szukaj
Kryzys: szukamy dna
Oda do przyszłości
Przez pół roku docierały do nas coraz gorsze wieści. Spadały notowania na giełdach, bankrutowały banki. Zamykano fabryki. Zwalniano tysiące ludzi. I nagle nastrój się zmienił. Zamiast wizji katastrofy są sugestie, że światowa gospodarka osiągnęła już dno. Prawda to czy też kolejna wolta mediów?

Pewności w tej sprawie nie ma nikt. Ale kryzys trwa na tyle długo, że gospodarka teoretycznie mogłaby dotknąć dna. Po lekkiej recesji–stagnacji w pierwszej połowie 2008 r. w kolejnych dwóch kwartałach przeżyliśmy ekonomiczne piekło. Najpierw na skraju bankructwa stanęły kolejne wielkie instytucje finansowe, uratowane przed zagładą tylko dzięki niewiarygodnie hojnej pomocy, na którą zdecydowały się rządy najwyżej rozwiniętych państw. Banki poczuły się więc pewniej, ale przestał płynąć normalny strumień kredytów do firm. Otrzymaną od rządów i banków centralnych gotówkę instytucje finansowe wolały trzymać pod kluczem (a ewentualne nadwyżki wypłacać własnym menedżerom w formie wielomilionowych premii).

Drastyczne ograniczenie strumienia kredytu oznaczało rosnące problemy dla przedsiębiorstw ze wszystkich gałęzi gospodarki. Na skraju bankructwa stanęły Chrysler, General Motors i inne firmy motoryzacyjne. Zapaść przeżyło europejskie i amerykańskie budownictwo. Szybko zaczęło rosnąć bezrobocie. Przerażeni konsumenci gwałtownie ograniczyli wydatki starając się przede wszystkim spłacać zaciągnięte w czasie lat finansowego szaleństwa kredyty. Chodziło o to, żeby banki nie zabierały im domów. Nie mając kredytów i odbiorców firmy zaczęły ograniczać swoje plany rozwojowe. Gwałtownie spadły inwestycje i obroty światowego handlu. To z kolei uderzyło w kraje rozwijające się, które w minionych latach za główny motor postępu miały inwestycje zagraniczne i eksport. A więc również w Polskę.

Media pełne były złych informacji i jeszcze gorszych prognoz. Prawdopodobnie przyczyniły się one do dalszego rozdmuchania kryzysu epatując ludzi katastroficznymi wizjami utraty oszczędności, pracy i dachu nad głową.

Zaraźliwa panika 

Jakkolwiek zła była sytuacja światowej gospodarki, zawsze można ją było pogorszyć strasząc obywateli jeszcze większą ruiną. Zdesperowani inwestorzy wycofywali się gwałtownie z inwestycji finansowych, uciekając z oszczędnościami do bezpiecznej przystani, którą stanowią amerykańskie obligacje rządowe. W efekcie kolejne kraje stanęły w obliczu groźby całkowitego załamania finansów i musiały zwrócić się o pomoc do Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Wiele innych, w tym i Polska, wpadło w całkiem niepotrzebne kłopoty związane ze spekulacją i nadmiernym osłabieniem walut.

Do największych spekulacji doszło na rynku ropy naftowej, gdzie – również pod wpływem panicznych informacji i ocen – najpierw udało się cenę w ciągu roku podwoić, a potem spadła ona do jednej trzeciej, stawiając w trudnej sytuacji kraje uzależnione od eksportu surowców energetycznych. Globalizacja spowodowała, że panika w jednym kraju bez kłopotu rozszerzała się na inne, aż cała światowa gospodarka przestała się rozwijać. MFW, który jeszcze trzy miesiące temu prognozował utrzymanie dodatniego tempa wzrostu PKB w skali świata i ożywienie gospodarcze w drugiej połowie 2009 r., zmienił zdanie. Ogłosił, że po raz pierwszy od końca wojny światowej w tym roku czeka nas globalna recesja, a skala spadku PKB w krajach rozwiniętych sięgnie co najmniej 3–4 proc. Innymi słowy, że najgorsze dopiero przed nami.

Tak więc, dzięki kombinacji rzeczywistych problemów wynikających z połączenia zapaści rynków finansowych z paniką wśród banków, firm, pracodawców, pracowników, konsumentów i rządów, stało się coś najgorszego: Wielka Recesja przekształciła się w Wielki Kryzys. Kryzys zaufania wszystkich do wszystkich. A bez minimum zaufania gospodarka rynkowa nie może się rozwijać i sprawnie działać. Zaczęło więc powoli ugruntowywać się przekonanie, że mamy do czynienia z kryzysem, który może ciągnąć się latami. Skąd teraz ten dość nagły zwrot w nastrojach?

Blisko przełomu? 

Na początku roku kilka umiarkowanie optymistycznych sygnałów dotarło z USA. Dość niespodziewanie przestały spadać wydatki konsumentów, zwiększyła się liczba sprzedawanych domów, a amerykański przemysł informował o spadku zapasów i wzroście zamówień. Po świecie rozeszły się wieści, że w Chinach ponownie wzrasta zapotrzebowanie na stal, a podnoszący się popyt na energię spowodował lekki wzrost cen ropy naftowej. Nadzieja stabilizacji, a nawet wzrostu pojawiła się na światowych giełdach. Ślady poprawy nastrojów dotarły również do Polski.

Po miesiącach katastrofalnego spadku na początku roku wzrosła sprzedaż nowych mieszkań przez firmy deweloperskie. Wielka firma logistyczna DHL zameldowała o ożywieniu ruchu przesyłek ekspresowych. Zaczęła też rosnąć wartość uważnie obserwowanego indeksu PMI (indeks bazujący na informacjach od menedżerów odpowiedzialnych za zakupy) – ciągle jeszcze wskazującego na spadek aktywności polskich firm, ale już mniejszy niż w poprzednich miesiącach. Słowem, pojawiły się informacje sugerujące, że albo osiągnęliśmy już dno, albo się do niego zbliżamy. A media chętnie podchwyciły te sensacyjne nowości, czyniąc z nich gospodarcze wydarzenia dnia.

Czy rzeczywiście zbliżyliśmy się do przełomu? Uczciwa odpowiedź może być tylko jedna: nadal nie wiadomo. Jeśli w kolejnych miesiącach pojawiałyby się kolejne dobre wiadomości, szansa na zmianę nastrojów i początek ruchu w górę wyraźnie by wzrosła. Zastrzyk optymizmu z pewnością pomógłby skrócić kryzys. Ale na razie nie przesadzajmy z oczekiwaniami. Nie ma żadnych szans na to, by w najbliższych miesiącach sytuacja gospodarcza świata i Polski wyraźnie się poprawiła. Wręcz odwrotnie, logika wskazuje, że najtrudniejszy okres dopiero przed nami.

Skala szaleństwa, do którego doszło w sektorze finansowym (zwłaszcza amerykańskim), jest tak ogromna, że wypalenie się narosłej nierównowagi musi zająć lata. Za długo mieliśmy tu do czynienia z procesem lewarowania, czyli generowania z ograniczonego kapitału wielokrotnie większej wartości aktywów finansowych, którymi obracano na rynku. Teraz, gdy nadmuchany balon pękł, rozpoczął się odwrotny proces – delewarowania – czyli zmniejszania się rynku aktywów finansowych, głównie w drodze spadku ich cen. Nadmierne lewarowanie jest szaleństwem, ale póki trwa, podgrzewa koniunkturę w gospodarce. Delewarowanie jest niezbędne, ale procesowi temu towarzyszyć muszą zjawiska spowolnienia wzrostu albo recesji. I niewiele pomoże rzucanie przez rządy na ratowanie sektora bankowego bilionów dolarów – bo delewarowanie to proces, którego skala nie idzie w biliony, ale grube dziesiątki bilionów.

Co więcej, problemy w realnej gospodarce – a więc tam, gdzie wytwarza się towary i usługi – wydają się ciągle jeszcze narastać. Niemal wszędzie prezentowane są coraz gorsze prognozy zmian PKB: zdaniem tygodnika „The Economist” spośród 29 gospodarek europejskich tylko w trzech przypadkach (w tym w Polsce) dojdzie w 2009 r. do utrzymania się niewielkiego, dodatniego tempa wzrostu.

Czym nas zaskoczą? 

Co gorsza, również w 2010 r. analitycy nie spodziewają się znaczącej poprawy sytuacji. Być może główna fala obniżonego popytu, spowodowanego mniejszymi wydatkami konsumentów w krajach zamożnych, rzeczywiście już uderzyła w światową gospodarkę. Ale w ślad za tym dopiero idzie fala kolejna, związana z konsekwencjami ograniczenia przez firmy produkcji.

Chodzi oczywiście o bezrobocie, które na całym świecie rośnie. Stopa bezrobocia w USA osiągnęła 8,5 proc. i nadal wzrasta. W ciągu ostatnich 60 lat tak złe wskaźniki odnotowywano tu tylko dwukrotnie – w 1975 r. i 1982 r. W Chinach mówi się już o ponad 20 mln ludzi, którzy stracili pracę w miastach i muszą wracać na wieś. W Polsce, tak jak w całej Europie, mamy do czynienia z gwałtownym pogorszeniem sytuacji na rynku pracy. A w odróżnieniu od świata finansów, gdzie (przynajmniej teoretycznie) możliwe są gwałtowne zmiany nastrojów i sytuacji, w przypadku bezrobocia działa straszliwy mechanizm bezwładności, a negatywna dynamika tego zjawiska nie daje się łatwo zmniejszać.

Tam, gdzie dziś toczy się główna walka z kryzysem, powstają ogromne problemy, które trzeba będzie rozwiązać jutro. Ratując banki i starając się pobudzać gospodarkę, rządy i banki centralne rzucają na rynek biliony dolarów (łącznie, jak dotąd, około 5 bln, z czego 2 bln w USA) albo w formie pożyczek, albo zastrzyków kapitału lub dotacji. Dziś nikt nie przejmuje się kosztami, ale kiedyś przyjdzie je jednak ponieść. Gdy faza ostrego spadku minie banki, które dziś biorą gotówkę i powstrzymują się z udzielaniem kredytów, zaczną to robić na nowo. A wtedy masa pieniądza wypłynie na rynek, powodując inflację, którą trzeba będzie zwalczać wyśrubowanymi stopami procentowymi. Kiedyś też podatnicy będą musieli zwrócić pieniądze, które dziś na potęgę pożyczają rządy. A to oznacza wyższe podatki i wolniejszy rozwój.

Nie da się oczywiście wykluczyć, że liczba pozytywnych sygnałów płynących z gospodarki będzie rosnąć, potwierdzając nadzieje, że jeśli nawet nie osiągnęliśmy jeszcze dna, to przynajmniej zaczął się proces hamowania spadku. Oznaczałoby to, że najostrzejsza faza kryzysu powoli dobiega końca. Ale nie jest to wcale pewne: z kolejnych banków, wielkich koncernów przemysłowych i usługowych, a nawet z całych krajów mogą jeszcze napływać sygnały o możliwych bankructwach, które trzeba będzie powstrzymywać ratunkowymi pakietami rządów i MFW. Giełdy i rynki walutowe mogą nadal nas nieprzyjemnie zaskakiwać, a sytuacja w kolejnych gospodarkach okazywać się gorsza od tej, którą dziś się prognozuje.

Gigantyczna kwota 2 bln dol., którą amerykański rząd rzucił na ratowanie gospodarki, może okazać się niewystarczająca i nie dać oczekiwanego trwałego zwrotu. Handel światowy, mimo zgodnych deklaracji zebranych na szczycie przywódców G20, może zostać sparaliżowany falą protekcjonizmu. Innymi słowy, łatwo może okazać się, że nadzieje na osiągnięcie dna są przedwczesne, a gospodarka światowa będzie się zachowywać zgodnie z nieuczesaną myślą Stanisława Jerzego Leca: „Sięgnąłem dna i usłyszałem pukanie od dołu”.

Odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście już wkrótce poczujemy, że dotykamy nogami twardego gruntu, czy też jeszcze przed nami sporo drogi w dół, jest oczywiście ważna, ale wcale nie najważniejsza. Ważniejsze jest to, czy światowa gospodarka w trwały i dynamiczny sposób odbije się od tego dna, czy też na nim ugrzęźnie na długie lata. A to zależy od sukcesu działań znacznie trudniejszych i bardziej skomplikowanych, niż rzucenie na rynek kilku bilionów dolarów.

Marnowanie kryzysu 

Żeby globalna gospodarka powróciła na ścieżkę trwałego wzrostu, trzeba ją mocno zreformować. Uruchomić na nowo te mechanizmy globalizacji, które były dobre, a skorygować i uniemożliwić powtórzenie się tych licznych zjawisk, które nie powinny się zdarzyć. Trzeba przywrócić swobodę odważnego poruszania się kapitału po świecie, ale nie pozwolić na niebezpieczny rozwój finansowych iluzji. Przywrócić wzrost światowego handlu, ale nie pozwolić na utrzymywanie się w nim gigantycznej nierównowagi, której symbolem były ogromne deficyty handlowe USA. Przywrócić wreszcie optymizm, ale nie pozwolić na histeryczny wybuch optymizmu irracjonalnego, który cechował gospodarkę światową przez minione kilkanaście lat.

Słowem, powrócić do globalizacji, ale globalizacji lepszej, bezpieczniejszej, sprawiedliwszej, z ludzkim obliczem. To jest zadanie na lata. Ale jak słusznie zauważył szef administracji Białego Domu (prawa ręka prezydenta Obamy) Rahm Emanuel, „nie stać nas na to, by zmarnować ten kryzys”.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj