Mieszkania stoją, ceny w dół
Dół mieszkaniowy
Promocje niewiele dały, deweloperzy tną teraz ceny mieszkań, czasem nawet o jedną czwartą. Dla kupujących to jednak ciągle za mało.

W biurze sprzedaży Arlet House budowanego na warszawskiej Ochocie można dostać kupon wartości 100 tys. zł – deweloper obiecuje klientom taki rabat. Stos identycznych kuponów rozdano na październikowych targach mieszkaniowych na Torwarze. Urszula Karczmarczyk z firmy Knight Frank, pośredniczącej w sprzedaży, dorzuca do obietnicy dewelopera parę szczegółów (w których, jak zwykle, tkwi diabeł): – Klient otrzymuje taki rabat przy zakupie do końca listopada mieszkania czteropokojowego o powierzchni 92–113 m kw. I dotyczy to wybranych lokali. Czyli bliżej nieokreślonej liczby mieszkań. 

Firma Okam, deweloper Arlet House, sypnęła promocjami wyjątkowo hojnie: oferuje cztery pokoje w cenie trzech albo dwa w cenie jednego. Zapowiada wykończenie mieszkania bez podniesienia ceny. Także te promocje dotyczą wybranych lokali (zwykle mniej atrakcyjnych). W reklamach o tym warunku oczywiście nie wspomina. Klient dowiaduje się o nim w biurze sprzedaży (m kw. kosztuje w tym budynku 7,8–10 tys. zł). Ale sukcesem jest już to, że do biura przyjdzie. Oferta rynku jest dziś rekordowa. Deweloperzy mają do sprzedania ponad 38 tys. mieszkań.

Garaż, balkon albo wyposażenie kuchni w prezencie nie robią dziś na kupujących większego wrażenia. Najbardziej liczą się obniżki cen. Firma Turret Development przez kilka tygodni obchodziła swoje 10 urodziny, uświetniając je obniżkami w blokowisku Wola Tower w Warszawie (z 7,6 tys. na 6,5 tys. zł za metr). Piaseczyńska firma Multi-HEKK oferuje mieszkania w osiedlu Elektra w promocyjnej cenie 4 tys. zł za metr. Obniżka sięga 25 proc. Według inwestora są to apartamenty, towar luksusowy.
 

 

Niektóre promocje wydają się skromne. – W budowanym przez nas domu przy Żeligowskiego, w centrum Łodzi, wprowadziliśmy obniżki pięcioprocentowe. Ceny promocyjne zaczynają się teraz od 4,2–4,4 tys. zł za metr – twierdzi Agnieszka Krałkowska ze spółki Polnord-Łódź. Ale jest to tylko niewielka część ustępstw inwestora. Rok temu, kiedy budowa ruszyła, najtańszy metr miał kosztować 5,5 tys. zł. Korekta dokonywana była bez rozgłosu, w miarę, jak na łódzkim rynku przybywało mieszkań, a ubywało kupujących. Polnord nie jest wyjątkiem. Z porównania cen, zapowiadanych na starcie i obowiązujących dzisiaj, wynika, że korekty takie są powszechne.

Deweloperom coraz bardziej się spieszy: nie mają pieniędzy na spłatę kredytów zaciągniętych na sfinansowanie budowy. A czasem także na jej dokończenie, bo banki zaczęły odmawiać pieniędzy. Tymczasem kupców ubywa. Kryzys na rynkach finansowych spowodował kryzys zaufania, polscy bankowcy zrobili się ostrożni i w październiku przykręcili kurek z kredytami hipotecznymi. Trudno mieć im za złe, że rygorystycznie analizują zdolności kredytowe klientów. Ale podwoili także swoje marże (w przypadku franków czasem do 3,5 proc.) i pieniądz stał się droższy. Wymóg posiadania własnego wkładu, zapowiedziany przez Komisję Nadzoru Finansowego, jeszcze bardziej zmniejszy szanse na kredyt.

Niektórzy deweloperzy gotowi są pożyczyć klientom pieniądze na wkład, byle tylko kupili mieszkania. Deklarację taką złożyła np. firma Okam (bez zastrzeżenia, że chodzi o wybrane mieszkania), a ostatnio podobnie postąpił Józef Wojciechowski, prezes i największy akcjonariusz J.W. Construction. Wojciechowski obiecuje pożyczać na wkład klientom, którzy zapłacili już jego firmie część ceny mieszkania, a na resztę nie mogą albo nie będą mogli dostać kredytu (zwykle obiecanego już przez bank). To są jednak rodzynki. Wielu deweloperów zostanie z niesprzedanymi mieszkaniami.

Towar, na który nie ma kupca, trzeba przecenić. Kazimierz Kirejczyk, szef firmy doradczej REAS, szacuje, że nowe mieszkania warte są o około 15–25 proc. mniej, niż wynoszą ich ceny. Takie obniżki byłyby uzasadnione, ale można wątpić, czy wystarczą. Klient, którego stać tylko na niewielki kredyt, czeka na duże przeceny. Na wyprzedaże jak w hipermarketach. Pierwsze już zresztą mamy: cena rzędu 4 tys. zł za metr oznacza, że deweloper zrezygnował z zysku, byle tylko mieszkanie sprzedać.

Zaczęła się także wyprzedaż działek, które deweloperzy kupili w czasie inwestycyjnego boomu. – Włoska firma szukała ostatnio gruntów pod dwie inwestycje w Poznaniu. Deweloperzy zaproponowali jej 30 działek. Za połowę ceny, którą zapłacili sami – twierdzi Aleksander Scheller, poznański pośrednik i prezydent Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości. – Firmy z kapitałem szykują się również do przejmowania inwestycji, których deweloperzy nie mają za co skończyć.

Wszystko wskazuje na to, że przyszły rok będzie czasem dużych wyprzedaży mieszkań. Wymarzonym dla kupców, którzy mają pieniądze albo zdolność kredytową na miarę dzisiejszych wymagań banków. Warto go wykorzystać, bo nie potrwa długo. Deweloperzy odkładają na półki projekty inwestycyjne, a nawet przerywają rozpoczęte już budowy. 2010 będzie już na rynku nowych mieszkań rokiem chudym.
 

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj