szukaj
Wojciech Inglot: cienie i błyski branży kosmetycznej
Cienie i błyski
Na Inglota ostrzy sobie zęby wiele zachodnich funduszy inwestycyjnych. I choć 300 mln zł to dobra cena za polską firmę kosmetyczną, to Wojciech Inglot sprzedawać się nie zamierza. Podbija świat w pojedynkę.

O sukcesie Inglota zadecydowała Ameryka i kobiety, które – nie ukrywa – lubi. Inglotów więcej jest w Stanach Zjednoczonych niż w Polsce. To po dziadku, który z Podkarpacia wyemigrował za chlebem. Wrócił, gdy ojczyzna odzyskała w 1918 r. niepodległość. Ale jego synowie z armią Andersa opuścili kraj. Z wyjątkiem najmłodszego, urodzonego już w Przemyślu, ojca Wojciecha. Pomysł syna na własną firmę skwitował krótko – prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie. Oblewając egzamin doktorancki, zawiódł jego nadzieje. Miał być chemikiem naukowcem, może nawet coś wynaleźć.

A tak, zamiast kolejny raz udać się na saksy do Ameryki, został wcielony do komandosów. – Wybuchł stan wojenny, nasz brat Zbyszek na znak protestu zabarykadował się z kolegami w krakowskim akademiku – wspomina Elżbieta Inglot-Kobylańska, ich siostra. – Modliliśmy się, żeby jednostka Wojtka nie dostała rozkazu spacyfikowania uniwersytetu.

Po wojsku trafił do krakowskiej Polfy i szybko zorientował się, że tam też kariery nie zrobi. Ale nie był to czas stracony. Zakładowy OBR (ośrodek badawczo-rozwojowy) dostawał z rozdzielnika angielskojęzyczne pisma specjalistyczne, w kraju wtedy niedostępne. Wojciech nie tracił w Polfie kontaktu ze światem, czytał i szlifował język. Wspominał też, jak chodził po nowojorskiej Piątej Alei i zaglądał za czerwone drzwi butiku Elizabeth Arden, pochłaniał farmaceutyczne nowinki. Od farmacji do kosmetyki niedaleko. Ciągle mu się wydawało, że ucieknie i założy firmę w Stanach, jak jego kuzyni.

Na fali Fa

Kiedy jednak generał Jaruzelski wydał rozkaz, że przedsiębiorstwa państwowe mają się pozbywać niepotrzebnych urządzeń, w Polfie też zaczęli szukać kupca. Wtedy Inglot pojechał do siostry Elżbiety, która pracowała wtedy w przemyskim ośrodku pomocy społecznej, i zakomunikował jej, że zakładają własną firmę. I choć o chemii nie miała zielonego pojęcia, zaryzykowała. Oszczędności z saksów starczyło na kupienie używanych garów z Polfy i wynajęcie pięterka od ludzi, którzy nie mieli za co wykończyć jednorodzinnego domku. – Największą wadą Wojtka jest to, że tak trudno za nim nadążyć – do dziś uważa Elżbieta.

Dlaczego facet uparł się akurat na szminki i lakiery do paznokci? W końcówce lat 80. zaczęły powstawać polskie firmy prywatne, których właściciele, biolodzy lub chemicy, zajęli się produkcją kremów – tłumaczy Wojciech Inglot. I te kremy były całkiem niezłe, odstawały od światowych o wiele mniej niż kosmetyki kolorowe. Wydawało się, że tutaj będzie dla nas więcej miejsca.

Kiedy więc z biznesplanu wychodziło im, że pierwszego roku nie ma za co przeżyć, Inglot wymyślił, że zaczną nie od szminek, ale od płynu do czyszczenia głowic magnetofonowych. Identyczny jak do jego tonetki (to był wtedy taki magnetofon szpulowy dużo większy od laptopa) przysyłała mu rodzina ze Stanów. A to dla chemika prosta produkcja. I ten płyn zarobił na dezodoranty w sztyfcie. Bo dezodorant w sztyfcie, identyczny jak ten marki Fa, sprzedawany w Peweksie (sklep, w którym socjalistyczne państwo sprzedawało deficytowe towary za dolary), dla wielu rodaków był wtedy nieosiągalnym symbolem luksusu. Nawet przeboje śpiewano wtedy o mydełku Fa. Takie były czasy. Wojciech Inglot podarował rodakom odrobinę luksusu za złotówki. I na tej odrobinie zarobił swoje pierwsze poważniejsze pieniądze.

Przespane pół roku

Zamiast ulec pokusie konsumpcji, znów wybrał się do Nowego Jorku. Tym razem jednak już nie na saksy, ale na kongres Amerykańskiego Stowarzyszenia Chemików i Kosmetyków. Zameldował się w hotelu Waldorff Astoria, w którym koszt noclegu stanowił równowartość średnich półrocznych zarobków w Polsce. Tyle że dla Inglota nie był to kaprys, lecz inwestycja. Poznał tam ludzi, którzy zachęcili – przyjdź, pokażemy ci, jak to się robi. Tego, co dzisiaj umie, nauczył się w laboratoriach amerykańskich firm.

Jego pierwsze lakiery do paznokci zrobione były według amerykańskiej receptury i z amerykańskich surowców. – Na polski rynek trafił wyrafinowany produkt w dziadowskich butelkach – śmieje się Inglot. Do tej pory, jak przejeżdża koło Garwolina, przypomina mu się, jak błagał w tutejszej hucie o te butelki. Dopiero później zaczął kupować włoskie.

Pierwszy raz pojechali ze swymi wyrobami na targi w 1987 r. Konkurenci, widząc ceny na ich cieniach do powiek czy szminkach, pękali ze śmiechu – były trzy razy droższe niż u innych. Ale to im zwiedzający potłukli gabloty, tak chcieli kupować.

Firmą Inglota, podobnie jak innymi, zatrzęsła transformacja. W sklepach, które nagle zapełniły się zachodnimi towarami, włoskie butelki Inglota już nie rzucały się w oczy. Te pierwsze pięć lat, do 1995 r., to był okres najtrudniejszy. Wojciech powtarzał: padniemy, jeśli nie będziemy inni niż konkurenci. Tą dewizą kieruje się do tej pory. Zachodnie firmy ze średniej półki, czyli tej samej, na której sytuowano wyroby Inglota, oferowały produkt masowy. Klientki jeszcze nie wiedziały, co to są testery. Pomalować usta szminką, zanim się ją kupi, można było w salonach Diora czy Guerlaina. Inglot znów dał zwykłym kobietom odrobinę luksusu – poczucie komfortu tym razem za bardzo rozsądną cenę. Tabuny dziewczyn przychodziły do sklepów, żeby zrobić sobie darmowy makijaż. Ale wracały. Inglotowie odetchnęli, że najgorsze mają za sobą.

Błyszcząca Pierwsza Dama

Sprzedaż znów ruszyła, trzeba było pomyśleć o nowej fabryce w Przemyślu. Miała powstać jako joint venture z amerykańskim partnerem, który wnosił do spółki spory kapitał. Inglot od syndyka upadłej spółdzielni mleczarskiej kupił grunt i zrujnowane budynki. Kiedy już zapłacił, okazało się, że syndyk sprzedał mu kota w worku – sytuacja prawna gruntów jest nieuregulowana i żadnej fabryki na nich budować nie można. Amerykański partner się wycofał. Przez półtora roku Wojciech nie mógł ani budować, ani odzyskać własnych pieniędzy. Przetrwali cudem.

Ale Inglot, choć ciężko doświadczony, nie wyzbył się naiwności i wpadki ciągle mu się zdarzają. Przed kilkoma laty kupił malutki pałacyk nad Sanem, tuż obok domu, w którym się urodził. Przedwojenni właściciele pozbyli się pałacyku z ulgą, ponieważ miasto przed laty dokwaterowało im lokatorów i aby się ich pozbyć, każdej z kilku rodzin trzeba było zapewnić mieszkanie. Inglot kupił pałacyk z lokatorami, ale jedna z rodzin nie zgodziła się na przeprowadzkę do bloków. Chciała mieć własny domek, więc Wojciech podżyrował im kredyt. Właśnie skończył go spłacać.

Gdyby nie kobiety, firma Inglota nie rozwijałaby się tak szybko. Ukraińskie siostry zakonne postanowiły wybudować pod Przemyślem ekumeniczny dom pomocy społecznej, w którym schronienie znajdą zarówno potrzebujący Polacy, jak i Ukraińcy. Wojciech znał siostry (był w kapitule Nagrody Pojednania Polsko-Ukraińskiego i pierwszą statuetkę wręczył Janowi Pawłowi II), więc także zaangażował się w budowę. Siostry, aby zdobyć środki, uprawiały bardzo skuteczny marketing bezpośredni. Dotarły również do prezydentowej Jolanty Kwaśniewskiej. Kiedy w Przemyślu prezydentowa poznała Inglota, już wiedziała o jego firmie – Myślałem, że to kurtuazja, gdy zapewniała, że używa naszych błyszczyków – mówi Inglot. – Ale pamiętała, ile kosztują. Wkrótce Kwaśniewska odezwała się ponownie. Prezydent tradycyjnie organizuje przedświąteczne przyjęcie dla ambasadorów. Więc może firma Inglot obdarowałaby ich żony jakimś drobiazgiem?

Właśnie przygotowywali nową kolekcję błyszczyków. Dwukolorowe, w przezroczystych szklanych sześcianikach. Wybrał białą perłę z czerwonym i ten model wycofał z kolekcji. Żeby panie ambasadorowe miały poczucie, że dostają coś wyjątkowego, czego nie można kupić. Ten drobny prezent zaowocował przyjaźnią Wojciecha Inglota z Patty Hill, żoną ówczesnego ambasadora USA. Wyjeżdżając z Polski, zapewniła go, że przyjedzie, gdy będzie otwierał pierwszy sklep firmowy na kontynencie amerykańskim. I dotrzymała słowa, choć na podbój świata wyruszył Inglot dwa lata temu z Montrealu.

Dlaczego właśnie Kanada? Trzy lata temu Elżbiecie Inglot-Kobylańskiej, wiceprezes firmy, wydawało się, że właśnie firma wyszła na prostą i może nareszcie trochę odetchną. Ale nie przy Wojciechu Inglocie. Jedną decyzją zburzył to, co tak mozolnie budowali. Wycofują swoje wyroby ze wszystkich drogerii, będą sprzedawać tylko w galeriach, w osobnych butikach. W najgorszym razie na oddzielnych stoiskach. Taki butik w Wola Park zobaczył Andy Chełminsky, który ma swoje sieci także w Kanadzie. I to on wprowadził Inglota do Kanady.

Henryk Orfinger, właściciel firmy Eris, uważa, że wycofanie się Inglota z drogerii było dalekowzroczną decyzją. – Teraz detal opanowały firmy globalne, takie jak Sephora czy Douglas. Wojtek uniknął zderzenia z nimi. Ma własne butiki, nie musi się targować o marżę ani o miejsce na półce. Tej własnej drogi konkurenci bardzo mu dzisiaj zazdroszczą, bo pozycja dostawców wobec sieci staje się coraz słabsza.

Kiedy Inglot ma zakomunikować współpracownikom kolejną rewolucję, przychodzi do firmy z garami zupy, którą sam wcześniej ugotował. Albo przygotowuje pastę w firmie. – Wszystkie burze mózgów odbywają się przy stole, z dobrym winem, a niekiedy z cygarami – zdradza Joanna Kobryło. Do firmy przed czterema laty przyprowadziła ją koleżanka. Wojciech szukał asystentki z dobrym angielskim, najchętniej po prawie. Ona była już po praktyce w kancelarii i podyplomowych studiach wyceny nieruchomości. Dziś jest wiceprezesem. – Teraz już tylko ona nadąża za Wojtkiem – uważa Elżbieta Inglot.

Pomysł z butikami służyć miał nie tylko dopieszczeniu klientek, które zawsze mogły poprosić wykwalifikowaną wizażystkę o makijaż. – Dopiero wtedy klientki zobaczyły, że takiej gamy produktów nie ma żadna z wielkich światowych marek – stwierdza Inglot. Od tych największych odróżnia go jeszcze jedno – firma właściwie w ogóle się nie reklamuje. Takich funduszy na reklamę jak bogate międzynarodowe koncerny nigdy mieć nie będą. Butiki usytuowane na lotniskach oraz w głównych ciągach galerii handlowych reklamują się same. Inglot był pewien, że kobiety go docenią. Nie zawiodły.

Torebki Arabki

Ani się obejrzał, jak sieć butików z logo Inglot pojawiła się w Emiratach Arabskich. Tamtejszy potentat handlowy zobaczył ich butik w Montrealu i doszedł do wniosku, że to może być propozycja dla bogatych kobiet arabskich, którym znudziły się już wielkie światowe marki. Pod warunkiem, że zostaną obsłużone z należną atencją. Więc w Dubaju przy sklepach Inglota zorganizowano prywatne pokoje, w których bogate Arabki wraz ze służącymi mogą czuć się naprawdę swobodnie. Bo one, w odróżnieniu od kobiet Zachodu, mają nie tylko portfele wypchane petrodolarami, ale także mnóstwo czasu. Zakupy w butiku mogą trwać godzinę albo dwie, ale nigdy nie wychodzą z pustymi rękami. – Ceny w Dubaju są trzykrotnie wyższe niż w Polsce – zapewnia Wojciech Inglot. Butiki w Dubaju zachwyciły handlowca z Australii, więc Wojciech Inglot i Joanna Kobryło znów spakowali walizki.

Dla Joanny Kobryło praca z Inglotem to największa przygoda. Ale on sam, mając dziś 52 lata, coraz częściej dochodzi do wniosku, że jest inny – jego życie, także prywatne, to jego firma. Po raz pierwszy uświadomił to sobie, gdy lecieli z Kobryło do Nowego Jorku i nie doleciały ich walizki. To było akurat wtedy, gdy z powodu kolejnego alarmu antyterrorystycznego nie można było wziąć na pokład żadnego bagażu podręcznego, nawet komórki. W Nowym Jorku partnerzy od razu zawieźli ich do sklepu, żeby kupili potrzebne rzeczy. Wręczyli im też telefony. – Wtedy uświadomiłem sobie, że jedyny numer, który pamiętam, to telefon do mamy – mówi Wojciech Inglot.

Zresztą nie chodzi tylko o brak bliskich. Z odpowiedzią na pytanie, gdzie jest jego dom, Inglot też ma spore kłopoty. Może na pięterku pałacyku, kiedy już go wyremontuje? Jak stamtąd dzwoni do mamy, to może zobaczyć przez okno, jak odbiera telefon. Z mamą spędza nieliczne wolne chwile, gdy akurat jest w Przemyślu. Sam, specjalista od kuchni włoskiej i meksykańskiej, u mamy najchętniej zjada schabowego. Kiedy Wojciech z Elżbietą zakładali firmę i zarobili na płynie do głowic swoje pierwsze pieniądze, przestrzegali się wzajemnie, by nie ulec pokusie wydawania. Jakoś nie zauważyli, że im to zostało do tej pory. Nie żeby jeździli tramwajem – Wojciech ma swoje Audi, ale ona nie pamięta, kiedy on brał urlop dłuższy niż tydzień, a on – żeby ona jeździła z dziećmi na wakacje gdzie indziej niż do teściowej w Gdańsku.

Najwyraźniej na spełnianie kaprysów wystarcza Inglotowi czas podróży biznesowych. Inglot ocenia, że odkąd w firmie ruszył eksport, za granicą spędza 40 proc. swego czasu. Tam poznał kolejną ważną dla firmy kobietę – Annie Adams. To londyńska wizażystka, znana dzięki Madonnie, której robiła makijaż kosmetykami Revlona. Dziś Annie Adams używa w pracy m.in. kosmetyków Inglota, co jest dla nich doskonałą reklamą. Upiększa bowiem także członków rodziny królewskiej, m.in. Sarah Fergusson. Współpraca się zacieśnia, bo ona właśnie przenosi się do Nowego Jorku, gdzie za kilka tygodni firma z Przemyśla otwiera swój pierwszy sklep. Dopiero jak odniesie sukces w Nowym Jorku, ruszy na Moskwę. Inglot ma już dzisiaj za granicą ponad 60 butików.

Dla zespołu zarządzającego przedsiębiorstwem w Przemyślu szybko rosnący eksport to nie lada wyzwanie. Ale Wojciech Inglot już myślami jest w... Metropolitan Opera. Chciałby robić profesjonalne kosmetyki dla tamtejszych diw operowych. Odporne na pot, upał i światło. – Żeby publiczność oglądająca spektakl w teatrze nie koncentrowała się na kropli potu śpiewaczki, zastanawiając się, gdzie i kiedy spadnie – rozmarza się Wojciech Inglot.

Elżbieta Inglot-Kobylańska dziwi się, że jej brat nigdy się nie męczy. Zaś Joanna Kobryło, towarzyszka wszystkich jego podróży, śmieje się, że Wojciech dobrą kondycję zawdzięcza swojej nieodłącznej szkatułce z witaminami, koenzymem Q 10 i całym arsenałem środków wzmacniających. Dziennie zjada ze 30 tabletek i głęboko wierzy, że ich nie nadużywa. Niedoszły naukowiec ma głęboką wiarą, że chemia działa cuda.

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj