szukaj
Jak nie kupiono nowych samolotów...
Flota paralotów
Nowe samoloty dla VIP-ów to opowieść ciągnąca się od lat. Teraz z tragiczną puentą.

[artykuł pochodzi z archiwum POLITYKI, z maja 2008 roku]

Przymiarki do zakupu nowej floty dla 36 Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który wozi najważniejsze osoby w państwie, trwają od 1993 r. Od tego czasu kolejne rządy organizowały przetargi i je unieważniały. Politycy bali się posądzenia o rozrzutność. W obawie, że ich nazwiska przed wyborami trafią na czołówki brukowych gazet, kwestię wymiany posowieckich maszyn na nowe pozostawiali następcom. Wciąż powtarzane w mediach informacje, że dwa radzieckie TU-154 są paliwożerne i awaryjne, okazywały się za słabym argumentem za zakupami. Nie pomagała informacja, że najwyżsi urzędnicy nawet po kraju latają dużymi odrzutowcami, bo mniejsze Jaki-40 (zasięg do 1000 km), będące na wyposażeniu 36 pułku, uchodzą za jeszcze bardziej niebezpieczne. W dodatku niedawno skończył im się fabryczny resurs, rodzaj rękojmi producenta za stan techniczny samolotu. – Białorusini takie świadectwa ostatecznie wystawili, ale zastrzegli, iż są ważne na jeden przelot z Mińska do Warszawy – informuje pułkownik Tomasz Pietrzak, szef 36 pułku.

Taki muzealny obiekt nie mógłby latać w żadnej cywilnej linii, ale armia rządzi się własnymi prawami i nie zawsze trzyma się międzynarodowych standardów. Urząd Lotnictwa Cywilnego postanowił wreszcie tym praktykom przeciwdziałać. W kwietniu pilotom 36 pułku nie przedłużył cywilnych uprawnień do latania Jakami-40 (uzasadniając to brakiem dokumentów poświadczających ich dobry stan techniczny).

Trzy to za mało

Można powiedzieć, że prezes ULC umył ręce, gdyż jego gest niewiele zmienia. Pilotów wojskowych nikt o licencje nie pyta. Są im potrzebne dopiero po zakończeniu służby. Z drugiej strony dowództwu sił powietrznych i politykom dał jednak wyraźny sygnał: z wymianą samolotów dłużej zwlekać nie sposób.

Być może ta właśnie wiadomość zdopingowała polityków Platformy Obywatelskiej. Minister obrony Bogdan Klich ogłosił, że Agencja Mienia Wojskowego zorganizuje niebawem przetarg na trzy samoloty. Ta informacja z kolei zadziwiła ekspertów lotniczych. Do tej pory spierali się co najwyżej o rodzaj i zasięg maszyn. Co do liczby byli zgodni: powinno ich być przynajmniej sześć. I tyle też chciał kupić poprzedni rząd. – Polska to duży kraj, o sporej aktywności w sprawach międzynarodowych. Optymalna liczba to osiem samolotów, w tym dwa większe Boeingi 737-800 – ocenia Marcin Bednarek z firmy Chapmanfreeborn, która zajmuje się czarterowaniem samolotów dla vipów.

W dowództwie sił powietrznych kalkulowano jeszcze inaczej. Skoro do korzystania z samolotów specjalnych uprawnione są cztery osoby w państwie (premier, prezydent, marszałkowie), to teoretycznie każdy z nich może chcieć lecieć w tym samym czasie. A gdy w powietrzu znajdują się prezydent lub premier, to do startu powinien być gotowy zapasowy samolot na wypadek awarii.

Podobnie zabezpieczają się większe linie lotnicze, ale na tym podobieństwa się kończą. Tam liczony jest każdy grosz. Samoloty latają po 8–14 godzin w ciągu doby (samoloty Ryanair stoją na płycie lotniska średnio 25 minut). W przypadku samolotów prywatnych rachunek ekonomiczny bierze w łeb, gdyż przeciętnie 97 proc. czasu maszyna spędza w hangarze. Rządowych samolotów z przyczyn bezpieczeństwa nie sposób też wynajmować, a grafik lotów zaplanować z wyprzedzeniem. Park maszyn 36 pułku przypomina trochę ten z samochodami służbowymi. Przepisy określają, kto może nimi dysponować, ale nie precyzują, w jakich okolicznościach. Żeby za dużo nie stały lub co gorsza nie latały bez celu (ze względów technicznych), politycy dzielą je z armią, która używa ich do celów militarnych i pokojowych (przerzut żołnierzy, żywności, leków itp.). Takie zasady eksploatacji mają dwie poważne wady. Po pierwsze, trudno oszacować realne potrzeby vipów: zakup 10 lub 15 maszyn dla 36 pułku też dałoby się uzasadnić. Po drugie, w sytuacji, gdy pułk jest opłacany z pięciu źródeł (na jego utrzymanie składają się Kancelarie Sejmu, Senatu, premiera, prezydenta oraz MON), trudno policzyć, ile naprawdę kosztują podróże polityków. Mimo próśb ani Kancelaria Premiera, ani MON takich danych nam nie udostępniły.

Problem z dywanikiem

Jeśli ktoś sądzi, że za decyzją premiera stoi przemyślana strategia i precyzyjne wyliczenia, to się myli. – Kupujemy trzy samoloty zamiast sześciu, bo na więcej budżetu nie stać. Na ile wystarczą? Zobaczymy. Tak zdecydował premier, a my wykonujemy tylko jego polecenie – mówi rzecznik MON.

Odpowiedzialny za realizację tego zadania wiceminister obrony Zenon Kosiniak-Kamysz dodaje, że w ogłoszeniu przetargowym znajdzie się opcja dokupienia czwartego samolotu. Z pierwszej specyfikacji wynika, że samoloty mają zabierać na pokład do 19 osób (bo wedle międzynarodowych przepisów od 20 osób na pokładzie musi być stewardesa), a ich zasięg ma przekraczać 8 tys. km. To wystarczy, żeby przelecieć Atlantyk, ale zdarzać się będzie pewnie rzadko. Nowe Falcony, Gulfstreamy czy Chalangery (takie maszyny spełniają wymienione kryteria) mają latać głównie po Europie, raczej przy okazji roboczych spotkań. – Na dalszych trasach dalej będą wykorzystywane TU-154 albo większe samoloty czarterowe – mówi Kamysz. Nie chodzi tylko o liczbę miejsc w samolocie, ale też o wymogi protokołu dyplomatycznego. – Gdy głowa państwa witana jest oficjalnie, a na płycie lotniska rozwijany jest czerwony dywan, to wypada, żeby samolot miał co najmniej dwa wyjścia. Tupolew akurat je ma, a te mniejsze odrzutowce dla vipów tylko po jednym – dodaje wiceminister.

Nowe, małe samoloty będą do dyspozycji (najpierw przetarg, potem budowa) najwcześniej za półtora roku. I już widać, że też nie rozwiążą wszystkich kłopotów z transportem vipów. Dlatego MON nie wyklucza znacznie droższej opcji, czyli zakupu większych samolotów używanych. A jesienią może pojawić się kolejny problem. Nawet jeśli Tupolewy będą akurat sprawne, to... nie będzie komu nimi latać. 36 pułk ma 12 pilotów z uprawnieniami do prowadzenia TU-154, w tym trzech dowódców załóg, którzy za kilka miesięcy niemal jednocześnie odchodzą na emeryturę. Jednym z nich jest płk Tomasz Pietrzak, który jako jedyny w kraju posiada uprawnienia do szkolenia pilotów na Tupolewach.

Uskrzydleni politycy

Lęk przed gniewem oburzonego wyborcy i nagonką tabloidów wytykających politykom luksusowe podniebne salonki jest po części efektem narastającego w społeczeństwie populizmu. Sami politycy też nie są bez winy, bo gdy już dojdą do władzy, to nagle dostają skrzydeł. Po prostu marnują cenny czas i setki ton coraz droższego paliwa na podróże, z których podatnicy mają niewiele pożytku.

Kiedy w grudniu 2003 r. były premier Leszek Miller miał lotniczą kraksę pod Warszawą, to wracał ze Śląska, gdzie w kilku kopalniach wręczał górnikom odznaczenia. Z ubiegłorocznego rozkładu lotów 36 pułku wynika, że politycy prawicy także niespecjalnie przejmowali się kosztami swoich powietrznych podróży. Dotyczy to zwłaszcza prezydenta, który w 2007 r. latał TU-154 do Gdańska na weekendy 60 razy. Co więcej, samolot w nocy z piątku na sobotę wracał do Warszawy pusty, a potem w niedzielę znowu leciał do Gdańska. Na podróż w dwie strony zużywa on ok. 10 ton paliwa (koszt 8 tys. dol.). Siły powietrzne wyliczyły, że po uwzględnieniu kosztów obsługi naziemnej i amortyzacji godzina lotu rządowego TU-154 kosztuje 48 tys. zł. Zdarzyło się i tak, że Kancelaria Prezydenta specjalnie po to, żeby przewieźć parę prezydencką na Hel, ściągnęła Tupolewa aż z Kabulu. To pochłonęło kolejne 60 ton paliwa.

Ludwik Dorn, jako szef MSWiA, dał się poznać jako miłośnik helikopterów. Jak pisał niedawno „Dziennik”, z policyjnych śmigłowców Dorn korzystał 15 razy. Raz poleciał do Rydzyna pod Lesznem, żeby wręczyć tamtejszym strażakom 30 tys., a lot śmigłowca kosztował 27 tys.

Rozpieszczeni ministrowie

Mimo że Prawo i Sprawiedliwość startowało do wyborów pod hasłem budowy taniego państwa, to premierowi jakoś nie przyszło do głowy, by na przelotach rządowymi samolotami oszczędzać. Swoich ministrów wręcz rozpieszczał. Podróżowała nimi nie tylko Anna Fotyga, była szefowa MSZ, ale również inni ministrowie. Latali na międzynarodowe konferencje, sympozja, podpisywali międzyrządowe umowy. Jeździli często do miejsc, gdzie można się łatwo dostać rejsowym samolotem. W pozostałych przypadkach też można się zastanawiać nad sensownością ministerialnych eskapad. Minister kultury Michał Ujazdowski we wrześniu 2007 r. Tupolewem wybrał się aż do Senegalu. Wyłącznie po to, żeby lobbować za kandydaturą Wrocławia starającego się o prawo do organizacji wystawy Expo (Wrocław i tak przegrał z kretesem). Sam premier Kaczyński i jego brat ani razu nie lecieli małym Jakiem. Donald Tusk się przemógł i poleciał nim trzy razy.

Gdy okoliczności na to pozwalają, premier lata samolotami rejsowymi (np. do Ameryki) i to samo zalecił swoim ministrom. – Na samym początku prosił nas o rozsądek i powstrzymanie się od ostentacji – tłumaczy wstrzemięźliwość polityków Platformy Tomasz Arabski, szef Kancelarii Premiera. Najwyraźniej nie wszyscy potraktowali te zalecenie poważnie. W lutym „Super Express” doniósł, że minister obrony co tydzień lata wojskowym transportowcem na weekendy do Krakowa, gdzie stale mieszka. Miesięczny koszt dla podatników – 40 tys. zł. Wścibscy dziennikarze obliczyli, że w ciągu 4 lat kadencji loty ministra kosztowałyby 2 mln zł, za co można by kupić willę w stolicy.

Oszczędności tej ekipy w dużym stopniu są też wymuszone. Mniejsza liczba podróży to po części efekt pogarszającej się dostępności sprawnych samolotów (spośród czterech Jaków może latać obecnie tylko jeden). Pozostałe też coraz mniej czasu spędzają w powietrzu, a coraz więcej w remontowych hangarach.

Być może premier Tusk, występując w roli zwykłego pasażera, chciał się po prostu ludziom przypodobać. Ten cel częściowo osiągnął, a teraz powinien zrobić drugi krok, na który nie zdobył się żaden jego poprzednik. Mimo sporych kosztów i prasowych docinków trzeba te nowe samoloty dla vipów jednak kupić. Tego, że są potrzebne, nikt rozsądny przecież nie kwestionuje.



Kto czym lata
 

Spośród krajów byłego bloku wschodniego starych, poradzieckich samolotów używają jeszcze tylko władze Polski, Bułgarii i Białorusi. Czesi od roku mają dwa nowoczesne Airbusy 319 CJ. Prezydent i premier nigdy, nawet w podróżach prywatnych, nie korzystają z samolotów rejsowych. Węgrzy rządowej floty na razie nie zbudowali - prezydent oraz premier latają Malevem. Teraz jednak, z powodu kłopotliwych przesiadek i opóźnień, przymierzają się do zakupów.  

Do modernizacji floty dla vipów szykują się Niemcy. Jest ona częścią Luftwaffe i składa się z sześciu samolotów Challenger CL-601 oraz siedmiu maszyn Airbus A-310. Te pierwsze samoloty mają już ponad 20 lat i często się psują, a część Airbusów (spadek po NRD) ma zbyt mały zasięg. Do końca 2009 r. niemiecki rząd dostanie cztery nowe 12-miejscowe samoloty Bombardier Global 5000 oraz dwa 48-miejscowe Airbusy A-319CJ. Na te zakupy przewidziano 340 mln euro. Ponadto chce odkupić od Lufthansy i przebudować dwa używane A-340.

Szwecja ma tylko dwa samoloty rządowe Gulfstream IV oraz 2 turbośmigłowe Saab 340 B plus. Jeśli potrzebuje ich więcej, korzysta z czarterów. Dysponent może lecieć rządową maszyną tylko wtedy, gdy nie ma rejsowych połączeń lub jest to widoczna oszczędność czasu i pieniędzy.

Rząd Holandii dysponuje odrzutowcem sredniego zasięgu Fokker 70, z którego korzysta premier i rodzina królewska. Poza tym są do dyspozycji - mały (11 miejsc) długodystansowy odrzutowiec Gulfstream IV i da turbośmigłowe Fokkery 50 (25 miejsc). Także holenderscy ministrowie na ogół korzystają z rozkładowych połączeń KLM, podobnie jak brytyjscy urzędnicy - z BA.

Premier Gordon Brown po kraju jeździ niemal wyłącznie samochodem lub pociągiem. Za nadużywanie samolotów RAF krytykowana jest królewska rodzina.

W Niemczech na tym tle również wybuchają skandale. Niedawno media ujawniły, że minister środowiska Gabriel Sigmar latał rządowym samolotem na wakacje na Majorkę. W Szwecji z ostrą krytyką spotkał się minister finansów Borg, który wracając z Brukseli, zażądał lądowania 100 km przed Sztokholmem. Stamtąd bliżej mu było do domu. Krytyka takich zachowań polityków jest przez rządzących najczęściej ignorowana. Inna rzecz, że wyjaśnia się przynajmniej wszystkie okoliczności tych zdarzeń.

Znacznie większą flotą dysponuje Hiszpania. Składaja się na nią pięć długodystansowych samolotów Falcon 900B, trzy Boeingi 707 (mogą również pełnić rolę latających cystern), dwa Airbusy 310, pięć małych odrzutowców sredniego zasięgu Cessna Citation II i Cessna Citation IV oraz 2 turbośmigłowe CASA.


 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj