szukaj
Żakowski: co zmieni się po tym kryzysie
Bezcielesne ofiary kryzysu
To nie jest kryzys. To Kryzys. Jego skutkiem nie będzie zwykła cykliczna korekta gospodarcza. Będzie nim – a częściowo już jest – istotna zmiana mentalna, polityczna, systemowa, cywilizacyjna, ideologiczna i geopolityczna.
Toms Fano/Flickr CC by SA

Nie wiemy, jak duże jest K, przez które ten kryzys powinno się pisać, bo jeszcze nie wiemy, jak duże będą zniszczenia, jak głębokie okażą się zmiany, jak będzie wyglądał i jak trwały stanie się porządek, który się z tego kryzysu wyłoni. Nie jest też jeszcze pewne, kto konkretnie i ile materialnie straci albo zyska, bo Kryzys się dopiero zaczyna. Ale już z grubsza widać, jakie są i będą jego niematerialne, bezcielesne ofiary.

Z punktu widzenia kształtu naszej przyszłości bezcielesne ofiary Kryzysu mogą się okazać nieporównanie ważniejsze od ofiar materialnych. Bo nowa rzeczywistość – jak zawsze – najpierw powstanie w głowach. Żeby przez naszą nieuwagę nie zrodził się w nich jakiś potwór, potrzebny jest bilans zamknięcia, zwieńczony czymś w rodzaju apelu poległych. Co zatem w istocie żegnamy, tracąc złudzenia, które w dziwnej pierwszej dekadzie XXI w. rządziły naszym światem?
 

 

Pewność

Przede wszystkim ze smutkiem żegnamy miłą pewność, która milionom lub miliardom ludzi dawała psychiczny komfort codziennej egzystencji. Był to komfort bezcenny, stworzony przez przezornie nienazwaną, ukrytą pod pozorami naukowości i racjonalności, ostatnią ideologiczną konstrukcję XX w. Ideologiczna pewność ułatwiała nam zaakceptowanie mnożących się nowych wyzwań, a zwłaszcza wynikającej z ponowoczesnych realiów potrzeby zachowania permanentnej czujności i gotowości do absorbowania nieustannej zmiany.

Co może dać człowiekowi wygodniejsze pielesze niż pewność? Co jest przyjemniejsze niż spokój płynący z przekonania, że – przynajmniej z grubsza – świat jest, jaki ma być, a będzie jeszcze lepszy; że rozumiemy dokąd zmierza; że ten kierunek jest dobry; że wiemy, co robić, by był jeszcze lepszy i że to (mimo przeszkód) robimy. Ta pewność dotyczyła praktycznie wszystkiego. Demokracji, która się miała rozszerzać i umacniać (np. dzięki wojnie w Iraku). Gospodarki, która miała rosnąć, dając wszystkim coraz lepsze życie (dzięki ograniczeniu zabezpieczeń socjalnych). Jakości życia, która się miała nieustannie poprawiać (dzięki wzrostowi PKB). Stosunków międzyludzkich, a zwłaszcza wolności, których postęp był pewny, w miarę jak społeczeństwa miały się rozwijać (dzięki ograniczeniu ingerencji państwa). Reguł naszego życia, które miały być wreszcie dobre, bo całkiem racjonalne (dzięki naukowo tworzonym modelom). I wiedzy, która zdawała się być niepodważalna (bo powszechnie akceptowały ją media i elity polityczne oraz gospodarcze).

Wiedzieliśmy od dawna, że budujemy – jak pisał Ulrich Beck – społeczeństwo ryzyka. Ale w dominującym wyobrażeniu przyszłości było to głównie partykularne ryzyko w świecie ogólnej pewności. Fundamentalne odkrycie mijającej epoki polegało na tym, że ludzie, którzy przez wieki wymieniali bezpieczeństwo na wolność, tym razem gremialnie wymienili bezpieczeństwo na pewność. W zamian za tę pewność zdecydowana większość przestała się nawet upierać przy wielu atrybutach wolności.

Jako jednostki akceptowaliśmy rosnące ryzyko osobiste i ograniczanie swobód, aby móc otrzymać udział w „pewnym” wzroście powszechnej szczęśliwości. Warto przecież zaakceptować ryzyko związane z bezrobociem, chorobą, starością czy władzą, jeśli na drugiej szali jest pewność, że ryzyko bezrobocia zmaleje, na starość łatwiej będzie odłożyć, z chorobą sobie poradzimy, bo mając więcej pieniędzy będziemy mogli pozwolić sobie na lepszą opiekę, a władza prowadzi nas w odpowiednim kierunku. Łatwiej jest też zaakceptować utratę suwerenności, konieczność konkurowania z chińskimi dziewczynkami, dłuższy czas i ostrzejsze reżimy pracy, dyskomfort wielkich migracji, rosnące ryzyko terroryzmu, a nawet ograniczenie wolności osobistych i obywatelskich, kiedy się uwierzy, że dzięki temu ma się „pewny” udział w szybciej rosnącym bogactwie.

Na takich kalkulacjach opierał się nowy powszechny porządek, który Zachód budował przez ostatnie ćwierć wieku. Kiedy pod ciężarem Kryzysu – wraz z pieniędzmi ulokowanymi na giełdzie, oszczędnościami zamrożonymi w domach i funduszach emerytalnych, z rachubami na stały wzrost dochodów i konsumpcji – znikła pewność dotycząca systemu, wszystkie wcześniejsze rachuby stają pod znakiem zapytania. Wraca przykra niepewność. Tym bardziej dojmująca, że dopada nas w „rzeczywistości ryzyka”, którą stworzyliśmy, kierując się złudzeniem pewności.

Eksperci

Niepewność powracająca teraz jako kluczowy element powszechnej świadomości jest tym boleśniejsza, że wraz z zasadniczą pewnością znika ze współczesnej rzeczywistości ekspert jako figura zdejmująca z innych ciężar samodzielnego myślenia i podejmowania decyzji. W każdej ważnej sprawie i w większości krajów byli przecież do niedawna ludzie, którzy żyli z tego, że sami mieli pewność i dawali ją innym. Byli to ludzie bezcenni, dzięki którym inni mogli żyć spokojnie.

Jeżeli ci, co mieli pewność, różnili się między sobą, każdy z nas – zwykłych śmiertelników – mógł między nimi wybierać. W dużej mierze był to jednak wybór iluzoryczny. Teoretycznie każdy mógł sobie wybrać swoją pewność i swojego eksperta, ale zgodnie z rynkową zasadą koncentracji, także w świecie profesjonalistów i wiedzy eksperckiej, uwolniony, umasowiony rynek stworzył system gwiazdorski.

W każdej publicznie istotnej dziedzinie bezlikowi profesjonalistów przewodził jakiś namaszczony przez wielkie media i establishment guru. Jeśli dwóch czy trzech guru spierało się między sobą, wolnorynkowa zasada koncentracji sprawiała, że jeden stopniowo marginalizował innych wraz z ich zwolennikami.

W światowej gospodarce lat 90. globalnym guru stał się Alan Greenspan. Jak Greenspan powiedział, że coś pójdzie w górę – to szło w górę, bo inni mu wierzyli. W Polsce odpowiednikiem Greenspana był Leszek Balcerowicz. Jak trzy miesiące temu mówił, że kryzysu nie będzie, to wszystkie media powtarzały, że kryzysu nie będzie i część do dziś to z rozpędu powtarza. Sprawdzający się teraz scenariusz nadchodzącego kryzysu, opisany między innymi przez Grzegorza Kołodkę w wydanym kilka miesięcy temu „Wędrującym świecie”, był w głównym nurcie debaty spowity milczeniem podobnie jak książki krytyków Greenspana. Polemizujący z autorytetem byli przez główne media marginalizowani albo ośmieszani i tracili wpływ na opinię publiczną, nawet jeżeli przemawiały za nimi praktyczne osiągnięcia (George Soros, Warren Buffet) lub najwyższy status akademicki (Stiglitz, Phelps, Sachs). Świat pewności wymagał tylko jednej prawdy.

W światowej politologii odpowiednikiem Greenspana był Samuel Huntington. Jego efektowna teza o nieuchronnym zderzeniu cywilizacji miała taką siłę, że nawet wiele pacyfistycznie nastawionych środowisk pod jej wpływem uznało wojny George’a W. Busha za bezdyskusyjne, bo nieuniknione. Bardziej wyrafinowana intelektualnie i wolna od wynikających z ignorancji huntingtonowskich argumentów koncepcja Benjamina Barbera, opisująca współczesne wielkie konflikty polityczne jako zderzenie Jihadu z McŚwiatem (czyli ponowoczesności z tradycjonalizmem), została zmarginalizowana zgodnie z zasadą jedynej pewności.

O ile kultura pewności erodowała stopniowo przez kilkanaście kryzysowych miesięcy, o tyle mit ekspertów i wielkich guru głównych nauk społecznych pękł w ciągu kilkunastu godzin. Stało się to, gdy zeznający przed komisją amerykańskiego Kongresu Greenspan nieoczekiwanie dla wszystkich oświadczył, że odpowiada za kryzys, widzi swoje błędy i wie, iż jego ideologia jest błędna. W ten sposób nie tylko usankcjonował zastąpienie pewności przez niepewność, ale też potwierdził bezradność kultowych ekspertów. To, co jeszcze niedawno powszechnie przedstawiano jako naukową wiedzę, okazało się bowiem tylko sprytnie maskowaną ideologiczną wiarą czy ułudą. Dramatyczna spowiedź Alana Greenspana skazała nas więc na powrót do wysiłku myślenia i obowiązek dokonywania nieprzyjemnych, obciążonych ryzykiem wyborów.

Neokonserwatyzm

Wraz z pewnością i kultem nieomylnego eksperta siłę przekonywania straciły negatywnie zweryfikowane przez życie wielkie ideologiczne tezy ostatnich dwóch dekad. Dziś trudno sobie wyobrazić, że – jak jeszcze niedawno powszechnie i naiwnie sądzono – XXI w. będzie stuleciem Ameryki. Trzeba było kryzysowego szoku, by świat przyjął wreszcie do wiadomości wymowę od dawna znanych wykresów, pokazujących szybkie zmniejszanie się udziału Ameryki i całego Zachodu w światowym bogactwie, handlu, nauce i kulturze masowej. Trzeba było kryzysu, by przeciętny Amerykanin czy Polak uwierzył, że tonącej w prywatnych i publicznych długach Ameryki nie stać już na pełnienie funkcji światowego żandarma, na narzucanie innym swojej kultury i woli, nawet na wymuszanie kolejnej fali demokratyzacji w krajach pozornie tak słabych jak Irak. Trzeba było wstrząsu, by Zachód zaczął rozumieć, że nawet wspólnymi siłami nie jesteśmy już w stanie niczego światu narzucić. Trzeba było szoku, by zachodnie elity przyjęły do wiadomości, że nie zbudujemy świata wedle naszej modły, bo już jesteśmy za słabi.

Aftershock (czyli wtórny wstrząs) mentalny, następujący po szoku finansowym i ekonomicznym, zmiótł wizję amerykańskiego hegemona i rozwiał złudzenia, że Waszyngton zapewni nam wieczne bezpieczeństwo. Potwierdził więc opinie krytycznych wobec neokonserwatystów i Busha amerykańskich ekspertów, od ultralewicowego Immanuela Wallersteina po centrowego Zbigniewa Brzezińskiego i konserwatywnego Henry’ego Kissingera. Pięć lat temu można było krytykom inwazji na Irak skutecznie zamknąć usta, zarzucając im antyamerykanizm, który lobbyści z wpływowych think tanków przedstawiali jako w istocie współczesną formę ukrytego antysemityzmu, bo wyznawcy amerykańskiej hegemonii, unilateralizmu i polityki siły prezentowali siebie jako obrońców Izraela. Dziś widać, że tysiące ofiar i biliony wydanych dolarów niewiele pomogły, a pod wieloma względami poważnie zaszkodziły także przyszłości państwa żydowskiego.

Pękająca wiara w siłę amerykańskiej wyjątkowości unieważniła przekonanie, że Ameryka – jako „dziś i na wieki” najpotężniejszy kraj świata – podlega jakimś szczególnym prawom, więc może się na przykład bezkarnie i bez opamiętania zadłużać, bo inni tak czy inaczej będą musieli bez końca ją kredytować. Amerykanie mówili: „nasze długi – wasz kłopot”, i wielu w to wierzyło, ale się nacięli. Pękł też mit mówiący, że Ameryka ma szczególne prawo decydować o tym, któremu paskudnemu dyktatorowi wolno sprawować władzę, bo świat musi się poddać jej woli. Dziś nie ma już chętnych do podejmowania tego rodzaju decyzji. Mit Pax Americana prysł. Nasz problem polega na tym, że nie widać niczego, co mogłoby go zastąpić.

Neoliberalizm

Jeszcze bardziej bolesną emocjonalną i intelektualną próżnię zostawia po sobie zdezawuowany przez kryzys neoliberalizm. Przynajmniej w dominującym przez dwie ostatnie dekady najprostszym, wywodzonym od Miltona Friedmana, wydaniu. Jako prymitywna ideologia rynkowego fundamentalizmu neoliberalizm znika, bo kryzys obnaża jego destrukcyjne skutki. Widoczna gołym okiem prawidłowość jest teraz z grubsza taka, że im bardziej jakiś kraj przejął się neoliberalną wiarą, tym ciężej przechodzi kryzys. Islandia zbankrutowała, Irlandia się zapada, Anglia – mimo odważnych interwencji – traci grunt pod nogami, bałtyckie tygrysy gną się pod ciężarem inflacji albo deficytu. A w Finlandii jakoś się nic specjalnie złego nie dzieje. Kontynentalna Europa i zwłaszcza Skandynawia, która odrzuciła neoliberalną wiarę, ma się nieporównanie lepiej niż Ameryka i kraje anglosaskie, które z tygodnia na tydzień tracą wieloletni dorobek opłaconych wyrzeczeniami reform.

Po paru dekadach dominacji rynkowych fundamentalistów w głównym nurcie zachodniej debaty uprawniona staje się znów świadomość, że rynek sam sobie nie radzi, że potrzebuje starannej regulacji, że są dziedziny, w których jest mniej sprawny niż roztropne państwo. Nie tylko lewacy, ale także żyjący ekonomiczni nobliści w większości zawsze bronili tego poglądu. Siła neoliberalnego lobby spychała ich jednak na medialny margines i skutecznie pacyfikowała. Guru dawali pewność, że rynek zdejmie z nas (zwłaszcza z władzy) niemal wszystkie kłopoty, więc chętnie dawaliśmy im wiarę.

Dzięki sile tej przyjemnej wiary, w powszechnej świadomości dominowały sprzeczne z doświadczeniem, wyostrzone do granic rozsądku, neoliberalne tezy mówiące, że im mniej państwa, a więcej rynku, tym lepiej dla wszystkich, że obniżanie podatków, deregulacja, uwolnienie rynków zawsze służy wzrostowi gospodarczemu, że wzrost PKB oznacza lepsze życie dla wszystkich, że prywatyzacja wszelkich instytucji i ryzyka życiowego sprzyja racjonalizacji wykorzystania zasobów i że maksymalizacja konsumpcji może być głównym motorem rozwoju.

Konsens i Kryzys

Pierwsze poważne dowody fałszywości neoliberalnej doktryny pojawiły się już kilka lat po jej sformułowaniu w tzw. Konsensie Waszyngtońskim, wymuszającym na krajach korzystających z pomocy MFW i Banku Światowego podporządkowanie się neoliberalnym regułom. Kryzys Azjatycki (1997 r.) i Kryzys Rosyjski (1998 r.) były oczywistym skutkiem doktrynerskiego wdrażania Konsensu – szokowego uwalniania rynku, gwałtownego otwierania lokalnych gospodarek, likwidacji zabezpieczeń socjalnych. Kilka lat po tym, jak miliony ludzi w Azji i Rosji straciły źródło utrzymania i dorobek życia, część autorów tych reform, ze znanym także w Polsce Jeffem Sachsem na czele, przyznała się do błędów. W obszernej spowiedzi Sachs, który jako jeden z pierwszych stracił wiarę w neoliberalną doktrynę, wyraził ubolewanie i przepraszał Rosjan.

Nie znaczy to jednak, że wiara neoliberalna osłabła. Większość neoliberałów uznała, że ofiary kryzysu były przypadkami z natury beznadziejnymi, kulturowo albo politycznie niezdolnymi do sensownego działania. W Waszyngtonie odrzucono tezę, że Konsens jest błędny, i przyjęto pogląd, że albo był wdrażany nie dość radykalnie, albo też sytuacja była tak fatalna, że nawet on nie mógł pomóc.

Sytuacja zmienia się dziesięć lat później, gdy w sidła wpadła Ameryka. Jeżeli na ten Kryzys spojrzymy nieco poważniej, niż to robią gazety, i zapytamy, nie jak, lecz dlaczego Ameryka wpadła w pułapkę kredytów hipotecznych, zobaczymy, że problem jest jeszcze poważniejszy, niż się na ogół sądzi, i że realizuje on czarny scenariusz, 30 lat temu opisany przez Daniela Bella.

Gdyby banki nie dawały od lat milionów ryzykownych kredytów i gdyby miliony Amerykanów z nich nie korzystały, Ameryka już dawno popadłaby w fundamentalny kryzys na skutek załamania konsumpcji. Amerykanie musieli coraz bardziej ryzykownie pożyczać, bo liberalizacja, deregulacja i globalizacja na obecną modłę sprawiały, że owoce wzrostu przejmowała niewielka liczebnie grupa, a realne dochody dużej części społeczeństwa malały. Konsumpcja musiała zaś stale rosnąć, by gospodarka nie dostała zadyszki.

By ograniczyć szkodliwe dla rynku skutki rozwarstwienia, współczesny kapitalizm stworzył niezwykle wyrafinowany system stymulujący konsumpcję – od naukowo kształtowanej reklamy, kreującej potężne pragnienia radykalnie większe od realnych, nawet wygórowanych potrzeb, po coraz bardziej wysublimowane sposoby masowego, początkowo bezbolesnego kredytu konsumenckiego. W sferze kulturowej indywidualizm lat 60., w którym ludzie samorealizowali się poprzez styl życia, został zastąpiony opisaną przez Bella samorealizacją poprzez styl konsumpcji.

W sferze finansowej rozwinięty świat przeszedł od kłopotliwych czeków, którymi wolno było płacić tylko tyle, ile się miało na koncie, do portfeli pełnych kart kredytowych z limitami, których praktycznie nikt już nie kontroluje. Gdy to nie starczyło, ostatnią deską ratunku przed popytową suszą stały się dawane na piękne oczy kredyty hipoteczne na dom z wyposażeniem. Dzięki nim znów można było sprzedać nie tylko pracochłonne i materiałochłonne domy, ale też miliony lamp, kranów, telewizorów i kanap.

W tym sensie był to nie tyle błąd rynku finansowego, co naturalny skutek narzuconej przez neoliberałów fałszywej ewolucji ustroju społeczno-gospodarczego. Coś z tym trzeba zrobić, bo jak Amerykanie przestaną kupować, to współczesny model globalnej gospodarki się zatrze. Ale żadnego bezbolesnego pomysłu nie widać.

Neorealizm

Nasz Kryzys (przez duże K) nie jest pierwszym takim doświadczeniem historii współczesnej. W pamięci mamy dwa kryzysy – Wielki Kryzys lat 20. i kryzys naftowy lat 70. Kryzys lat 20. zakwestionował koncepcję państwa jako stróża nocnego, którego obowiązkiem jest tylko ustanawianie i egzekwowanie reguł. Pod jego wpływem myślenie o świecie zostało zdominowane przez rozmaite koncepcje wspólnotowe. Od rooseveltowskiego New Deal i europejskiego państwa opiekuńczego, przez stosunkowo łagodne populizmy Ameryki Łacińskiej, do różnych form pararynkowego (faszyzm) i nierynkowego (komunizm) autorytaryzmu. Kryzys Naftowy początku lat 70. odwrócił tendencję. Pod jego wpływem górę wzięły poglądy neoliberalne. Gdy polityka neoliberalna doprowadziła do narastania napięć wywołanych między innymi przez rosnące rozwarstwienie, na scenę wkroczyli radykalni konserwatyści i neokonserwatyści wierzący, że konflikty można opanować za pomocą nasilonej kontroli, policji i surowego prawa (gdy mają charakter wewnętrzny) lub wojska (gdy mają charakter międzynarodowy).

Ten Kryzys dezawuuje neoliberalizm i neokonserwatyzm, ale sam z siebie nie daje odpowiedzi, co dalej. A możliwe są bardzo różne odpowiedzi. I to jest dziś sprawa fundamentalna. Nasza przyszłość zależy bowiem w mniejszym stopniu od przebiegu kryzysu, na który mamy bardzo ograniczony wpływ, a w większym od tego, jaki system będzie dominował, gdy z Kryzysu wyjdziemy.

Można udawać, że mamy do czynienia tylko z przejściowym nieładem w systemie finansowym. Jest to logika kusząca, ale groźna, bo pociąga za sobą marnowanie gigantycznych pieniędzy, potrzebnych na podtrzymanie systemu, a pozwala tylko na drobne w istocie korekty mechanizmów, które wywołały Kryzys. Można – jak część radykalnej lewicy i konserwatywnej prawicy – pytać, czy kapitalizm i liberalna demokracja mają przyszłość, czy nie lepiej zwrócić się ku odnoszącym sukcesy modelom wspólnotowym lub rynkowym autorytaryzmom, z wolnym lub częściowo wolnym rynkiem i silną kontrolą państwową.

Można też – jak choćby Gordon Brown, Nicolas Sarkozy czy Barack Obama – szukać nowej równowagi między państwem a rynkiem, jednostką a wspólnotą, wiedzą i niepewnością, lokalnością i globalizacją, uniwersalizmem i odmiennością kultur. Jest to droga trudna, obciążona ryzykiem, wymagająca pokory, otwartości i elastyczności, ale zapewne jedynie sensowna.

Silna Ameryka jest światu potrzebna podobnie jak silna Europa. Silny rynek też. Dalsza globalizacja także. Ale nic dobrego nam nie da trwanie przy mitach hegemonii, omnipotencji rynku i kulcie globalizacji w jej obecnej postaci. Sensowną odpowiedzią na krach fałszywej pewności, neokonserwatyzmu i neoliberalizmu może być tylko neorealizm. Niestety, znów trzeba będzie myśleć. I wyciągać wnioski z tego, co się dzieje dokoła.
 

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj