szukaj
Kraina rupieci
Polska stała się europejską potęgą w dziedzinie importu rzeczy używanych. Sprowadzamy wszystko, jak leci, byle tanio. Od mało noszonych majtek po czołgi w całkiem dobrym stanie.
Kup buty. Tylko lekko używane. Także w Polsce.
Julien Harneis/Flickr CC by SA

Kup buty. Tylko lekko używane. Także w Polsce.

Kolejki ustawiają się w dniu dostawy, jeszcze przed otwarciem sklepów. Towar dostarczany jest zwykle raz w tygodniu. Wśród oczekujących pełny przekrój społeczny: od licealistek po emerytki, od handlarek z bazaru po elegantki z korporacji. Gdzieniegdzie widać mężczyznę. Sklepy mają różne szyldy, choć obiegowo zwane są ciucharniami, szmateksami, lumpeksami, czasem pieszczotliwie lumpkami. W kolejkach trwa dyskusja, co i kto wcześniej zdobył i gdzie, a także na co liczy tym razem. I narzekania na tych, którzy - jak za Peerelu - mają dojścia i co lepsze rzeczy wynoszą od zaplecza.

- Lubię przebierać w koszach, myszkować wśród wieszaków i znajdować cudeńka za 5 czy 10 zł. Ostatnio udało mi się wyłowić sukienkę firmy Mango, co prawda sprzed kilku sezonów, ale za to za 20 zł - zachwyca się Marta, trzydziestolatka z Krakowa. Stać ją na nowe rzeczy z markowych sklepów, ale tam nie ma tej adrenaliny, jaką daje wygrzebanie superciucha spod góry odpadów. Jest ekspertką w tej dziedzinie. Sklepy dzieli na trzy kategorie. Najniższa to te nastawione na ilość i niską cenę. Takich jest najwięcej, sprzedają towar gorszej jakości, kilogramami. Ubrania często są podniszczone, wręcz brudne. Klasę wyżej są sklepy, które łączą pośredniej jakości towar na kilogramy z wybranymi perełkami sprzedawanymi na sztuki. Najwyższa półka to butiki second hand z najciekawszymi rzeczami. Tu ciuchy kosztują tyle co nowe ubrania.

Lumpeksy są wszędzie, od małych miasteczek po najelegantsze rejony wielkich aglomeracji. Rośnie też ich popularność: jeśli w 2002 r. 66 proc. osób deklarowało, że niczego nie kupuje w lumpeksach, to w ubiegłym roku było ich już 58 proc. Setki firm zajmuje się importem używanej odzieży. Hurtownicy zwożą ją wielkimi tirami. Cena zależy od sposobu, w jaki odzież jest pozyskiwana w miejscu pochodzenia. Najdrożej kosztuje ta zbierana w systemie door to door, czyli po mieszkaniach - 1,24 funta/kg (6,07 zł). Tańsza jest ta wybierana z ulicznych kontenerów oraz zbierana od dzieci w szkołach. Najtańsze są resztki z punktów pomocy charytatywnej - to, czego nie udało się na miejscu przekazać potrzebującym.

Najbardziej kontrowersyjną częścią lumpeksowego biznesu jest handel używaną bielizną osobistą i butami. Choć wiele osób ma opory higieniczne i lęk przed grzybicą (to problem butów), to na mało noszone majtki czy stanik za parę groszy znajdą się u nas chętni. Kariera używanych ciuchów nie kończy się zresztą w lumpeksach, bo część towaru w celu dalszej odsprzedaży kupują mniejsi przedsiębiorcy, a także osoby zajmujące się handlem bazarowym i ulicznym. Sporo trafia też na Allegro.

W 2008 r. sprowadzono do Polski 84 tys. ton odzieży używanej - głównie z Wielkiej Brytanii, Norwegii i Niemiec. - Gigantyczna skala importu odzieży używanej niszczy polski przemysł tekstylny. Zwracaliśmy wielokrotnie uwagę, że pod demagogicznymi hasłami pomocy najuboższym pozbawiono w Polsce pracy ok. 70 tys. osób. Naszych argumentów nikt nie chciał słuchać - ubolewa Jerzy Garczyński z Polskiej Izby Odzieżowo-Tekstylnej.

Używane nie jest złe 

Dziś podobne problemy ma branża samochodowa: od kiedy jesteśmy w UE, polski rynek zalewają auta używane z zagranicy. Rok w rok prawie milion sztuk. Dominują te najstarsze: aż 44 proc. ma ponad 10 lat, tylko 11 proc. mniej niż 4 lata. W tym roku na jeden nowy samochód osobowy kupiony w naszym kraju przypadają dwa używane sprowadzone z Zachodu. Prokuratura niemiecka prowadzi właśnie śledztwo w sprawie oszustw popełnianych przez obywateli tego kraju, którzy kupując nowe samochody, korzystali z wysokiej dopłaty za złomowanie starego. Okazuje się, że spora część tych aut nie trafiła na złomowiska, lecz do zagranicznych odbiorców. Także do Polski.

- Nie ma w tym nic dziwnego. Duża część sprowadzanych samochodów kwalifikuje się na złom nie tylko w Niemczech, ale i w naszym kraju. Fakt, że są dopuszczane do ruchu, świadczy jedynie o niesprawności naszego systemu kontroli technicznej. Co zresztą potwierdziła ostatnio kontrola NIK - ocenia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Polska branża samochodowa od dawna próbuje walczyć z konkurencją używanych aut z importu. Podobnie jak przemysł odzieżowy zwraca uwagę na utratę miejsc pracy w przemyśle, a także na problemy związane z bezpieczeństwem ruchu drogowego i utylizacją odpadów. Spora część używanych aut, zwanych gwarowo używkami, dość szybko skończy swój żywot i coś trzeba będzie z nimi zrobić. Niektóre od razu sprowadzane są w charakterze magazynów części zamiennych. To praktyka nielegalna, choć powszechna. Demontuje się z nich to, co ma jakąś wartość, a reszta gdzieś się rozpływa. Gdzie? Na razie nikogo specjalnie to nie interesuje.

Z zagranicy sprowadza się do Polski praktycznie wszystko, co jeździ: używane ciężarówki, ciągniki i maszyny rolnicze, pojazdy dostawcze, specjalistyczne, a także autobusy. Tu jednak daje się ostatnio we znaki załamanie koniunktury. Choć na Zachodzie ceny bardzo spadły, polscy przedsiębiorcy nie kwapią się, by z tych okazji korzystać. Ich też dopadła dekoniunktura. Wielki program inwestycji infrastrukturalnych, który miał ruszyć z kopyta, wciąż buksuje. A to z myślą o nim sprowadzano już na zapas ciężarówki, maszyny budowlane, naczepy, cysterny do przewozu mas bitumicznych. Nowe i używane stoją na placach importerów, czekając na lepsze czasy.

- Wyjątkowo mało jest ostatnio przetargów na zakup autobusów miejskich. MEN wstrzymał też zakupy autobusów szkolnych, popularnych gimbusów - ubolewa Jan Żdżarski, rzecznik spółki Polskie Autobusy. Tymczasem samorządy coraz częściej kupują autobusy używane z importu. Gdańsk, Gorzów, Kraków, Częstochowa, Katowice - trudno dziś znaleźć miasto, które nie zaopatruje się w używany tabor z zagranicy.

- Nasze miasto kupiło właśnie dwa niskopodłogowe, klimatyzowane autobusy MAN. Mają 9-10 lat, ale są w świetnym stanie. Jeździły dotychczas we Frankfurcie nad Menem. Kosztowały razem 500 tys. zł, podczas gdy taki jeden nowy kosztuje 700 tys. zł - wyjaśnia Marcin Pejski, rzecznik MZK w Gorzowie Wielkopolskim. Dodaje, że miasto postawiło sobie za cel jak najszybsze wyeliminowanie starych autobusów wysokopodłogowych, a na nowe miejskiej kasy nie stać. Połowa autobusów jeżdżących po Gorzowie została kupiona za granicą z drugiej ręki. Podobna sytuacja jest z tramwajami - chętniej zaopatrujemy się w stare niemieckie niż w nowe polskie. Trochę jest z nimi kłopotu, niektóre trzeba dostosowywać do krajowych realiów, czyli do większego zatłoczenia. Mają za dużo miejsc siedzących i za mało drzwi. Gorzów kupuje tabor wycofywany z Kassel, bo chce nim zastąpić zawodne modele 105 z chorzowskiego Konstalu.

Specjaliści od wystawki

Od kiedy jesteśmy w Unii, to czy ktoś kupuje używaną lodówkę w Pułtusku czy w Barcelonie, to jego sprawa. Trudno zatem oszacować skalę importu rzeczy używanych. - Z naszych obserwacji wynika, że wyjątkowo dużo sprowadza się do Polski używanego sprzętu gospodarstwa domowego i mebli. My jednak tego nie liczymy - wyjaśnia Witold Lisicki, rzecznik Służby Celnej. Celnicy liczą jedynie samochody, bo od nich pobierany jest podatek akcyzowy.

Sprowadzaniem używanych sprzętów domowych zajmują się tzw. wystawkowicze. Tak w zachodniej części Polski nazywa się ludzi żyjących ze zbierania wystawianych przez Niemców czy Holendrów przed domy niepotrzebnych przedmiotów. Tamtejsze miasta ściśle określają dni, w które można pozbywać się zbędnych rzeczy. Polscy fachowcy znają te kalendarze. Stare kuchenki, lodówki, rowery, telewizory, meble ładują do aut i wiozą do Polski. Wystarczy drobna kosmetyka, czasem prosta naprawa i można szukać klienta.

Takie miasteczka jak dolnośląski Milicz czy słynna wielkopolska wieś Czacz żyją z wyjazdów na wystawki. Wytworzyły się nawet specjalizacje związane z rodzajami zbieranego towaru. Są firmy handlujące informacjami, gdzie i kiedy organizowane są wystawki. W maleńkim Czaczu niemal wszystkie pomieszczenia - stodoły, strychy, szklarnie - zamieniono w hurtownie wyszperanych przedmiotów. Nic dziwnego, że Czacz zyskał nazwę Doliny Rupieci.

Urokowi używanego sprzętu nie oparło się nawet Wojsko Polskie. Nasza armia chętnie korzysta z uzbrojenia, którego pozbywają się inni. Mamy więc od niedawna dwie fregaty „Kościuszko” i „Pułaski”, które polska marynarka dostała w spadku po US Navy. Potem Norwegowie pozbywali się wysłużonych łodzi podwodnych klasy Kobben - nie przegapiliśmy takiej wystawki. Jak na swój wiek (ponad 40 lat) jednostki trzymają się ponoć całkiem nieźle. W podobnym wieku i kondycji są też Herculesy, wielkie samoloty transportowe, które przejmujemy od Amerykanów, bo brakuje nam dużych maszyn do wożenia żołnierzy.

Jeśli chodzi o sprzęt mechaniczny, to nie ma jak pojazdy niemieckie. Kiedy Bundeswehra pozbywała się czołgów Leopard, skorzystaliśmy z okazji. Tak w 2002 r. dorobiliśmy się brygady pancernej wyposażonej w 128 Leopardów (plus pojazdy towarzyszące). To też była trochę taka wystawka. Niemcy je nam podarowali, a maszyny były w dobrym stanie. Musimy tylko dorabiać do nich amunicję. Nabraliśmy więc ochoty na następne. Wybuchła jednak awantura, bo za kolejne trzeba było już płacić, więc polska zbrojeniówka zaprotestowała, twierdząc, że kupowanie używanych maszyn na Zachodzie to zamach na polski sprzęt, a szczególnie na Twardego - czołg oparty na radzieckiej konstrukcji, produkowany przez Bumar-Łabędy.

- To był nieuzasadniony zarzut, bo od początku było wiadomo, że MON nie zakłada powiększania zespołu czołgów Twardy. Zanim wszystko wyjaśniono, Leopardy kupił ktoś inny. Niemieckie maszyny były i są szansą także dla polskiego przemysłu. Szkoda, że MON nie wdrożył jeszcze programu ich remontów i modernizacji w krajowych zakładach - uważa Andrzej Kiński, ekspert w dziedzinie techniki wojskowej. Jego zdaniem wyposażanie armii w sprzęt z drugiej ręki nie jest niczym szczególnym. Tak robi wiele armii na świecie. Nie oznacza to też zamachu na rodzimy przemysł obronny. - Oczekiwanie, że polska armia będzie kupować wszystko, co wyprodukuje zbrojeniówka, jest mrzonką. Przemysł szuka zbyt łatwego wytłumaczenia swoich kłopotów - uważa ekspert.

Różnie można tłumaczyć to nasze upodobanie do rzeczy używanych, a najłatwiej historią. W czasach PRL wszystko, co pochodziło z Zachodu, nieważne, nowe czy używane, budziło pożądanie i było przedmiotem dumy właściciela. Ta fascynacja nam została. Potem socjologią: jesteśmy społeczeństwem na dorobku i nasze aspiracje konsumpcyjne są często większe od możliwości ich zaspokojenia. Szukamy więc najtańszych rozwiązań. Kupowanie rzeczy używanych wydaje nam się taką tańszą opcją, choć w praktyce różnie bywa. Wreszcie psychologią: jest wśród nas spora grupa łowców okazji, czyli takich, którym satysfakcję daje nie tylko sam zakup, ale poczucie zrobienia dobrego interesu. Kurtka za 10 zł z lumpeksu, nawet jeśli jej nigdy nie założymy, zaspokaja takie łowieckie potrzeby.

Trochę jak w żarcie o tym, co to jest promocja: kiedy kupujesz za pół ceny coś, czego byś normalnie nie wziął za darmo.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj