Początki kryzysu: banki do kontroli
Banki do kontroli!
Dni mijają, ale wielki amerykański kryzys finansowy nie traci wigoru. Wstrząsy dotarły również do Europy. Czyżby wszystkie banki – dawniej synonim bogactwa – okazały się nędzarzami, nad których operacjami nikt nie panował?

Świat pompuje wielkie pieniądze w system bankowy. Wielka Brytania za 37 miliardów funtów zamierza znacjonalizować swoje trzy wielkie banki. Niemcy chcą na początek przeznaczyć na wsparcie systemu bankowego 500 miliardów euro. Francuski rząd obiecuje swoim bankom zastrzyk 360 milionów euro, a holenderski 200 miliardów euro rządowych gwarancji na udzielanie wzajemnych kredytów. Polski rząd przyjął poprawkę zabezpieczającą depozyty bankowe klientów do wysokości 50 tys. euro (ok. 175 tys. zł). Ma ona obowiązywać do końca 2009 r.
ZAG
     

   

Na świecie istnieją różne typy komercyjnych instytucji finansowych, które nazywane są „bankami”. Najczęściej stosuje się uproszczony podział na dwie główne grupy: banki depozytowo-kredytowe (zwane handlowymi), zajmujące się zbieraniem depozytów i udzielaniem kredytów, oraz banki inwestycyjne, zajmujące się głównie obracaniem papierami wartościowymi (banki, które pełnią obie role nazywa się uniwersalnymi). To właśnie banki inwestycyjne wpadły ostatnio w największe kłopoty, bo to głównie ich operacje okazały się zbyt ryzykowne i przyniosły w rezultacie gigantyczne straty. A pogorszenie sytuacji finansowej banków handlowych było raczej konsekwencją przenoszenia się zarazy, a nie jej przyczyną.
 

 

Aby wyjaśnić specyfikę działania banku inwestycyjnego, najlepiej zacząć od przypomnienia, na czym polega działanie banku handlowego. Dla przeciętnego Polaka bank handlowy, to jest po prostu bank. Miejsce, gdzie wpłaca się pieniądze na konto i zakłada lokatę. Słowem, jest to miejsce, w którym bezpiecznie lokujemy nasze oszczędności (narzekając na zbyt niskie oprocentowanie). Bank pożyczone od nas nasze pieniądze inwestuje, udzielając kredytu. Każdy wniosek o udzielenie kredytu jest (a przynajmniej powinien być) starannie analizowany po to, by nie udzielić go osobie lub firmie, która nie będzie w stanie go spłacić. W przypadku gospodarstw domowych analizuje się ich dochody, pewność zatrudnienia, zabezpieczenia majątkowe, w przypadku firm bada się ich plany inwestycyjne.

W banku handlowym mamy do czynienia z działalnością jasną, w której dobrze kontroluje się ryzyko, generując solidne i dość pewne zyski. A o to, by nasze pieniądze nie zostały narażone poprzez zbyt ryzykowne inwestowanie, poza samym bankiem dba jeszcze państwo. Cała działalność bankowa podlega bowiem specjalnemu nadzorowi. Nadzór analizuje na bieżąco sytuację banków, a w przypadku, jeśli uzna, że działają zbyt agresywnie i ryzykownie – może im takiej działalności zabronić lub kazać stworzyć rezerwy na pokrycie ewentualnych strat. Bo bank jest instytucją zaufania publicznego, która nie inwestuje środków swych właścicieli, ale pieniądze pochodzące z depozytów.

Bank inwestycyjny działa w sposób odmienny. Nie zbiera depozytów i nie udziela kredytów – interesują go wielkie transakcje i wielcy inwestorzy. Bank inwestycyjny zajmuje się głównie zbieraniem pieniędzy poprzez wypuszczanie na rynek akcji i obligacji. Jest, podobnie jak bank handlowy, pośrednikiem między tymi, którzy potrzebują kapitału na inwestycje, i tymi, którzy chcą swój kapitał zainwestować. Jednak jego klientami są firmy, które pragną ulokować na rynku swoje akcje, lub instytucje, które chcą zaciągnąć duże pożyczki sprzedając swoje obligacje. Ich najważniejszymi klientami są zazwyczaj inwestorzy instytucjonalni – fundusze inwestycyjne i emerytalne, instytucje finansowe, wielkie przedsiębiorstwa.

Bank inwestycyjny – w odróżnieniu od handlowego – nie ma bankomatów i oddziałów na każdym rogu ulicy. Nie zatrudnia też tysięcy urzędników kredytowych analizujących sytuację finansową setek tysięcy drobnych pożyczkobiorców. Ma stosunkowo nieduży, lecz wysoko wykwalifikowany i świetnie opłacany sztab analityków i specjalistów od wyrafinowanej inżynierii finansowej. Nie przeprowadza codziennie, jak bank handlowy, milionów operacji, na których zarabia po parę złotych lub dolarów – ale kilka operacji, na których zarabia miliony. Ze względu na posiadane wysoko wykwalifikowane zespoły pracowników, banki inwestycyjnie tradycyjnie zajmują się nie tylko pośredniczeniem w wielkich operacjach finansowych, ale również doradzaniem swoim klientom w skomplikowanych operacjach finansowych (np. połączeniach i przejęciach firm).

W pewnym sensie banki inwestycyjne są więc arystokratami bankowości. Dzięki finansowemu wyrafinowaniu i zapotrzebowaniu na ich usługi do niedawna zbierały gigantyczne zyski, przy których – zwłaszcza w ciągu ostatnich dekad – bladły zyski z tradycyjnej bankowości. Im bardziej burzliwie rozwijał się rynek finansowy, im więcej pojawiało się na nim nowych instrumentów pochodnych, im bardziej kwitła giełda – tym bardziej rosło znaczenie i potęga banków inwestycyjnych.

Cała sztuka w bankowości polega na właściwej ocenie ryzyka. Banki inwestycyjne poszły jednak w tej sztuce bardzo głęboko – stały się prawdziwymi kuglarzami. Ich zarządy twierdziły, że potrafią zmierzyć i kontrolować niemal każde ryzyko. Aż do poziomu, w którym zajmowały się wykupywaniem zbankrutowanych firm, wyciągając z rzekomego finansowego trupa gigantyczne zyski. Sprzedawały też inwestorom obligacje oparte na dochodach z niemożliwych do spłaty kredytów hipotecznych. A inwestorzy kupowali takie obligacje, bo ufali doświadczeniu banków inwestycyjnych, ich wiedzy i zdolności do prawidłowej oceny ryzyka.

O tym, że bankowość inwestycyjna jest bardziej ryzykowna od depozytowo-kredytowej, wiedziano od dawna. Dlatego właśnie – w trosce o to, by depozyty klientów nie były wystawione na nadmierne ryzyko – w USA, w latach 30. minionego wieku, zabroniono łączenia obu typów banków.

Wszystko to zaczęło się jednak zmieniać w latach 90. Jak twierdzi Joseph Stiglitz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, momentem przełomowym stało się wejście na giełdę pierwszego z wielkich banków inwestycyjnych Goldman Sachs. Rzecz w tym, że banki inwestycyjne tradycyjnie działały jako kompetentni, mądrzy pośrednicy i doradcy w interesie obu stron transakcji. Od chwili wejścia na giełdę stawały się jednak normalnymi, goniącymi za maksymalnym zyskiem spółkami, a ich zarządy zaczęły wypłacać sobie z tych zysków gigantyczne nagrody. Tworzyło to straszliwą pokusę: jeśli np. prowadzący emisję akcji bank wiedział o pewnych faktach, które mogłyby wpłynąć na spadek ceny tych akcji, miał teraz oczywisty powód, by te fakty ukrywać przed kupującymi – bo jego zyski zależały od sukcesu emisji. Podobnie rzecz się miała z obligacjami czy instrumentami pochodnymi. Bank inwestycyjny stawał się stroną zainteresowaną nie tym, żeby transakcja była jak najbardziej uczciwa, ale by była jak najbardziej zyskowna dla tej strony, która była ważniejszym klientem!

W połowie lat 90. wybuchł pierwszy wielki skandal. Światło dzienne ujrzały e-maile, w których analitycy banków inwestycyjnych wykpiwali akcje, które tego samego dnia wciskali inwestorom. Sprawę zatuszowano dzięki dobrowolnym karom zapłaconym przez banki, ale problem pozostał. I zwiększył się wówczas, gdy w końcówce lat 90. lobby bankowców doprowadziło do odwołania w USA zakazu łączenia bankowości inwestycyjnej z depozytowo-kredytową (w Europie i Japonii taki przepis nie obowiązywał, co dało siłę argumentom o osłabianiu pozycji konkurencyjnej amerykańskich banków; ale też w Europie nie było takich szaleństw, do jakich doszła bankowość inwestycyjna w USA).

Na fatalne efekty tych zmian nie trzeba było długo czekać. To właśnie banki inwestycyjne wdały się w najbardziej ryzykanckie operacje na amerykańskim rynku finansowym. I to one pierwsze znalazły się na skraju bankructwa. Spośród pięciu wielkich amerykańskich banków inwestycyjnych, które dominowały na rynku dwa lata temu, jeden zbankrutował, dwa zostały wchłonięte przez banki handlowe, a dwa ostatnie przekształciły się w banki uniwersalne i szukają ratunku na rynku depozytów. W międzyczasie banki inwestycyjne stopiły się już jednak w całość z resztą rynku finansowego. Konsekwencje – także w postaci ryzyka bankructwa – dotykają teraz niemal wszystkich.

W takiej sytuacji sekretarz skarbu Henry Paulson (notabene wieloletni prezes Goldman Sachs) zaproponował gigantyczny pakiet ratunkowy, w ramach którego rząd USA miałby za maksymalną kwotę 700 mld dol. odkupić od instytucji finansowych najbardziej ryzykowne aktywa – właśnie te, które przez lata wypuszczały na rynek banki inwestycyjne. Widząc groźbę upadku kolejnych wielkich instytucji finansowych rząd USA uznał, że musi jednak użyć pieniędzy amerykańskich podatników i uchronić największych grzeszników przed bankructwem. Upadek kilku wielkich instytucji finansowych musiałby bowiem pociągnąć za sobą upadek kolejnych. To mogłoby doprowadzić do efektu domina: fali bankructw, utraty oszczędności przez miliony Amerykanów, sparaliżowania systemu finansowego, zablokowania kredytu dla gospodarki, wreszcie gigantycznej recesji. George Bush i obaj kandydaci na nowego prezydenta USA wiedzą, że nie wolno do tego dopuścić.

Trzeba więc pomóc bankom, bo brak takiej pomocy mógłby doprowadzić do katastrofy. Ale z drugiej strony taka pomoc to rzeczywiście skandal. W końcu ratuje się tych, którzy sami swoją lekkomyślnością doprowadzili do katastrofy. Co więcej, daje się publiczne pieniądze instytucjom, których zarządy dawno już uciekły na zasłużone emerytury, zabierając ze sobą idące w dziesiątki milionów dolarów nagrody – i pozostawiając instytucje na skraju bankructwa. A dodatkowo pomoc ta jest oczywiście ogromnym złem wyrządzonym rynkowi, tworzy bowiem zachętę do angażowania się w przyszłości w ryzykowne operacje – przy założeniu, że w przypadku kryzysu rząd ponownie wyłoży publiczne pieniądze na pokrycie prywatnych strat.

A jednak okazało się, że nie ma wyjścia. Dla planu Paulsona, choć powszechnie krytykowanego, nie było po prostu alternatywy. Zatwierdził go w końcu Kongres, wymuszając tylko trochę zmian, które co najwyżej mogą przyczynić się do ograniczenia strat, które poniesie na tej operacji budżet. Wyeliminowano najbardziej gorszące zjawiska – np. to, by zarządy ratowanych firm nadal wypłacały sobie bajońskie nagrody. Ale sens planu pozostał bez zmian: pieniądze podatników mają pójść na wykupienie różnych instrumentów finansowych (dziś niemal bezwartościowych) od zagrożonych bankructwem banków. W przeciwnym razie katastrofa grozi systemowi finansowemu, a w ślad za tym całej gospodarce.

Klamka więc zapadła. Ale z planem Paulsona wiążą się same niewiadome. Przede wszystkim nie jest jasne, czy wszystko to wystarczy, żeby zatrzymać falę upadłości banków? Czy powstrzyma wielką recesję? Czy pomoże w uzdrowieniu amerykańskich finansów? A może odwrotnie, za kilka lat wygeneruje jeszcze większy kryzys?

Niemal wszyscy są zgodni, że plan Paulsona jest działaniem doraźnym, nie rozwiązującym problemów, które doprowadziły do obecnego załamania. Żeby trwale naprawić sytuację, należałoby zreformować system nadzoru nad sektorem bankowym, zapewniając większą odpowiedzialność i lepszą kontrolę ryzyka. Czy to się stanie – nie wiadomo. Ale wiadomo jedno. Według słynnego powiedzenia klasyka ekonomii Johna M. Keynesa „jeśli jesteś winny bankowi sto funtów, masz problem; jeśli jesteś winny milion, problem ma bank”. Dziś trzeba dodać: „jeśli jesteś winny miliard, problem mamy wszyscy”.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj