szukaj
Jak czytać badania opinii publicznej
W szponach sondaży
W rodzimej publicystyce modne stało się pojęcie demokracji sondażowej. Czy wyniki ankiet odzwierciedlają głos opinii publicznej? A może to sondaże same kreują społeczną rzeczywistość i tym samym manipulują nią? Może istnieją lepsze rozwiązania pozwalające ujawnić się głosowi ludu?
secretlondon123/Flickr CC by SA

Pytanie: czym jest demokracja? – jest równie stare jak rozważania nad istotą reprezentacji politycznej. W czasach nowożytnych chodzi zresztą nie tyle o to, kto nas reprezentuje, ile jak to robi?

Kwestię tę rozstrzygano rozmaicie. Wydaje się, że najważniejsze konsekwencje praktyczne ma rozróżnienie dokonane przez Edmunda Burke’a w 1774 r., gdy w Bristolu, przemawiając do swojego elektoratu, zaproponował dwa modelowe typy relacji przedstawicielskiej: delegacyjny i powierniczy. Ten pierwszy polega na realizacji woli swych wyborców przez wybranego w demokratycznych wyborach przedstawiciela, natomiast drugi – na realizacji ich interesów. W tym pierwszym pełni on rolę swoistego pasa transmisyjnego; nieco przesadzając można powiedzieć, że przedstawiciel realizuje zachcianki wyborców, jakiekolwiek by one były. W tym drugim pełni rolę oświeconego powiernika, który znając krótkoterminowe preferencje elektoratu dba także o jego rzeczywiste, czyli długofalowe interesy.

Oto więc mamy kluczowy dylemat, który powraca także przy okazji niepokojów związanych z demokracją sondażową: ludzie – także gdy zabierają się za uprawianie polityki – są kłębkiem sprzeczności, a ich opinie i preferencje bywają często odmienne od ich rzeczywistych interesów. Co jest ważniejsze? Okazuje się, że z dylematem tym bardzo słabo radzą sobie (zarówno w teorii, jak i w praktyce) także sami badacze.

Różne opinie publiczne

Kontrowersja ta powraca w innej jeszcze formie wtedy, gdy próbuje się określić coś, co wydaje się łatwe do opisania: czym mianowicie jest opinia publiczna? Klasyk problematyki Walter Lippman widział w niej te opinie ludzi, które ujawniają się bez niczyjej ingerencji czy zachęty. Wiele innych definicji zbliża się, podobnie jak czyni to Lippman, do traktowania opinii publicznej jako swoistego społecznego bezpiecznika czy czujnika reagującego na niepożądany stan społeczny. Zapalenie się owego czujnika oznacza, że osiągnęliśmy stan sprzeczny z wartościami znaczącej liczby ludzi, którzy uważają, że coś z tym wszystkim należy zrobić. I, zazwyczaj, ludzie podejmują rozmaite działania już to nagłaśniając sprawę w mediach, już to organizując ruchy i inicjatywy społeczne.

Jednakże istnieją inne jeszcze próby uchwycenia fenomenu. Gordon Allport już w 1937 r. zwracał uwagę, że opinię publiczną można przyrównać do nabierającego mocy strumienia: chodzi o takie połączenie indywidualnych opinii w strumień zbiorowych preferencji, by te mogły wpływać na grupowe i narodowe decyzje polityczne. Najciekawiej – moim zdaniem – zdefiniował opinię publiczną w latach 60. amerykański politolog V.O. Key Jr, mówiąc, iż to ta część prywatnych opinii obywateli, którą rząd uznaje za stosowne rozpatrywać, a dobitniej – rozważnie jest, by ich nie pomijał. Inaczej mówiąc: między masami i elitami trwa nieustanny przetarg, a opinia publiczna to obszar ciągłych negocjacji i wrzenia.

Te dylematy sprowadzające się do pytań: co mówią ludzie?, czy myślą to, co mówią? oraz czy naprawdę chcą tego, o czym mówią? – powracają z nową siłą, gdy opinię publiczną skojarzymy z wyspecjalizowanymi instytucjami badania tejże opinii.

Niektórzy, a jest to niemała grupa purystów, powiadają, iż to, co produkują dziś ośrodki badania zbiorowej opinii, nie jest w żadnym razie opinią publiczną rozumianą klasycznie. Sondaże bowiem nie są pogłębioną analizą zjawisk, które – wróćmy raz jeszcze do Lippmana – ujawniają się bez ingerencji zewnętrznej. Sondaże są natomiast zaprogramowanym przemysłem kreowania i odtwarzania opinii i postaw ludzi w kwestiach, które nierzadko są im całkiem obojętne. Ale właśnie poprzez częste odpytywanie społeczeństwa i prezentacje wyników w mediach można nawet z najbłahszego sondażu uczynić temat czołówek gazet.

Społeczeństwo, czyli kłopot

Nie ulega bowiem wątpliwości, że w XX w. prawdziwą opinię publiczną zastąpiły i zdetronizowały wyniki badań, ba, często myśli się, że opinia publiczna i sondaż to jedno i to samo. W takich razach nigdy dość ostrzeżeń. Zagrożenia wynikające z zastępowania oddolnej opinii publicznej i konstruowania tejże za pomocą wyspecjalizowanych agend jest oczywiste. Takie praktyki są groźne zwłaszcza w społeczeństwach niedemokratycznych, tam gdzie infrastruktura społeczeństwa obywatelskiego jest słaba, kanał przekazu komunikatów między społeczeństwem i władzą nieefektywny, a dialog między nimi – pozorny.

Co nie znaczy, by imperialne zapędy ośrodków opinii publicznej należało demonizować. Podstawową zaletą wyników sondaży w stosunku do innych źródeł wiedzy o nas samych jest ich naukowość, a co za tym idzie – domniemany obiektywizm. Powiada się mianowicie, iż inne instytucje publiczne – związki zawodowe, kościoły, stowarzyszenia, grupy interesu – prezentują wizję społeczeństwa i preferencje tegoż w sposób partykularny, uwzględniający tylko część opinii. W odróżnieniu od nich badania sondażowe są reprezentatywne dla całości dorosłej ludności danego społeczeństwa. To ważne dla nas samych, dla naszej wiedzy o tym, co myślą nasi współobywatele, a także dla polityków pragnących wsłuchiwać się w głos ludu.

Jak dotąd brzmi to dobrze. Od wielu dziesięcioleci jesteśmy jednak świadomi poważnych problemów związanych z ową reprezentatywnością. Po pierwsze – dobranie poprawnie wylosowanej próby ze społeczeństwa tak, by reprezentowała jego lustrzane odbicie, nie jest – w świecie idealnym (tzn. nieograniczonych środków na badania, świeżych danych ze spisu powszechnego) czymś technicznie trudnym. Między ideałem i realiami jest jednak przepaść.

Po drugie – prawie nigdy w badaniach nie udaje się zrealizować zamierzonego celu, a więc przeprowadzić wywiadów z tak dobraną próbą. Problem w tym, że ci, z którymi nie udaje nam się porozmawiać, wypadają z próby nie przypadkiem, lecz dlatego, że mają konkretne cechy. Dotyczy to często ludzi względnie młodych, wykształconych i aktywnych zawodowo. Takich, których trudno zastać w domu, którzy mają mało czasu. Nie trzeba dużej wyobraźni, by przewidzieć, jak pominięcie tej grupy może zniekształcić najbardziej nawet szlachetne w intencjach badanie. Aby ową rafę sondażową ominąć, próby poddawane są tzw. ważeniu; polega to na tym, iż niejako sztucznie (czy, jak kto woli: hipotetycznie) dodaje się trochę osób z owych niedoreprezentowanych grup. A kłopotów podobnych jest znacznie więcej.

Po trzecie – badanie opinii publicznej jest skażone dominacją myślenia socjologicznego, a więc takiego, które zakłada, że próba ma być reprezentatywna dla całego społeczeństwa. Jednak spojrzenie politologa może być inne: interesuje go najczęściej wspólnota polityczna (zbiorowość ludzi aktywnie uczestniczących w wyborach), a tworzy ją w Polsce mniej więcej połowa społeczeństwa. Zatem dla politologa ważniejsza może być reprezentatywność owej aktywnej połowy aniżeli całości.

W dyskusjach wokół demokracji sondażowej zawarta jest obawa (jedna z wielu), że oto politycy neurotycznie i nadmiernie reagują na preferencje wyborców. W istocie nie jest to obawa błaha. Wybitni politycy – a na wyłowieniu takich nam zależy – winni bowiem kierować się własnymi wizjami i pozyskiwać elektorat do ich urzeczywistniania. Nie mogą kierować się krótkotrwałymi i zmiennymi nastrojami ludzi. Z drugiej jednak strony, w reakcji polityków na preferencje wyborców odnajdujemy element fundamentalnie ważny – elity mają obowiązek wsłuchiwać się w to, czego oczekują od nich obywatele. Problem polega na tym, że politycy – przynajmniej polscy – wykazują nadreaktywność (niekiedy przechodzącą w histerię) w kwestiach dotyczących ich oceny, zaufania do nich i popularności ich partii. Nie widać natomiast, by ci sami politycy równie rzutko i ochoczo reagowali na propozycje merytoryczne. Na proponowane przez ludzi rozwiązania kwestii socjalnych, ekonomicznych, podatkowych czy dotyczących polityki zagranicznej.

Dyktatura ankieterów

W ten sposób zatoczyliśmy koło i powróciliśmy do sprawy fundamentalnej. Czy politycy powinni, kierując się wizją demokracji jako realizacji woli ludu, podejmować decyzje polityczne zgodne z preferencjami większości obywateli, czy też nie?

Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Jeśli bowiem opinia dotyczy spraw lokalnych lub innych, w których obywatele posiadają merytoryczne minimum – poziom wiedzy pozwalający uznać ich za kompetentnych doradców – nie widać zasadnych powodów, by politycy nie kierowali się wskazaniami obywateli. Jednak
w większości spraw współczesnego skomplikowanego świata obywatele nie są kompetentni albo – ostrożniej – niektórzy z nich są, a niektórzy nie. I jak tu teraz zidentyfikować tych znających się na rzeczy? Jak zatem w tej sytuacji traktować wyniki badań opinii publicznej i określać ich wpływ na formułowanie polityki i podejmowanych decyzji dotyczących wszystkich obywateli? W jakim stopniu, w jakich sprawach i w jakich okolicznościach rządzący powinni uwzględniać opinię publiczną w kierowaniu państwem? Czy zawsze politycy powinni kierować się opinią większości? Co czynić, jeśli co prawda większość opowiada się za jakimś rozwiązaniem, ale mniejszość – dla której dana kwestia jest niewspółmiernie ważniejsza, np. dotyczy tożsamości jej członków – inaczej widzi dany problem?

Podpowiedzi można szukać w pracach, które w ostatnich dwóch latach ukazały się w Stanach Zjednoczonych, kraju, który od dziesięcioleci dominuje w naukowej refleksji na temat opinii publicznej. Te nowe dokonania nawiązywały do dwóch ważnych stwierdzeń, które zrobiły sporą karierę.

Pierwsze pochodzi z 1996 r. i jest autorstwa Sidneya Verby’ego. „Badania sondażowe dostarczają – powiada on – dokładnie to, co demokracja winna zapewniać – równą reprezentację wszystkich obywateli. Sondaże oparte na próbach reprezentatywnych są krystalicznie egalitarne, są tak zaprojektowane, że każdy obywatel ma równą szansę, by w nich partycypować i równy głos, gdy zdecyduje się w nich aktywnie uczestniczyć”. W myśl słów Verby’ego sondaże kompensują (lub mogą kompensować) nierówny wpływ na politykę wynikający z niepełnego udziału w rzeczywistym życiu politycznym.

Druga myśl to główne przesłanie książki Page’a i Shapiro z 1992 r., którzy ukuli pojęcie kolektywnej racjonalności opinii. Terminem tym nazwali zbiorczy wyraz preferencji, które – w odróżnieniu od preferencji jednostkowych – cechuje trwałość, sensowność i racjonalność. Dzieje się tak dlatego, zapewniali autorzy, że istnieje model zbiorowej racjonalności: opinie ludzi źle poinformowanych lub nieposiadających odpowiedniej wiedzy politycznej są losowo rozproszone wśród odpowiedzi merytorycznych. Z kolei opinie ludzi poinformowanych i zainteresowanych polityką mają tendencję do kumulacji i wyraźnego zarysowania opcji dominującej.

Tezę Verby’ego można wzmocnić jeszcze poprzez wskazanie na fakt, że wyniki wyborów – zwłaszcza w systemach wielopartyjnych, gdzie ludzie dokonują różnych kalkulacji odnośnie partnerów koalicyjnych swych partii, głosują taktycznie etc. – trudno zinterpretować. Za czym, tak naprawdę, obywatele się opowiedzieli? Nie wiadomo, które konkretnie aspekty programów partyjnych brali pod uwagę: politykę zagraniczną, stosunek do aborcji, podatki? Ale tę samą tezę można osłabić wskazując, że część ludzi właśnie dlatego nie chodzi na wybory, iż ogląda systematycznie słupki poparcia partii i konkretnych rozwiązań politycznych w telewizji, a więc uważa sprawę za załatwioną.

Natomiast powszechnie zaakceptowana na początku lat 90. teza Page’a i Shapiro została ostatnio poważnie zakwestionowana. Wykazano bowiem dobitnie, że nawet jeśli wszystkie elementy gwarantujące poprawność badania są spełnione, to oczekiwania wspomnianych autorów się nie sprawdzają, a często nawet jest odwrotnie: to właśnie opinie osób politycznie niedoinformowanych – przez uproszczenia, jakich dokonują – mają tendencję do kumulacji. Wynika to ze sposobu, w jaki traktujemy odpowiedzi „trudno mi powiedzieć” i „nie mam zdania”. Problemu by nie było, gdyby owa niewiedza polityczna była równomiernie rozłożona w strukturze społecznej, tak jednak nie jest. W USA osoby posiadające większą wiedzę o polityce to biali, mężczyźni, w wieku średnim, żonaci. Także osoby zamieszkujące miasta oraz wschodnie i zachodnie wybrzeża USA. Tak więc nawet w najlepiej dobranej próbie zbiorowe opinie wyrażane w badaniach są niereprezentatywne, gdyż część ludzi po prostu nie wyraża swych preferencji.

Nie mniej istotny problem wynika z tego, iż osoby lepiej wykształcone, o wyższym statusie społeczno-ekonomicznym nie tylko częściej wyrażają swe poglądy w sondażach. Potrafią też formułować swe opinie w formie preferencji, które lepiej odzwierciedlają ich rzeczywiste interesy niż ludzie ubodzy o niskim statusie.

Wnikliwi badacze opinii publicznej zza Oceanu zadali sobie zatem trud ustalenia, jak wyglądałyby preferencje społeczne, gdyby świat był bardziej idealny. Otóż gdyby wszystkie grupy społeczne miały podobny poziom wiedzy politycznej i równie chętnie udzielały merytorycznych odpowiedzi na pytania dotyczące własnych preferencji, to ? owych odtworzonych zbiorczych opinii miałaby nie tylko inną, lecz wręcz odwrotną wymowę – różniłyby się kierunkiem w stosunku do opinii rzeczywiście wyrażonych. To dość istotna różnica, zwłaszcza gdy dotyczy spraw istotnych.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj