Deficyt już nie taki zły?
Jeśli 52 mld zł nowego długu to rzeczywiste plany rządu, trzeba naprawdę zacząć się bać.

Oczywiście na użytek polityki zmienianie poglądów to rzecz częsta, jednak w tym przypadku rząd Donalda Tuska chyba przesadził. Oto jeszcze kilka miesięcy temu minister Jacek Rostowski słusznie przekonywał nas, że Polska to nie Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone, która mogą (na razie!) bezkarnie się zadłużać. Dla nas na międzynarodowych rynkach finansowych obowiązują inne reguły, a im więcej obligacji wyemitujemy, tym na gorszych warunkach je sprzedamy. Deficyt co prawda trzeba było zwiększyć, ale tylko do 28 mld zł. Za ten rozsądek chwaleni byliśmy nie tylko przez ekspertów, ale także przez rynki - złoty zaczął się umacniać, Polska udowodniła, że nie należy łączyć jej z zadłużonymi po uszy Węgrami i pogrążającymi się w otchłani Bałtami, a w fachowej zachodniej prasie pojawiła się seria artykułów chwalących nasz kraj. Nie trzeba chyba dodawać, że to ostatnie nie zdarza się zbyt często.

A teraz nagle dowiadujemy się, że gigantyczny deficyt, jeszcze w 2009 r. nie do przyjęcia, już rok później nie zagrozi stabilności państwa. Minister Rostowski nawet zapewnia, że nie powinniśmy przekroczyć ostrożnościowej granicy 55 proc. długu publicznego, choć na pewno niebezpiecznie się do niej zbliżymy. Czy Polska stała się przez te kilka miesięcy gospodarczą potęgą, mogącą się bezkarnie zadłużać bez fatalnych konsekwencji dla złotego i naszej wiarygodności? Nie, po prostu rząd w wyborczym roku nie chce już dalej ciąć wydatków ani podwyższać podatków.

Nie ma usprawiedliwienia dla takiego deficytu, bo nas po prostu na niego nie stać. A rząd skrzętnie przemilcza fakt, że to i tak tylko część nowych długów, bo przecież trzeba doliczyć jeszcze choćby kredyty samorządów. A to oznacza, że deficyt w przyszłym roku, liczony według standardów Unii Europejskiej, nie wyniesie 3,8 proc. PKB, ale zdecydowanie więcej. I nie chodzi już nawet o wywrócenie do góry nogami planów przyjęcia euro. Deficyt w rozsądnych granicach to po prostu polska racja stanu. Czy naprawdę przykład węgierski niczego nie nauczył naszych polityków?

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj