Raport: Internet w Polsce AD 2009
Większa połowa
Internet skończy w tym roku oficjalnie 40 lat, ale naprawdę zaczął rozkwitać 20 lat temu, gdy wymyślono WWW, czyli Globalną Pajęczynę. Polacy, nieco spóźnieni przybysze w sieci, intensywnie nadrabiają zaległości. Ze świeżo opublikowanych danych wynika, że korzysta z niej już ponad połowa mieszkańców naszego kraju. Konsekwencje nie dadzą na siebie czekać.

Pytania, z jakimi internauci zwracają się do Google’a, odzwierciedlają ducha czasów, czyli najgorętsze tematy, którymi żyje sieć. Czym więc żyła sieć w 2008 r.? Sarą Palin i Barackiem Obamą, co nie dziwi w roku wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, Pekinem, co zrozumiałe w roku olimpijskim, oraz Heathem Ledgerem, tragiczną gwiazdą Hollywood. Tuż jednak za Obamą, który zajął szóste miejsce w globalnym rankingu Google Zeitgeist, uplasowała się polska Nasza Klasa. Polacy pytali o nią w 2008 r. częściej niż o seks, a aktywność ta dała się dostrzec także poza krajowym podwórkiem.

Prosty pomysł studentów z Uniwersytetu Wrocławskiego zamienił się w gigantyczny sukces: z serwisu nasza-klasa.pl korzysta ponad 8 mln Polaków ze wszystkich grup wiekowych. Powstała gigantyczna sieć społeczna umożliwiająca odbudowanie szkolnych więzi, wymianę informacji i komunikację. Analitycy naszego rynku nie wahają się twierdzić, że nasza-klasa.pl uczyniła więcej dla upowszechnienia Internetu w Polsce niż wszystkie programy rządowe. Wywołała bowiem potrzebę korzystania z sieci. A to ważniejsze, niż gdybyśmy rozdali wszystkim za darmo laptopy, uważa dr Krzysztof Krejtz, psycholog z warszawskiej SWPS.
 

Z opublikowanych w marcu br. wspólnych badań CBOS i Gazety.pl wynika, że 53 proc. dorosłych mężczyzn i 45 proc. kobiet korzysta w Polsce przynajmniej raz w tygodniu z Internetu. Dużo, ale oznacza to też, że prawie połowa dorosłych Polaków z niego nie korzysta. Nasze społeczeństwo jest przecięte na pół cyfrową przepaścią.

Jeśli za główne kryterium nowoczesności przyjąć korzystanie z nowych technik komunikacyjnych, dzielimy się mniej więcej równo na nowoczesnych i nienowoczesnych.

To, że najstarsi Polacy w najmniejszym stopniu korzystają z Internetu, nie zaskakuje. Ich zainteresowanie tym medium jednak rośnie, i to właśnie w dwóch najstarszych grupach wiekowych widać największą dynamikę wzrostu liczby użytkowników. Odsetek internautów w grupach 55–64 i 65+ niemal się podwoił w porównaniu do badań GUS z 2007 r.

Nowocześni. 

Połowa nowoczesna wyróżnia się nie tylko umiejętnością korzystania z nowych technologii. Nowocześni także są zamożniejsi, młodsi, lepiej wykształceni, lepiej radzą sobie na rynku pracy, mieszkają przeważnie w ośrodkach miejskich. To niezbyt odkrywcze spostrzeżenie nabiera nowego znaczenia, gdy nowocześni zaczynają dominować w życiu społecznym. Wówczas ci, co znaleźli się po drugiej stronie cyfrowej przepaści, są spychani na margines, znaczą coraz mniej dla polityków i dla rynku.

W Polsce ciągle 24 proc. ludzi deklaruje, że nie korzysta z telefonii komórkowej. To potencjalnie rynek większy od całej Słowacji! Potencjalnie, bo o wiele lepiej opłaca się namawiać nowoczesnych, by komórki, z których od dawna już korzystają, zamienili na iPhone’y, Blackberry lub podobne cacka i poznali urok mobilnego Internetu. Usługi te mają już 1,6 mln abonentów i tylko w ubiegłym roku ich liczba wzrosła aż o 80 proc. Nowocześni stają się jeszcze nowocześniejsi, zacofani tkwią w stanie cyfrowego wykluczenia, ponosząc z czasem coraz większe koszty z tego tytułu.

Różnice między nowoczesnymi (internautami) a nienowoczesnymi (nieużywającymi Internetu) widać w wielu dziedzinach. Nowocześni są większymi optymistami, lepiej oceniają sytuację bieżącą i gospodarczą, ich poglądy polityczne lokują się po stronie liberalnej.

Rewolucji nie widać.

Na tej statystycznej mapie polskiego Internetu nie widać póki co miejsca na polityczną rewolucję, jaka dokonała się w 2002 r. w Korei Południowej czy w ub.r. w Stanach Zjednoczonych (zwycięstwo na korzyść Obamy). Niedawne prasowe spekulacje o pokoleniu GoldenLine (sieć społeczna łącząca profesjonalistów), które miałoby być zaczynem buntu przeciwko złej jakości polskiej polityki, nie znajdują potwierdzenia nie tylko w statystykach. Internet ma tę szczególną cechę, że umożliwia bardzo precyzyjne śledzenie, co robią internauci.
 

Albert Hupa z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego pisze doktorat na temat „dyskursu politycznego na polskich stronach WWW”. W tym celu bada wyrafinowanymi metodami zarówno, co mówią internauci, jak i z kim rozmawiają. Wnioski są zaskakujące. Polityka u nas jest ciągle na etapie Sieci 1.0 – zdecydowana większość stron organizacji i partii nie umożliwia internautom współtworzenia ich treści, prawie żadna partia nie ma swojego oficjalnego i niecenzurowanego forum. Z moich rozmów z blogerami wynika, że jedyne miejsce interaktywnej dyskusji o polityce to wojny blogerów, czyli komentarze na wpisach, głównie w Salon24 – mówi Hupa.

Zdumiewa internetowa słabość lewicy, zaskakuje sprawność prawicy, choć tak czy inaczej internetowa debata polityczna jest raczej odzwierciedleniem debaty trwającej w realu niż przejawem nowej jakości. Nic dziwnego, skoro głównym punktem odniesienia dla komentarzy i dyskusji w sieci są informacje pozyskiwane z internetowych witryn mediów tradycyjnych: telewizji i prasy. Bez mediów tradycyjnych debata polityczna w sieci byłaby zupełnie jałowa.

Portrety internautów. 

Za wcześnie jednak na uspokajający wniosek, że Internet niczego nie zmienia, że jest tylko kolejnym medium, które musi dostosować się do dominujących w społeczeństwie praktyk kulturowych i społecznych. Gorące jeszcze badania „Diagnoza Internetu 2008”, przeprowadzone wspólnie przez Agorę i pracownię Społecznej Psychologii Internetu i Komunikacji z warszawskiej SWPS pod kierownictwem dr. Krzysztofa Krejtza, pokazują, że portret polskiego internauty jest o wiele bardziej dynamiczny. Analiza motywacji i profili psychologicznych pozwoliła badaczom wyróżnić trzy kategorie użytkowników Internetu.

Obserwatorzy to osoby o najkrótszym stażu, które zaczęły korzystać z sieci, bo odkryły, że na naszej-klasie.pl znajdą przyjaciół ze szkoły lub że za pomocą telefonii internetowej Skype będą mogły za darmo utrzymywać kontakt z rodziną za granicą. Generalnie jednak przenoszą one do sieci bagaż doświadczeń z realu, samą sieć traktując jeszcze dosyć nieufnie.

Inaczej niż konsumenci, aktywni użytkownicy traktujący Internet użytkowo jako źródło potrzebnej do życia informacji i usług. Internet stał się dla nich głównym medium organizującym codzienne życie, tam znajdują zarówno bieżące informacje polityczne i gospodarcze, jak i potrzebne do pracy lub szkoły, Internet też jest głównym instrumentem podtrzymywania relacji.

Twórcy to swoista elita Internetu, która wykorzystuje sieć nie tylko jako zasobnik użytecznych informacji i usług, lecz również jako przestrzeń autoekspresji: aktywnie uczestniczą w forach dyskusyjnych, piszą własne blogi, publikują filmy i fotografie, charakteryzują się przy tym największym poziomem zaufania do Internetu i znajdujących się tam informacji.

Niezależnie od tego podziału najważniejsza konkluzja „Diagnozy Internetu 2008” mówi: najbardziej popularnymi celami korzystania z Internetu są uzyskiwanie informacji oraz podtrzymywanie kontaktów społecznych. – Internet stał się dojrzałym, poważnym medium, towarzyszącym internautom w najważniejszych sprawach codziennego życia – twierdzi dr Krejtz. – Zbieranie informacji w Internecie przestało być wyłącznie poszukiwaniem ciekawostek, ale stało się poważnym wsparciem codziennego funkcjonowania poza Internetem.

Nowe formy konsumpcji.

Co jednak oznacza np. oglądanie filmów w Internecie? Zastąpienie telewizora podłączonym do sieci komputerem? Z najnowszych badań, przeprowadzonych przez kulturoznawców z warszawskiej SWPS wspólnie z Gazetą.pl, wynika, że 43 proc. młodych internautów ogląda interesujące ich seriale, zwłaszcza najnowsze produkcje amerykańskie, ściągając je (najczęściej nielegalnie) z Internetu.

Widzowie ci przedkładają internetowe oglądanie telewizji, bo zapewnia im pełną kontrolę nad czasem i miejscem odbioru – wyjaśnia dr Mirosław Filiciak z SWPS. – Nie chcą też czekać długich miesięcy, aż treści dostępne w USA trafią do oferty rodzimych nadawców. Po prostu po nie sięgają. To fundamentalna zmiana w podejściu do telewizji, medium najbardziej popularnego, ale też tradycyjnie kojarzonego z kanapowymi leniami. Wydaje się – choć badań, które mogłyby potwierdzać tę intuicję, wciąż nie jest wiele – że wyrasta grupa nowych, aktywnych odbiorców, i że w przyszłości taki aktywny i twórczy odbiór może stać się jednym z dominujących modeli korzystania z mediów – tłumaczy dr Filiciak.

Na zarzut, że to, co robią, często polega na łamaniu prawa, w większości odpowiadają: pieniądze nie są problemem, możemy zapłacić, tylko dlaczego producenci nie oferują nam swoich towarów, tkwiąc przy starych modelach dystrybucji?

Nie należy więc tkwić w złudzeniu, że Internet niczego nie zmienił, bo ciągle głównym dostawcą informacji do debaty politycznej są media tradycyjne, a najlepszą rozrywkę nieustannie zapewniają profesjonalne produkcje filmowe. Zmienia się bowiem radykalnie sposób, w jaki konsumenci do tych treści docierają. Zmiana ta, jak uczy doświadczenie przemysłu muzycznego, który nie potrafił dostosować się do oczekiwań nowych odbiorców, może być zabójcza.

Z drugiej jednak strony, nie należy łudzić się, uprzedza dr Krejtz, że Internet okaże się „bronią masowego tworzenia”, gdzie wszyscy będą nie tylko konsumentami, lecz i producentami treści. Twórcza aktywność zawsze będzie domeną mniejszości, co dobrze ilustrują badania dr. Jana Zająca z Uniwersytetu Warszawskiego nad polską blogosferą, zrealizowane przez Polskie Badania Internetu i Gazetę.pl. Wynika z nich, że ok. 3 mln Polaków czyta blogi, już jednak tylko 900 tys. uczestniczy w komentowaniu, a pisaniem zajmuje się 580 tys. Marek Soból z portalu Onet.pl uważa jednak, że nie można mówić o gaśnięciu w Polsce ducha blogowania: – Blogują najaktywniejsi, mający coś do powiedzenia i widać to po coraz wyższej jakości tekstów. Natomiast osoby, które kiedyś decydowały się na założenie bloga, by za jego pomocą stworzyć w Internecie własną przestrzeń społeczną, przenoszą się dziś do serwisów społecznościowych.

Polak potrafi. 

Polska sieć i życie w sieci mają swoje osobliwości. W ubiegłym roku eBay, światowy serwis oferujący aukcje internetowe, zdecydował o zamknięciu biura w naszym kraju. Zbyt mały rynek? Przeciwnie, wielce apetyczny, okazało się jednak, że nie sposób wygryźć z niego Allegro.pl, rodzimej marki, która szturmem zdobyła serca polskich nowoczesnych. Allegro.pl stał się wirtualnym jarmarkiem, łączącym miliony sprzedających i kupujących.

Podobnym fenomenem jest Gadu-Gadu, czyli komunikator internetowy, który całkowicie zdominował polski rynek, skutecznie blokując go przed wejściem tak uznanych na świecie marek jak MSN.

Powoli wkracza do polski moda na mikroblogowanie, czyli pisanie krótkich komunikatów podobnych do esemesów, których jednak nie wysyła się na inną komórkę, lecz do serwisu internetowego. Międzynarodowym synonimem dla mikroblogów jest Twitter, twittowanie jest w dobrym tonie na najlepszych salonach. W Polsce wolimy blipować, czyli używać rodzimego serwisu Blip (należy do grupy Gadu-Gadu). Widać więc, że Polak potrafi. Czasem jednak musi ustąpić pola globalnym potęgom. Musieliśmy więc ustąpić Google – witryna tej wyszukiwarki stała się najważniejszym miejscem w polskim Internecie. Podobnie niemal całkowicie zdominował rynek należący do Google serwis filmowy YouTube.

Wraz z rozwojem internetowej społeczności jej wewnętrzna struktura będzie się wysubtelniać, a coraz bardziej zróżnicowane potrzeby będą otwierać szanse dla nowych pomysłów. Dr Alek Tarkowski, socjolog pracujący w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania UW, zwraca uwagę, że w Polsce jest miejsce zarówno dla naszej-klasy.pl, serwisu w istocie bardzo prostego, i dla Facebooka, wyrafinowanego globalnego serwisu społecznościowego, oferującego wiele możliwości komunikacyjnych, często zbyt wiele jak na poziom kompetencji początkujących internautów. Podobnie Polacy umieszczają swoje fotografie w globalnym serwisie Flickr, lecz nie stronią od bardzo popularnej rodzimej Fotki.pl i Garnka.pl.

Potęga innowacji. 

Internet to wielka, otwarta platforma innowacyjna. Otwiera ona szanse przed ambitnymi przedsiębiorcami próbującymi odkryć, co by się jeszcze polskim nowoczesnym przydało. Marcin Jagodziński, twórca Blipa, autor blogu brutto.pl i uważny obserwator Internetu, zwraca uwagę na niezwykły wysyp start-upów, czyli nowych firm oferujących nowe usługi, z których większość pewno nigdy nie spotka się z uznaniem konsumentów. Na rynku panuje wręcz nadpodaż nowych pomysłów, którą inny przedsiębiorca internetowy, Tomasz Skalczyński (m.in. właściciel sklepu esentia.pl), określa krótko: – Kolejna bańka internetowa. Musi pęknąć jak w 2001 r. Już pęka, zostaną tylko pomysły najbardziej realne.

Realne, czyli takie, za którymi pójdą pieniądze internautów. Sytuacja jest paradoksalna, bo internauci wcale nie chcą płacić za to, z czego najchętniej korzystają. Finansową czarną dziurą, nie tylko w Polsce, są serwisy społecznościowe. Gdzie są więc pieniądze?

Po pierwsze, reklama – uważa Marek Soból z Onet.pl. – Zarówno firmy internetowe, jak i reklamodawcy uczą się, w jaki sposób łączyć zainteresowania użytkowników sieci z potrzebami reklamodawców. Rzeczywiście, Internet jest pod tym względem doskonałym medium, bo umożliwia niezwykle precyzyjną analizę zachowań użytkowników i tworzenie ich profili.

Marketing staje się powoli częścią nauk ścisłych – twierdzi socjolog dr Dominik Batorski, specjalista w dziedzinie analizy sieciowej z ICM UW. Podobne analizy, jak zastosowana w odniesieniu do blogosfery politycznej, stosowane są coraz częściej do badania sieci komercyjnych. Uzyskana w ten sposób wiedza umożliwia nie tylko osiągnięcie większej skuteczności działań reklamowych, lecz także lepsze projektowanie kampanii marketingowych i wprowadzanie nowych usług.

Dynamicznie rozwijającym się obszarem marketingu cyfrowego jest sztuka optymalizacji wyników wyszukiwania w wyszukiwarkach, zauważa Tomasz Bonek, redaktor naczelny serwisu Money.pl. Wszyscy wiedzą, że już nie tylko powodzenie w sieci, lecz i w przestrzeni rzeczywistej, zależy od tego, na którym miejscu w wynikach wyszukiwania Google lub innego serwisu znajdzie się link prowadzący do konkretnego sklepu lub usługi. Liczą się tylko pierwsze miejsca, poniżej piątego szansa na odwiedziny ze strony internauty radykalnie maleje. Pozycję na liście można jednak poprawić, stosując nie zawsze czyste metody Search Engine Optimization.

Internetowy marketing staje się coraz bardziej wyrafinowany i skuteczny, nic więc dziwnego, że Internet stał się w Polsce pod względem przychodów drugim, po telewizji, medium reklamowym. Pozycja ta nadal będzie rosnąć ku utrapieniu tradycyjnych mediów. Bo pieniądze, wpływające coraz szerszym strumieniem do sieci, nie wyrównują odpływu pieniędzy z gazet. Bez nich zaś nie da się utrzymać wysokiej jakości produkcji treści, tak przecież ciągle potrzebnej, by blogerzy mieli co komentować. Próby wprowadzenia odpłatności za treści kończą się zazwyczaj niepowodzeniem, wobec konkurencji olbrzymiej podaży treści darmowych.

O ile nikt nie ma w tej chwili dobrych pomysłów na rozwiązanie problemów mediów tradycyjnych, wywołanych przez konkurencję Internetu, to również nikt nie ma wątpliwości, że czarnym koniem jest rozwój Internetu mobilnego. To tylko kwestia krótkiego czasu, kiedy urządzenia mobilne staną się głównym narzędziem dostępu do sieci.

A to oznacza rewolucję i pojawienie się zupełnie nowych modeli biznesowych, twierdzi Tomasz Kulisiewicz, współautor opublikowanego niedawno przez Audytel raportu „Rewolucja mobilnego Internetu w Polsce”. W przeciwieństwie bowiem do Internetu tradycyjnego, mobilny wymaga korzystania z pośrednictwa operatorów telefonii komórkowej. Ci zaś od początku przyzwyczajali swych abonentów, że za wszystko się płaci.

Tak więc zarówno nowe źródła przychodów reklamowych, wynikających z rozwoju cyfrowych technik marketingowych, jak i ewolucja Internetu w kierunku mobilności, spowodują, że dzisiejszy paradoks darmochy zostanie rozwiązany. Nie zmieni się natomiast na pewno zasada rządząca Internetem, która mówi, że w cyberprzestrzeni wszyscy konkurują ze wszystkimi. Tytuły prasowe walczą nie tylko ze sobą, lecz także z ofertą portali, stacji telewizyjnych i blogerami-amatorami. Walczą o to samo, najcenniejsze dobro – uwagę i bezcenny czas odbiorców. Główną bronią w tej walce są innowacje: biznesowe, organizacyjne, technologiczne.

Próba prognozy. 

Jak więc wygląda świat polskiego Internetu w 2009 r.? Niewątpliwie to rok przełomowy. Wiele zmian zacznie przyspieszać, im bowiem więcej ludzi korzysta z Internetu, tym większy sens korzystania z usług sieciowych – serwisów społecznościowych, telefonii internetowej, serwisów wideo. Przyspieszenie to będzie miało charakter wykładniczy, a katalizować je będą kolejne przełomy technologiczne. Nie dość, że upowszechniać się będzie Internet mobilny, to 2009 r. oznaczać będzie także początek epoki telewizji mobilnej. W marcu został rozstrzygnięty przetarg, który wyłonił operatora odpowiedzialnego za emisję sygnału telewizyjnego (standard DVB-H) do telefonów komórkowych. Nikt jeszcze nie wie, jakie będą konsekwencje – doświadczenia ze świata są niejednoznaczne.

Poza tym spodziewać się należy dalszego rozwoju serwisów społecznościowych, przy czym – jak zauważa Marcin Jagodziński – będą one zmierzać w kierunku coraz większej integracji funkcji i współpracy serwisów oferowanych przez różnych operatorów. W rezultacie internauta, wchodząc do ulubionego serwisu społecznościowego, zyska dostęp do wszystkich używanych przez niego usług, z mikroblogiem, komunikatorem, kalendarzem i skrzynką adresową włącznie. Pytanie tylko, czy polskie serwisy będą nadążać technologicznie za konkurencją zagraniczną. Jeśli nie, grozi im marginalizacja.

Integracji serwisów usługowych towarzyszyć ma, zdaniem Tomasza Bonka, specjalizacja serwisów oferujących treści. Monopol wielkich portali zostanie nadwerężony przez ofertę wortali, czyli serwisów tematycznych. Z kolei Alek Tarkowski zwraca uwagę, że Internet jest otwartą platformą innowacyjną nie tylko dla przedsiębiorców. Z jej potencjału mogą korzystać sami użytkownicy. I korzystają, używają sieci do coraz skuteczniejszego rozwiązywania swoich problemów.

Sieć coraz częściej służy do organizacji konsumenckiego gniewu, jak w przypadku akcji klientów mBanku, protestujących przeciwko złym praktykom kredytowym. I do wyrażania gniewu obywatelskiego, jak w przypadku protestu rodziców przeciwko niedorobionemu rządowemu projektowi wysyłania sześciolatków do szkół. W końcu służy do tworzenia grup samopomocowych, ułatwiających rozwiązywanie banalnych, lecz uciążliwych problemów, jak sprzedaż starego wózka lub porada w przypadku kłopotów ze zdrowiem małego dziecka.

Polska sieć, stając się głównym medium dla większości Polaków, wypełniać się będzie coraz intensywniejszym życiem, we wszystkich jego wymiarach: komercyjnym, informacyjnym, obywatelskim. Co to znaczy? Zrozumieli to doskonale Brytyjczycy, którzy w opublikowanym niedawno rządowym raporcie „Power of Information Taskforce Report” zauważają: kilkanaście matek spotykających się na placu zabaw to krąg towarzyski. Kilkadziesiąt tysięcy matek tworzących w Internecie sieć samopomocy to już siła polityczna.


Ilustracje Marek Sobczak
 

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj