W jakiej kondycji są europejskie banki
Stres przed stress testem
Czy europejskie banki to tykająca bomba? Jest takie podejrzenie. Wkrótce dowiemy się prawdy.
Poprawa ogólnej kondycji europejskiego systemu bankowego leży w naszym interesie.
Marek Sobczak/Polityka

Poprawa ogólnej kondycji europejskiego systemu bankowego leży w naszym interesie.

Wiedza jest dzisiaj równie cenna jak pieniądze. Wzięcie kredytu, założenie lokaty, inwestycja w akcje może okazać się sukcesem albo porażką zależnie od tego, czy będziemy rozumieli mechanizmy rządzące światem ekonomii. Na naszą sytuację duży wpływ mają i decyzje podejmowane przez polskich polityków, i wydarzenia na drugim końcu świata. Kolejny Edukator Ekonomiczny przygotowany we współpracy z Narodowym Bankiem Polskim pomoże zrozumieć mechanizmy światowej gospodarki i ułatwi poruszanie się w skomplikowanym świecie nowoczesnej bankowości.

O tym, że Europa radzi sobie z globalnym kryzysem finansowym gorzej od USA, mówi się od lat. Do tej pory krytyka dotyczyła jednak głównie zadłużenia rządów. Dziś coraz częściej zaczynamy się na nowo przyglądać prywatnym bankom.

Odpowiedzialny za stabilność systemu bankowego Europejski Bank Centralny (EBC) właśnie pochyla się nad problemem i zarządza operację testowania odporności poszczególnych banków na kryzys. A tygodnik „The Economist” całą tę sprawę nazywa próbą czyszczenia stajni Augiasza.

W sytuacji systemu bankowego w USA i w Europie istnieje wspólny mianownik. Wszystkie kłopoty mają korzenie w przedkryzysowym wzroście zadłużenia sektora prywatnego i w dramatycznym pogorszeniu jakości portfela aktywów bankowych (wzrostu ryzyka, że duża część kredytów może nie być spłacona). Problemy te wyszły na jaw w momencie, kiedy 5 lat temu upadł bank Lehman Brothers, odsłaniając potężne słabości sektora finansowego po obu stronach Atlantyku. Przed masowymi bankructwami i pełnym wyschnięciem kredytu dla gospodarki uratowała go jedynie bezprecedensowa akcja banków centralnych i rządów, poprawiająca doraźnie bilanse banków przez pożyczki, zastrzyki kapitału i programy odkupywania złych aktywów.

Od tego momentu sytuacja sektora bankowego po obu stronach Atlantyku rozwijała się inaczej. Amerykański system bankowy w 2008 r. był w stanie przedzawałowym. Ale potem – wsparty pomocą rządu – szybko stanął na nogi. Banki spisały na straty nieściągalne długi, posprzedawały na rynku – za najlepszą możliwą cenę – prawa do aktywów o wątpliwej jakości, pozostałych kredytobiorców docisnęły, wymuszając maksymalne spłaty zadłużenia. W ten sposób sektor bankowy w USA odbudował swoją wiarygodność, poprawił jakość aktywów, wygenerował na nowo zyski i w znacznej mierze spłacił zaciągnięte u rządu pożyczki. Kuracja poszła chyba dobrze, bo dzisiaj zaczyna zachowywać się aż nazbyt zdrowo, buntując się przeciw wielu rządowym regulacjom (np. próbom kontroli skali premii dla zarządów).

Sytuacja systemu bankowego w Europie wygląda gorzej. W 2008 r. również europejscy bankowcy przerazili się finansowej katastrofy i zwrócili o pomoc do swoich rządów. Niekiedy sięgnęła ona gigantycznych rozmiarów, co najlepiej widać na przykładzie Irlandii: banki uratowano, w związku z czym na skraju bankructwa znalazło się irlandzkie państwo, które musiało dramatycznie się zadłużyć. Problem polega bowiem na tym, że udział banków w rynku finansowym Europy jest znacznie większy niż w USA (tam z kolei większą rolę odgrywają instytucje niebankowe). Banki europejskie są więc w stosunku do państw, z których pochodzą, prawdziwymi gigantami – bank ING ma aktywa dwukrotnie większe od PKB Holandii, aktywa hiszpańskiego Santandera i brytyjskiego HSBC są równe wielkości gospodarek ich krajów, cztery największe banki Francji mają w swoich bilansach dwuipółkrotnie więcej aktywów, niż wynosi PKB tego kraju.

Dla obecnych ocen ważniejsze jest to, co stało się po 2008 r. W odróżnieniu od Amerykanów Europejczycy nie zdołali skutecznie przeprowadzić sanacji swoich banków. Jeśli więc Amerykanie martwią się dzisiaj o to, czy skutkiem wielkiego wysiłku na rzecz zmniejszenia zadłużenia gospodarstw domowych rynek nieruchomości nie będzie przez wiele lat w stagnacji albo czy banki nie zaczną powtarzać błędów, które doprowadziły do obecnego kryzysu – przed Europejczykami stoją wciąż znacznie bardziej kłopotliwe pytania o stabilność finansową państw i banków.

Toksyczne aktywa

Na to, że europejskie banki są w gorszej sytuacji, złożyło się kilka przyczyn.

Po pierwsze, niesłychanie trudna sytuacja finansów publicznych krajów Południa wpędziła je w ciężką recesję, a całą Europę w stan stagnacji. A w warunkach spadających dochodów bardzo trudno jest spłacać raty i odsetki od nadmiernych długów. Konsekwencją stało się więc to, że góra długów nie spada, a jakość portfela aktywów bankowych nie poprawia się.

Po drugie, europejskim bankom znacznie trudniej dokonywać naprawy portfela aktywów narzędziami rynkowymi. Sprawności działania rynków finansowych strefa euro może tylko Amerykanom zazdrościć – tam znacznie łatwiej odsprzedać chętnym do podjęcia ryzyka inwestorom nawet trudne do wyceny i ryzykowne aktywa. Wszystko to powodowało, że europejskie banki znacznie mniej chętnie przyznawały się do wątpliwości co do jakości swojego portfela aktywów i mniej skutecznie pozbywały się aktywów przynoszących straty.

Do tego dochodził problem trzeci – związany z udziałem obligacji rządowych w portfelach bankowych aktywów. Obligacje traktowane są z definicji jako aktywa bezpieczne. O ile jednak nie ma wątpliwości co do obligacji USA czy Niemiec, gorzej sprawa ma się z obligacjami Włoch czy Hiszpanii (nie mówiąc już o Grecji!). Europejskim bankom bardzo trudno jednak przyznać się do tego, że spora część ich „bezpiecznych” inwestycji – to potencjalne toksyczne aktywa.

Najważniejsza jest jednak różnica czwarta. W Waszyngtonie od razu było wiadomo, kto odpowiada za stabilność systemu bankowego, co powinien zrobić – i do czego ma prawo zmusić banki. W Europie odpowiedzialność była od początku rozmyta. Czy jest to odpowiedzialność wspólna, w ramach której Niemcy powinni ratować banki hiszpańskie tak jak własne? Czy w interesie Madrytu jest pokazanie prawdziwej sytuacji hiszpańskich banków po to, by skłonić je do radykalnych działań? Czy też za wszelką cenę powinien tego unikać, aby przypadkiem kapitał nie uciekł za granicę, pozostawiając rząd hiszpański w obliczu konieczności ratowania swoich banków za wszelką cenę, z ryzykiem groźby bankructwa całego państwa? I jaki mandat do działania mają wspólne instytucje strefy euro i Unii, a zwłaszcza EBC? Główna różnica w sytuacji sektora bankowego USA i strefy euro wynika dziś z jednej przyczyny: Amerykanie działali, Europejczycy się kłócili.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj