Kasa w komórce
Płatności przez telefon to na razie technologiczna nowinka, jednak wiele firm już widzi tu świetny interes. I próbuje przekonać do nich Polaków.
Polityka

Z ocen ekspertów wynika, że w 2020 r. transakcje rozliczane za pomocą telefonów mogą być warte nawet 140 mld zł.
Marek Sobczak/Polityka

Z ocen ekspertów wynika, że w 2020 r. transakcje rozliczane za pomocą telefonów mogą być warte nawet 140 mld zł.

Dziś każda z firm realizujących mobilne płatności utrzymuje, że właśnie wprowadziła najlepsze, najbardziej innowacyjne rozwiązanie. Jednak żaden standard płacenia komórką nie stał się na tyle popularny, żeby Polacy przy kasach masowo zaczęli korzystać z milionów swoich smartfonów. Z badań ankietowych wynika, że tylko ok. 5 proc. klientów płaci telefonem za zakupy, mimo że już ponad ¼ używa na co dzień nowoczesnych aparatów telefonicznych.

Z ocen ekspertów wynika jednak, że w 2020 r. transakcje rozliczane za pomocą telefonów mogą być warte nawet 140 mld zł. Interesy uczestników tej gry są jednak po części rozbieżne. Organizacje płatnicze chciałyby komórkę zintegrować z kartą. Z kolei większość banków ma nadzieję, że dzięki możliwościom oferowanym przez smartfony zaczną wreszcie działać bez pośredników, takich jak Visa czy MasterCard. Swój udział w przyszłych zyskach chcą mieć także operatorzy telekomunikacyjni. Szansę dla siebie widzi wreszcie wiele małych, innowacyjnych spółek, które marzą, żeby na płatnościach mobilnych zbić fortunę. A jakie mamy już teraz możliwości wyboru?

Telefon kartowy

Jedną jest technologia określana jako NFC (ang. skrót od komunikacja bliskiego zasięgu). Na jej powodzeniu zależy przede wszystkim organizacjom Visa i MasterCard, które chcą ze smartfona uczynić odpowiednik karty zbliżeniowej. NFC pozwala używać komórki tak samo jak karty Visa payWave albo MasterCard PayPass, czyli przykładać ją do terminalu w sklepie. Jednak mimo kilku lat testów ten model płacenia telefonem nie odniósł wielkiego sukcesu. Zapewne dlatego, że jest technologicznie… zbyt zaawansowany. W tym przypadku nie wystarczy dowolny smartfon. Tylko najnowsze modele, i to zazwyczaj te droższe, są wyposażone w technologię NFC. Poza tym trzeba wymienić dotychczasową kartę SIM na nową, która będzie zawierała specjalny moduł płatności zbliżeniowych.

Jedynie dwie sieci komórkowe w Polsce, T-Mobile i Orange, wydają na razie klientom takie zmodyfikowane karty SIM. Zainteresowanie NFC pozostaje u nas niewielkie, tym bardziej że tylko kilka banków zaczęło promować tę technologię. Najbardziej aktywny – mBank – informuje, że spośród jego klientów z usług NFC (w ramach T-Mobile, jak i Orange) skorzystało dotąd ok. 110 tys. osób. Dla porównania liczba rachunków osobistych w tym banku przekracza 2,6 mln.

Jednak NFC nie można jeszcze spisywać na straty, tym bardziej że siłą tego systemu jest duża liczba miejsc realizujących takie płatności. Należą do nich wszystkie terminale akceptujące zbliżeniówki, czyli już ponad 130 tys. punktów w całej Polsce. Zwolennicy NFC mają nadzieję, że wkrótce zarówno aparaty z odpowiednimi modułami, jak i nowoczesne karty SIM staną się standardem, więc znikną przeszkody technologiczne. Konkurenci starają się jednak zachęcić do płacenia telefonem w inny sposób, bez pośrednictwa organizacji kartowych.

To właśnie po to odrębne systemy płatności mobilnych uruchomiły w tym roku dwa największe banki działające w Polsce. Najpierw ruszył IKO stworzony przez PKO BP, a potem PeoPay promowany przez Pekao SA. Zasada ich działania jest podobna, a różnice dotyczą przede wszystkim sieci akceptacji. PKO BP ma pod tym względem przewagę, bo IKO można używać aż w 60 tys. terminali należących do spółki eService, do niedawna kontrolowanej przez PKO BP. Jednak ostatnio to PeoPay odniosło spory sukces, bo zawarło umowę z właścicielem największej w Polsce sieci dyskontów Biedronka. Co ciekawe, portugalski gigant tradycyjnych kart płatniczych nadal nie przyjmuje, ale za to przekonał się do płatności mobilnych dzięki niskim prowizjom pobieranym za tę usługę bezpośrednio przez banki.

Zarówno IKO, jak i PeoPay pozwalają klientom swoich banków połączyć aplikację bezpośrednio z kontem osobistym. Nie potrzeba zatem wprowadzać do telefonu danych żadnej karty debetowej czy kredytowej. Podczas płacenia należy po prostu wpisać ustawiony wcześniej w aplikacji PIN, a potem podać kasjerowi specjalny kod odczytany z ekranu smartfona. Cała operacja powinna trwać nie dłużej niż w przypadku płatności kartą. Zysk dla banków jest oczywisty – całą prowizję zatrzymują dla siebie i nie muszą się nią dzielić z Visą czy MasterCard, jak w przypadku użytkowania standardowych kart. Z IKO i PeoPay mogą też korzystać osoby nieposiadające konta w PKO BP czy Pekao SA. Jednak wówczas aplikacji nie uda się połączyć z rachunkiem osobistym. Trzeba utworzyć i zasilać osobno wydzielone konto, co jest już znacznie mniej wygodne.

Trwają jednak prace nad podobnym rozwiązaniem obejmującym więcej banków. PKO BP negocjuje z pięcioma innymi, dużymi instytucjami finansowymi, chcąc na bazie IKO zbudować mechanizm o roboczej nazwie IKO+.

Krajowa Izba Rozliczeniowa będzie pełnić funkcję rozliczeniową dla takiego systemu – mówi Anna Olszewska, rzeczniczka Izby. To ważne, bo KIR zarządza w tej chwili powszechnie sto­sowanym systemem przelewów Elixir. Jej opieka nad nowym projektem mogłaby doprowadzić do przełomu. Dałaby też poszerzonemu IKO szansę zajęcia pozycji lidera na rynku płatności mobilnych, choć do tego jeszcze daleka droga.

Do tej pory aplikację IKO zainstalowało na swojej komórce ponad 85 tys. osób, które wykonały łącznie 190 tys. transakcji – mówi Karolina Tomczak z biura prasowego PKO BP. To ciągle niewiele, bo ten bank obsługuje przecież ponad 6 mln kont osobistych. Również PeoPay znajduje się w początkowej fazie rozwoju. – Aplikacja PeoPay została pobrana ponad 25 tys. razy. Można jej używać w 38 tys. miejsc w całej Polsce – tłumaczy Tomasz Bogusławski z Pekao SA.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj