Zasłona dymna
O co znów chodzi protestującym związkowcom?

Zadymy, odbywające się przy okazji ważnych, międzynarodowych wydarzeń, to rzecz całkowicie zwyczajna – my też musimy się do nich przyzwyczaić. Tak było podczas niedawnego szczytu G20 w Londynie. Medialny spektakl i wczorajsze palenie opon pod Pałacem Kultury i Nauki, podczas obrad Europejskiej Partii Ludowej, też nie powinno nikogo dziwić. Dzięki imprezie, pod którą podczepiają się protestujący, ich głos staje się przecież bardziej słyszalny. Zarówno w Polsce, jak w Brukseli.

A to ona przecież ustala zasady pomocy publicznej i teraz ostrzega, że Polska je łamie, bo wbrew tym zasadom nasze stocznie nadal dostają więcej niż pozwala Komisja Europejska (polski rząd bowiem usiłuje umożliwić im, zanim padną, dokończenie budowy większej liczby statków). Że więc stoczniowcy protestują w tej sprawie, dziwić się nie można. Zwłaszcza jeśli widzą, iż np. Francja także ma ochotę złamać unijne zasady, wspomagając swój przemysł samochodowy. Jeśliby Unia miała zamiar przymknąć na to oko, niech przymyka też drugie na większą pomoc dla polskich stoczniowców – żądają protestujący. Z kolei kolejarze boją się zwolnień, więc też stawili się w Warszawie.

Jest jednak rzecz, która budzi zdumienie – to palenie kukły premiera Donalda Tuska jako grabarza polskich stoczni. Tak naprawdę bowiem powinny to być kukły przywódców związkowych z „kolebki” oraz prezydenta. Kiedy bowiem – przed wyborami prezydenckimi – był jeszcze czas na ratowanie, związkowcy z Gdańska mieli w głowie co innego. Umówili się z Lechem Kaczyńskim, że poprą jego kandydaturę, jeśli obieca rozdzielenie stoczni gdańskiej od gdyńskiej. Rząd PiS zamiast ratować – dzielił i marnował czas. Mam wrażenie, że wczorajsza zadyma była po to, żebyśmy o tym zapomnieli.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj