Śpiewające telefony
Za rok nie znajdziemy pod choinką nie tylko płyt CD i DVD, ale być może także odtwarzaczy MP3. Dlaczego? Oto wigilijna opowieść o długo oczekiwanym i wreszcie skonsumowanym związku telefonu komórkowego z muzyką.

To raczej małżeństwo z rozsądku niż z miłości. A tak bywa, gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze. Jeszcze na początku dekady ten związek uchodziłby za mezalians – telefony komórkowe były ciężkie, toporne i potrafiły jedynie odgrywać irytujące melodyjki. Dziś ultracienkie, designerskie cacka, z kolorowymi ekranami dotykowymi o przekątnej 3 cali, mają moc obliczeniową średniej klasy komputera.

Nazywa się je pretensjonalnie smartfonami (od ang. smart – mądry). Potrafią coraz więcej – są już nie tylko przenośnym telefonem, ale także narzędziem dostępu do Internetu i e-maila, mapą z nawigacją GPS, kalendarzem, aparatem fotograficznym i kamerą wideo. Taki wielofunkcyjny aparat komórkowy przestał już być dla branży filmowej, telewizyjnej i muzycznej ubogim krewnym. W tym urządzeniu zbiegają się dziś interesy producentów telefonów, operatorów sieci komórkowych oraz wielkich wytwórni muzycznych. Aby jednak zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, trzeba się cofnąć do końca ubiegłego wieku.

Jesienią 1997 r. naukowiec i inżynier Karlheinz Brandenburg, pracownik renomowanego niemieckiego instytutu badawczego Fraunhofer, zaprezentował grupie biznesmenów z amerykańskiej Doliny Krzemowej nowy sposób zapisywania muzyki do formy danych komputerowych (nazwany kompresją MP3). Co prawda już od czasu upowszechnienia się płyty CD, na której dane o dźwięku nagrywane są w formacie cyfrowym jako ciąg zer i jedynek, przegranie jej do komputera nie jest problemem. Gorzej, że z powodu olbrzymiej liczby zawartych na niej informacji przeniesiona do komputera piosenka zajmuje na twardym dysku aż 40–50 MB. To grubo za dużo, bo standardowy dysk miał wtedy pojemność 500–700 MB.

Brandenburg, matematyk oraz inżynier dźwięku, wraz z zespołem pracował nad rozwiązaniem tego problemu przez kilkanaście lat. Chodziło o napisanie programu wycinającego z utworu te wszystkie dźwięki, których i tak nie słyszy ludzkie ucho (chyba że mamy do czynienia ze słuchem absolutnym, który ma ułamek populacji). Po takiej obróbce – kompresji – plik z muzyką powinien zajmować nie więcej niż 4–5 MB. Już w 1991 r. matematyczny model kompresji był gotowy i opatentowany, ale w Niemczech nie znalazł się żaden komercyjny pomysł na jego wykorzystanie.

Facet od jabłek

Dopiero sześć lat później wizyta Brandenburga w Dolinie Krzemowej zmieniła sytuację. Amerykańscy przedsiębiorcy wyczuli interes – skojarzyli, że pliki MP3 z muzyką doskonałej jakości są jednocześnie na tyle „lekkie”, aby dało się je małym kosztem przesyłać przez Internet. Kupili technologię i MP3 trafiło na komputery. W 1999 r. w sieci pojawiły się pierwsze strony i serwisy (np. Napster), których użytkownicy przesyłali sobie wzajemnie ulubione piosenki. Komputery osobiste PC, pogardliwie nazywane blaszakami, weszły w erę multimedialną. Przeboje w formie plików MP3 zaczęły krążyć po sieci. Rozpoczął się zmierzch ery krążka CD. Rewolucji nikt już nie mógł zatrzymać.

Latem 2001 r. potencjał muzyki zapisanej w plikach MP3 odkrył Steve Jobs, wizjoner i prezes koncernu Apple. W ciągu 9 miesięcy powstał prototyp iPoda – odtwarzacza plików MP3. Stylowy gadżet, mieszczący zawartość kilkudziesięciu płyt CD, błyskawicznie wyparł z rynku przestarzałe walkmany oraz niewygodne discmany. iPod nie był wcale pierwszym odtwarzaczem muzyki z MP3, ale jako pierwszy zdobył status kultowego i masowy rynek, stając się symbolem rewolucji w dziedzinie cyfrowej muzyki. Do dziś Apple sprzedał ich 150 mln. Uruchomiony przez firmę sklep internetowy iTunes, z którego użytkownicy iPoda mogą ściągać legalne pliki, jest największym na świecie sprzedawcą muzyki. Udało się to pomimo olbrzymiej konkurencji – MP3 produkują dziś wszystkie firmy zajmujące się tzw. elektroniką konsumencką. Globalną wartość dystrybucji muzyki przez sieć szacuje się dziś łącznie na prawie 4 mld dol., zaś sprzedaż każdego roku rośnie o 40–50 proc.
 

Gdy wyrastała ta całkiem nowa gałąź rynku, a odtwarzacz MP3 stał się jednym z najczęściej wybieranych prezentów dla młodzieży, producenci komórek spróbowali podłączyć się pod muzyczną modę. Już pod koniec 2001 r. (a więc gdy do sprzedaży trafił iPod) Siemens wprowadził pierwszy model z wbudowanym odtwarzaczem MP3. Sukces, owszem, był, ale tylko marketingowy, bo bateria wystarczała na słuchanie utworów przez marnych 45 minut. – Od tamtego czasu producenci telefonów musieli pokonać wiele problemów technicznych, ale dziś niemal każdy nowo wprowadzany aparat jest wyposażony w odtwarzacz muzyki – mówi Adam Getka z firmy Samsung.

– To połączenie było nieuniknione. Użytkownicy telefonów oczekują wciąż nowych, intelektualnych podniet – dodaje Edyta Słowicka z LG Electronics. Najtańszy telefon z odtwarzaczem MP3 to na tzw. otwartym rynku (czyli bez dotowania przez operatorów, w zamian za umowne zobowiązanie do korzystania z usług na określony czas) wydatek ok. 300 zł. Do tego trzeba dokupić stereofoniczne słuchawki oraz kartę pamięci. Najwięksi producenci – tacy jak Nokia, Sony Ericsson, Samsung i LG – mają już w swojej ofercie grupę aparatów nazywanych telefonami muzycznymi. W Europie Zachodniej to już 20 proc. wszystkich sprzedawanych modeli. Mają na obudowie osobne przyciski do obsługi odtwarzacza i wzmocnioną baterię. Czasem też niewielkie głośniki, które ukazują się po rozsunięciu obudowy, zmieniając telefon w miniaturowy przenośny sprzęt grający. Na początku przyszłego roku LG wprowadzi do sprzedaży telefon Opera z systemem dźwięku przestrzennego Dolby Digital.

Muzyczny telefon komórkowy jest przeznaczony dla szczególnej grupy klientów – to mieszkańcy metropolii, głównie nastolatki, studenci i pracujące osoby do 30 roku życia. Chętnie łykają wszystkie techniczne nowinki, są wzorem do naśladowania we własnej grupie rówieśniczej. Sporo na siebie wydają, choć zazwyczaj nie podróżują samochodem. Wolą rower i środki masowej komunikacji. Wtedy zazwyczaj słuchają.

To ta wielkomiejska grupa trendsetterów napędza modę na grające telefony. Dzięki nim muzyczna rewolucja na rynku komórek będzie trwać, wypierając odtwarzacze MP3 jako samodzielną kategorię produktów. – To kwestia wygody – po co nosić ze sobą kilka urządzeń, skoro można mieć wszystko w jednym – mówi Słowicka. Zrozumiał to doskonale ojciec iPoda. To dlatego w połowie 2007 r. Apple wszedł wreszcie na ten rynek. Do sprzedaży wprowadził własny telefon komórkowy pod nazwą iPhone, z ekranem dotykowym i wygodną przeglądarką internetową.

Lepiej u pirata

Kto dzisiaj wypełnia te grające gadżety muzyką? I kto na nich zarabia? Na razie kwitnie piractwo, a Polska pod tym względem jest jednym z europejskich liderów. Według danych warszawskiej spółki e-Muzyka, która specjalizuje się w dystrybucji legalnych piosenek w Internecie, jej sprzedaż w naszym kraju stanowi jedynie 2 proc. całego rynku muzycznego, podczas gdy w Europie 15 proc. (we Francji 61 proc., w Wielkiej Brytanii 29 proc.). Liderem na świecie jest Japonia, gdzie jest to ponad 90 proc.

Codziennie setki polskich nastolatków ściągają utwory z internetowych serwisów wymiany plików (tzw. P2P) i ładują je na kartę pamięci telefonu lub odtwarzacza. – Powinniśmy wyłapywać i ścigać każdego młodego człowieka idącego po ulicy ze słuchawkami na uszach – przyznaje przedstawiciel wielkiej wytwórni muzycznej. Ale trzeba również przyznać, że kupowanie legalnej muzyki z sieci jest u nas, w porównaniu np. z Wielką Brytanią, skomplikowane i nieopłacalne. Nie działają tu globalni giganci, tacy jak iTunes czy Amazon. Krajowe sklepy, takie jak mp3.pl czy iplay.pl, nie mają podpisanych umów ze wszystkimi wytwórniami, w tym z czterema największymi, które zmonopolizowały sprzedaż utworów największych gwiazd i większości hitów.

W efekcie niewielka jest szansa, że użytkownik znajdzie legalnie w sieci kawałek, który akurat mu się spodobał i za który jest skłonny zapłacić. A jak już znajdzie, to sposoby płatności są niewygodne: karta kredytowa albo przelew. Do tego dochodzą męczące zasady tzw. DRM (patrz ramka) i wysokie ceny (2–4 zł za utwór). Kupienie w sieci wszystkich utworów z płyty nie ma sensu. Sumując ich łączny koszt, to okaże się, że tradycyjny CD w sklepie wyjdzie taniej (30–50 zł), choć powinno być odwrotnie. Zaś kupowanie legalnej muzyki przez komórkę to już absolutnie nieopłacalny wydatek. Nie dość, że zapłacimy kilka złotych za piosenkę jej twórcy i wydawcy, to jeszcze kolejnych kilka pobierze operator sieci za przesłanie utworu do naszego aparatu. Jedna piosenka może więc kosztować nawet 10 zł. W efekcie najłatwiej i najszybciej można ściągnąć pirackie pliki MP3 przez Internet. Tam wybór jest większy, dostęp do nowości błyskawiczny, a do tego wszystko „darmowe”. To jednak może się zmienić.

Muzyka na komórki

– Wytwórnie muzyczne od lat narzekają, że piractwo je zabija, ale jednocześnie niewiele robią, żeby stworzyć legalną alternatywę – mówi Grzegorz Samborski, wiceprezes spółki e-Muzyka. A rynek nie znosi próżni. Dlatego spółka Samborskiego wspólnie z operatorem Plus GSM uruchomiła w październiku portal muzodajnia.pl.

– Dochody z połączeń wciąż spadają, dlatego operatorzy muszą szukać nowych sposobów na zarabianie. Naszym atutem jest baza 14 mln klientów oraz już działający prosty system, za pomocą którego można pobierać opłaty za utwory poprzez wliczenie ich do rachunku – mówi Jacek Klubiński z Plus GSM.

Muzodajnia wprowadziła nowatorski sposób płacenia za piosenki – nie za każdy utwór, a ryczałtem. Co miesiąc do wystawianego przez operatora rachunku doliczanych jest 5, 10 lub 20 zł. Pozwala to na ściągnięcie maksymalnie 25, 100 lub 250 utworów. Czyli 10–20 gr za piosenkę. – To kwota do przyjęcia dla tych rodziców, którzy chcą mieć spokojną głowę, że ich pociechy nie ściągają z sieci pirackich piosenek – mówi Samborski. Operator nie pobiera dodatkowych opłat za ściągnięcie pliku do telefonu, a piosenki nie są zabezpieczone DRM. Muzodajnia ma w ofercie kilkaset tysięcy utworów, choć z czterech majorsów na razie umowę z serwisem podpisał jedynie Universal Music (kolejne dwie wielkie wytwórnie mają to zrobić w ciągu najbliższych miesięcy). – Abonamentowe rozliczanie z klientami to jedyne sensowne rozwiązanie. W tę stronę idzie świat, bo jest to korzystne zarówno dla operatorów, jak i dla wytwórni, które mają zapewnione stałe dochody – mówi Samborski. Biznesowy haczyk tkwi w tym, że nie każdy użytkownik wykorzysta swój limit do spodu, ściągając tyle piosenek, za ile zapłacił.

Muzodajnia dostępna jest również z telefonów pozostałych operatorów, ale wtedy trzeba zapłacić abonament za rok z góry – w zależności od liczby ściąganych piosenek: 180 zł (do 25 utworów co miesiąc), 300 zł (do 100 utworów) lub 480 zł (250 utworów). Stawki są więc dwa razy wyższe. Plus ma nadzieję, że Muzodajnią przyciągnie do siebie nowych klientów. Sieć wprowadziła specjalne taryfy, w które wbudowany jest miesięczny abonament serwisu muzycznego.

Podobną ofertę przygotowuje też producent telefonów Nokia. W Wielkiej Brytanii sprzedawane są już telefony z rocznym abonamentem Comes With Music, czyli dostępem do internetowego sklepu Nokii, który oferuje 5 mln piosenek (ma umowy ze wszystkimi majorsami). Usługa muzyczna Nokii wystartuje w Polsce w 2009 r. Jednorazowa opłata za korzystanie z serwisu będzie wliczona w cenę aparatu. Szacuje się, że będzie to 500–600 zł, czyli około 50 zł miesięcznie. Sporo, ale dla fana muzyki za nieograniczony dostęp do cyfrowych hitów – niewiele. Po roku wygaśnie możliwość ściągania nowych utworów, ale te już kupione będzie można zachować.

Po co największy na świecie producent telefonów pakuje się w ten biznes? – Rozmowy telefoniczne stanowią dziś zaledwie 12 proc. czasu wykorzystania telefonu. Muzyka w komórce to kolejny sposób na jej użytkowanie – można ściągać i słuchać w metrze albo uprawiając jogging – mówi Maciej Jaworski, który rozwija w polskiej Nokii serwis muzyczny. Producent telefonów ma nadzieję, że po wygaśnięciu abonamentu CMW fan muzyki po prostu kupi sobie kolejny telefon Nokii. Usługi muzyczne to również element nowej strategii fińskiej firmy, która oprócz dochodów ze sprzedaży słuchawek chce czerpać zyski z multimediów.

Będzie bój

Według danych firmy badawczej IT&M rok 2008 jest pierwszym, w którym globalne wpływy ze sprzedaży danych i treści (dzwonki, filmy, muzyka) na telefony komórkowe przekroczyły dochody ze sprzedaży samych przenośnych telefonów. Wyniosły 160 mld dol. dla usług i 148 mld dla aparatów. Ta różnica będzie się pogłębiać (z prognoz wynika, że w 2012 r. będzie to odpowiednio 240 i 190 mld dol.).

Kolejka chętnych do umuzykalnienia naszych komórek wydłuża się. Nokia, skazana na współpracę z operatorami przy sprzedaży telefonów, będzie zarazem ich głównym konkurentem w dystrybucji elektronicznej muzyki. Zapowiada się walka, a pierwsze starcie na naszym rynku nastąpi już w najbliższych miesiącach. Zapewne ostatniego słowa nie powiedzieli jeszcze globalni gracze, jak wspomniany wcześniej iTunes, o którego wejściu do Polski mówi się od dawna. Dla klientów to dobrze – wreszcie dostaną sensowną, legalną alternatywę dla pirackich empetrójek, a konkurencja oznacza walkę na ceny i ofertę.

Drugim zwycięzcą będzie branża muzyczna. Dla wielkich wytwórni wzrost sprzedaży legalnej muzyki w Internecie to ostatnia deska ratunku przed zbliżającą się katastrofą. Wpływy z cyfrowej dystrybucji nie pokrywają deficytu, jaki pojawił się wraz ze spadkiem sprzedaży płyt CD (patrz wykres). Na razie na każdą legalnie ściągniętą piosenkę z sieci przypada 20 pirackich.


Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj