiło? I czy kraje rozwijające będą mogły przejąć pałeczkę? Czy bogacąca się chińska i indyjska klasa średnia zapewni nowe rynki zbytu, które zastąpią zaciskających pasa Amerykanów?

Jak na razie mieszkańcy tych krajów razem wzięci konsumują jedną piątą tego, co mieszkańcy USA. Ale odpowiadają już za wytworzenie 14 proc. światowego PKB. Koncerny takie jak Coca-Cola sprzedają więcej napojów na rynkach wschodzących niż w USA. Procter&Gamble, gigant chemii gospodarczej, już co trzeci produkt sprzedaje w Azji. I temu zawdzięcza dobre wyniki finansowe. A więc pomimo spowolnienia gospodarczego (a nawet recesji w USA) niektóre kraje - w tym Polska, wspomniany BRIC i Bałkany - mają szansę rozwijać się bez przeszkód. Oczywiście o ile teoria decouplingu jest prawdziwa. Jak na razie gracze na rynkach finansowych są sceptyczni. To pewnie kwestia tradycyjnego zapatrzenia w Wall Street. Ta giełda wciąż dyktuje warunki, a większość kapitału wciąż pochodzi z rynków anglosaskich. Decydujący o jego przepływie mają w większości dyplomy renomowanych amerykańskich i brytyjskich uczelni. Nic dziwnego, że w tradycyjny sposób postrzegają świat finansów.
 


 

Gra va banque

Co ma w tej sytuacji zrobić przeciętny polski inwestor? Ci, którzy wciąż mają jednostki funduszy polskich akcji, prawdopodobnie będą już grać va banque. Nie opłaca się sprzedać ich w tej chwili z 1/3 straty, więc trzymają i czekają, aż wzrosną. Muszą się jednak uzbroić w cierpliwość, bo nawet optymistyczne prognozy zakładają, że do poziomu sprzed pół roku giełda będzie wracać minimum rok. O ile oczywiście się odbije. A na razie wyraźnych dowodów na to nie ma. Inwestorzy wciąż panicznie reagują na każdą, nawet najdrobniejszą informację z rynku. Ta huśtawka jeszcze potrwa.

Choć są i tacy analitycy, którzy twierdzą, że giełdy już „skonsumowały" scenariusz ewentualnej krótkotrwałej recesji w USA i globalnego spowolnienia, które ona wywoła. W związku z tym wkrótce akcje okażą się na tyle tanie, aby je można znów zacząć kupować. A gdy kupujących będzie więcej - indeksy ruszą w górę i na parkietach znów zacznie królować byk, symbol hossy (dziś króluje niedźwiedź - symbol bessy).

W tym momencie warto przypomnieć o tzw. teorii zakupów ratalnych - inwestowaniu w regularnych odstępach w jednostki funduszu za określoną kwotę pieniędzy. Dzięki temu w dłuższym okresie kupujemy po cenie średniej. Statystycznie zmniejszamy ryzyko porażki i zainwestowania w giełdowym szczycie. Chętni do stosowania tej strategii powinni pamiętać o dwóch zasadach. Po pierwsze - stosujemy ją minimum przez rok. Po drugie - nie stosujemy jej do funduszy bezpiecznych z natury (obligacyjnych, rynków pieniężnych).

Innym, jeszcze ciekawszym i chyba skuteczniejszym wariantem jest założenie, że nasza inwestycja powinna się co miesiąc zwiększać o określoną sumę pieniędzy (np. 1 tys. zł). W ten sposób w miesiącach wyjątkowo kiepskich dla giełdy do interesu dokładamy najwięcej, ale też kupujemy najtaniej (np. nabywamy w kwietniu jednostki za 1000 zł, ich wartość spada do 750 zł, więc w kolejnym miesiącu dopłacamy w sumie 1250 zł). Z kolei w miesiącach dobrych kupujemy mniej droższych jednostek (jeśli w kwietniu wpłacamy 1000 zł, a w maju ich wartość wzrosła do 1400 zł, to dokupujemy funduszy za 600 zł). W trakcie ekstremalnych wzrostów nie kupujemy nic - bo inwestycja przyrasta sama o założoną wartość.

Choć w praktyce teoria „zakupów ratalnych" się sprawdza, z matematycznego punktu widzenia trudno ją obronić - oczywiście lepiej zainwestować od razu całą sumę, gdy akcje (fundusze) są najtańsze. Zysk będzie wtedy nieporównanie większy. Tylko kiedy jest ten najwłaściwszy moment? Tego nie wiedzą także fachowcy żyjący z zarządzania naszymi pieniędzmi. Wypatrzenie mitycznego dołka, po którym jest już tylko lepiej, to klucz do olbrzymich zysków w najbliższych latach. I w tym sensie każdy z nas jest potencjalnym milionerem.


Pięć kroków do inwestowania w fundusze - radzi Tatiana Świderska, doradca finansowy Xelionu.

Wybierz czas trwania inwestycji. Im krócej, tym bezpieczniejszy fundusz należy brać pod uwagę. Jeśli będzie to kilka-kilkanaście lat, warto wybrać fundusz z większym udziałem akcji - przy dość dużych zyskach, w tak długim czasie podejmowane ryzyko zmniejsza się.

Określ ryzyko. Każdy z nas ma inny temperament, a więc inną skłonność do akceptacji ryzyka. Lepiej zarobić mniej, nie martwiąc się stanem swoich oszczędności.

Rozłóż ryzyko. Nawet jeśli masz niewielkie oszczędności, pomyśl o rozproszeniu ryzyka, wybierając nie jeden, ale kilka funduszy. Zwróć uwagę nie tylko na rynek polski, ale na możliwości inwestycji w funduszach zagranicznych.

Wybierz fundusz. Najpierw wybierz typ funduszu (lub funduszy) zgodny z twoim podejściem do ryzyka i planowanym okresem trwania inwestycji. Następnie wybierz konkretny fundusz. Najlepiej taki, którego wyniki są najbardziej stabilne w długim okresie. Nie warto stawiać na gwiazdę jednego sezonu.

Pilnuj kosztów. Istotne są: opłata manipulacyjna (pobierana przy zakupie), opłata likwidacyjna - przy odkupieniu, opłaty za zarządzanie (są na bieżąco odejmowane od wyceny jednostek) oraz opłaty, które mogą pojawić się w trakcie trwania inwestycji (np. przy zamianie jednego funduszu na drugi). Warto polować na okresowe promocje albo kupować w takich punktach, gdzie prowizje nie są pobierane.
 

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj