Rządy pompują pieniądze w gospodarkę
Drogie recepty
Pompowanie pieniędzy w banki nie pomogło, obniżki stóp procentowych też nie. W walce z kryzysem bogate kraje sięgają po ostatnią broń: zwiększanie publicznych wydatków. Oczywiście na kredyt, który trzeba będzie spłacać latami.

Wygrywając rok temu pierwsze prawybory Barack Obama pewnie się nie spodziewał, że jego głównym zadaniem na początek prezydentury będzie wydawanie pieniędzy. Podobnie jak inni kandydaci krytykował przecież George’a W. Busha za nieodpowiedzialną politykę budżetową i obiecywał ograniczanie deficytu. Tymczasem tuż po zaprzysiężeniu prezydent Obama zacznie realizować ratunkowy plan dla amerykańskiej gospodarki, którego podstawą są olbrzymie wydatki. W ciągu najbliższych dwóch lat mogą one przekroczyć nawet bilion dolarów. Jeszcze w lutym 2008 r. za kosztowny uchodził poprzedni plan Busha dotyczący ulg podatkowych, którego wielkość wynosiła 150 mld dol. Ale wówczas nikt jeszcze nie mówił o „najgorszej sytuacji od czasu Wielkiego Kryzysu lat 30”.

Stany Zjednoczone nie są osamotnione w podejmowaniu tak rozpaczliwych kroków. Rząd chiński planuje wydać około 600 mld dol. na walkę z kryzysem, sporo pieniędzy mają też przeznaczyć poszczególne prowincje. Własne programy ogłosiły także m.in. Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Hiszpania. Również polski rząd, choć dalej prezentuje urzędowy optymizm i przedstawia mało realne prognozy wzrostu, przyjął Plan Stabilności i Rozwoju, którego wartość oszacował na 91 mld zł.

Gwarancje rządowe

Politycy chętnie ogłaszają, na co przeznaczą olbrzymie pieniądze i komu pomogą, a metody walki z kryzysem wybierają różne. Coraz częściej zaczyna to prowadzić do międzynarodowych spięć. Niemiecki minister finansów Peer Steinbrück, który ratując gospodarkę przed długotrwałą recesją nie chce przy tym kompletnie zdemolować budżetu, skrytykował brytyjskiego premiera Gordona Browna za zaplanowanie na ten rok olbrzymiego deficytu budżetowego. Z kolei francuski prezydent Nicolas Sarkozy, który również rozdaje lekką ręką kolejne miliardy, narzeka na współpracę z Angelą Merkel, która, jako jedna z ostatnich w Europie Zachodniej, zdecydowała się na dodatkowe wydatki rządowe.

Stosunkowo najmniej kontrowersji budzi poręczanie przez rządowe instytucje kredytów inwestycyjnych dla firm. Kłopoty z uzyskaniem pieniędzy spowodowały już ograniczanie aktywności przez wiele przedsiębiorstw, dramatyczny spadek produkcji przemysłowej praktycznie we wszystkich krajach i początek zwolnień na dużą skalę. Aby skłonić banki do pożyczania pieniędzy firmom, także polski rząd zdecydował się udzielać specjalnych gwarancji. Ten sposób walki z kryzysem jest o tyle prosty, że przynajmniej na początku niewiele kosztuje. Jeśli jednak doszłoby do masowych bankructw zadłużonych przedsiębiorstw, rządy musiałyby zwracać bankom pieniądze, a to wywołałoby z pewnością oburzenie wielu podatników.

Roboty publiczne

Jedną z najbardziej popularnych metod walki z kryzysem jest organizowanie robót publicznych na wielką skalę. To właśnie one należały do filarów New Dealu – recepty prezydenta Franklina Delano Roosevelta na Wielki Kryzys. Barack Obama chce na remonty i budowę infrastruktury drogowej przeznaczyć sporą część pieniędzy ze swojego planu ratunkowego. Jego zwolennicy mówią, że może dzięki temu przejść do historii podobnie jak Dwight D. Eisenhower, którego do dziś Amerykanie wspominają jako tego, który zafascynowany niemieckimi drogami zbudował w latach 50. sieć autostrad międzystanowych. Zamiary Obamy nie budzą kontrowersji tym bardziej, że znaczna część amerykańskich dróg i mostów wymaga pilnych remontów.

Roboty publiczne zapewniają pracę wielu ludziom, ratują firmy budowlane przed bankructwem, a równocześnie dają impuls do wzrostu gospodarczego. Dobra infrastruktura to bowiem podstawa skutecznej działalności wielu przedsiębiorstw i zwiększenie mobilności społeczeństwa. Także Niemcy planują zwiększone wydatki na swoją sieć drogową. Choć budzi ona podziw i zazdrość nie tylko w Polsce, poszczególne kraje związkowe chcą dalej poszerzać autostrady i budować nowe obwodnice. Ale pojawiają się również krytyczne głosy, przede wszystkim ze strony ekologów, którzy mówią o asfaltowej orgii i przestrzegają przed dalszym betonowaniem kraju.

Francuzi natomiast nie zmienili mimo kryzysu swojej decyzji o zaprzestaniu budowy nowych autostrad. Jednak i oni zwiększają nakłady na infrastrukturę, ale głównie kolejową. Jeszcze więcej pieniędzy niż planowano pójdzie na rozszerzenie francuskiej dumy, sieci szybkich kolei TGV. Nicolas Sarkozy obiecuje, że w latach 2010–2014 budowane będą cztery linie równocześnie. W ten sposób TGV, dziś skupione przede wszystkim na łączeniu Paryża z innymi miastami, zacznie być częściej wykorzystywane do podróży między poszczególnymi regionami, z pominięciem stolicy. Oczywiście TGV budują firmy francuskie, a nowe pociągi dostarczy francuski Alstom. Publiczne pieniądze zostaną wydane na miejscu.

 

Kryzys dotyka poszczególne kraje w bardzo różny sposób. W Hiszpanii jego największą ofiarą są firmy budowlane, które po latach prosperity nie mają żadnych zamówień. Wartość nieruchomości gwałtownie spadła, załamał się popyt na drugie domy, tak chętnie dotąd kupowane przede wszystkim przez Brytyjczyków. Rząd hiszpański ratunek widzi w budownictwie socjalnym, na które przeznacza kolejne miliardy. W ten sposób chce uratować choć część deweloperów i równocześnie ograniczyć wzrost bezrobocia, które w tym roku przekroczy zapewne 15 proc. Także Francuzi chcą wykorzystać kryzys do budowy tanich mieszkań, których w tym kraju od lat dramatycznie brakuje.

Kredyty, zwolnienia, premie, podatki

Przy wielu różnicach wszystkie gospodarki łączy dziś problem przemysłu samochodowego (poświęcamy temu Raport na s. 34). Uchodzący za siłę napędową Niemiec, Francji czy Japonii, ale również za dumę amerykańskiego regionu Wielkich Jezior, przeżywa dramatyczne chwili z powodu załamania się sprzedaży nowych aut. Będący w najgorszej sytuacji Amerykanie udzielają swoim koncernom interwencyjnych kredytów.

Najwięcej kontrowersji wzbudzają propozycje obniżek podatków. O ile ulgi dla firm są dość powszechnie akceptowane, to już dla obywateli niekoniecznie. W Stanach Zjednoczonych, przed wyborami, Barack Obama obiecywał obniżenie podatku dochodowego dla osób mało i średnio zarabiających, przy równoczesnej jego podwyżce dla najbogatszych. Politycy rządzący Francją i Niemcami nie chcą na razie zdecydować się na ten krok, bo konsekwencje są trudne do przewidzenia. Część obywateli zaoszczędzone na podatkach pieniądze może rzeczywiście przeznaczyć na większe zakupy. Inni jednak zapewne postanowią je odłożyć, skoro i tak straszeni są coraz gorszymi prognozami gospodarczymi.

Ulg podatkowych próbował już w lutym 2008 r. George W. Bush. Postanowił wówczas zwrócić Amerykanom średnio po 600 dol. z pieniędzy, które zapłacili fiskusowi w 2007 r. Jednak konsumpcja z tego powodu znacząco nie wzrosła. Przeprowadzone badania pokazały, że zdecydowana większość tych pieniędzy poszła na spłatę różnych kredytów, które Amerykanie dotąd tak ochoczo zaciągali.

Brytyjski rząd postanowił zatem dokonać innego zabiegu: przed Bożym Narodzeniem obniżył podstawową stawkę podatku VAT z 17,5 do 15 proc., czyli do najniższego poziomu dopuszczalnego w Unii Europejskiej. Krok ten wzbudził w Europie sporą konsternację i z powodu olbrzymich kosztów dla budżetu nie znalazł dotąd naśladowców. Tym bardziej że wyniki przedświątecznego handlu nie napawają premiera Gordona Browna optymizmem. Brytyjczycy kupowali mniej niż w ubiegłych latach i nie skusiły ich nawet wyjątkowo niskie ceny. Natomiast w mniej dotąd dotkniętych przez recesję Austrii i Niemczech sklepy dużo sprzedawały i to mimo wyższego podatku VAT.

Inwestycje w ekologię

Politycy uchwalający programy ratunkowe wykorzystują też powszechne obawy przed globalnym ociepleniem i modę na ekologię. Jedną z niewielu dobrych stron kryzysu jest rzeczywiście szansa na wprowadzanie rozwiązań przyjaznych środowisku. Prezydent Obama chce przeznaczyć miliardy dolarów na termomodernizację obiektów użyteczności publicznej, przede wszystkim szkół i szpitali.

We Francji i w Niemczech dodatkowe pieniądze zostaną wydane na odnawialne źródła energii. Także samochodowym koncernom starającym się o publiczną pomoc stawia się warunek inwestowania w auta bardziej przyjazne środowisku i ograniczania produkcji pojazdów emitujących za dużo dwutlenku węgla.

Niech żyje deficyt!

Wszystkie wielomiliardowe inwestycje z publicznych pieniędzy będą w najbliższych latach oznaczać lawinowy wzrost deficytów budżetowych. Zielone światło dała nawet tak dotąd walcząca o ograniczanie wydatków Komisja Europejska. Państwa unijne, których deficyt przekroczy 3 proc. PKB w tym lub w przyszłym roku, mogą spać spokojnie. Tak stanie się z pewnością we Francji, być może również w Niemczech, które z każdym kolejnym tygodniem dokładają następne miliardy do swojego planu ratunkowego. Jednak nikt zapewne nie przebije Wielkiej Brytanii, której deficyt w tym roku może dojść nawet do 8 proc. PKB. Tylko w tym Gordon Brown widzi szansę na poprawę sytuacji na Wyspach. Zwolennicy wydawania publicznych pieniędzy są dziś zdecydowanie w ofensywie. Do takich kroków zachęca nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ubiegłoroczny laureat Nagrody Nobla Paul Krugman martwi się, że pakiet Obamy będzie wręcz za mały, aby pobudzić amerykańską gospodarkę. W chwili kryzysu systemu bankowego to państwo musi stać się inwestorem na wielką skalę. Jednak nie wszyscy są tym zachwyceni.

Wśród republikańskich polityków w Ameryce oraz brytyjskich konserwatystów pojawiają się apele o umiar. Publiczne pieniądze nawet w tak marnych czasach trzeba wydawać ostrożnie, a wiele planowanych przedsięwzięć wcale nie pobudzi wzrostu gospodarczego. Gdy zwolennicy aktywnej polityki państwa przypominają Roosevelta, przeciwnicy zaraz sięgają po znacznie świeższy przykład Japonii. Ten kraj, po wspaniałym rozwoju przez kilka dziesięcioleci, pod koniec lat 80. wpadł w długotrwałą stagnację. Japońscy politycy przygotowali programy mające pobudzić koniunkturę, które nie przyniosły efektów.

Ci dają, ci biorą

Jednak nie cały świat może sobie pozwolić na wydawanie lekką ręką miliardów. To domena państw bogatych. Inni muszą raczej oszczędzać. Aby ratować swoje budżety przed załamaniem, Litwa, Łotwa i Estonia już rozpoczęły podwyższanie podatków. Także Polska, jeśli nasze spowolnienie okaże się poważne, będzie musiała pójść raczej tą drogą, niż naśladować Francję czy Wielką Brytanię.

Równocześnie rośnie grono krajów, które własnymi siłami nie są już w stanie walczyć z kryzysem. Międzynarodowy Fundusz Walutowy co chwilę ogłasza udzielenie specjalnego kredytu kolejnemu państwu. Z nadzwyczajnej pomocy skorzystały już Islandia, Łotwa, Węgry, Ukraina, Pakistan, a ostatnio Białoruś. Tam mieszkańcy muszą raczej myśleć o wyższych podatkach i cięciach socjalnych, niż marzyć o pomocy państwowej. Kryzys też jest niesprawiedliwy.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj