szukaj
Eros w spadku po buntownikach
Wolność w łóżku i wolność w ogóle
Według neokonserwatystów wielka rewolucja seksualna lat 60. była z piekła rodem: spowodowała AIDS, zalew pornografii, molestowanie seksualne, gwałt w rodzinie i zalegalizowała związki homoseksualistów. Ale i lewicowi liberałowie nie mają już dawnej pewności, że wyzwolona erotyka zbliża ludzi do szczęśliwości. Czyżby więc i ta rewolucja miała się okazać oszustwem?
Joe Mabel/Wikipedia

Kilka lat temu Daniel Cohn-Bendit, ikona francuskiego maja 1968 r., został oskarżony o pedofilię. Wyciągnięto jego książkę z 1975 r., w której opisywał swe doświadczenia z alternatywnego przedszkola, gdzie będąc wychowawcą dość bezceremonialnie poczynał sobie z seksualnością powierzonych mu dzieci. Oskarżenie było frontalne: swoboda seksualna generacji ’68 była oszustwem, przykrywką zboczeń! W obronie czerwonego Dany’ego natychmiast jednak wystąpiły – dorosłe już – dzieci, których sprawa dotyczyła, jak i ich rodzice.

Bilans rewolucji obyczajowej, której symbolem jest pokolenie Dany`ego, okazuje się kłopotliwy zarówno dla lewicy jak i prawicy, twierdzi irańsko-niemiecka publicystka Mariam Lau w swej krytycznej analizie „Nowe fronty seksu. O losie pewnej rewolucji” (Die neuen Sexfronten. Vom Schicksal einer Revolution). Przy całym pomstowaniu na dzisiejsze wyuzdanie wszyscy wiedzą, że nie może być powrotu do lat 50.: nie da się kobiet zagonić do garów, hotelarzom zakazać wynajmownia pokoju parom niebędącym małżonkami, a cudzołożników i homoseksualistów zamknąć w więzieniach. To jasna strona tamtej rewolucji.

A ciemna? Według Mariam Lau był nią fałszywy teoretyczny fundament rewolty młodzieżowej, nieudane łączenie Marksa i Freuda, traktowanie seksu jako politycznej strefy frontowej w wojnie o Nowego Człowieka, wolnego od faszystoidalnych struktur społecznych i rodzinnych, dławiących naturalne popędy.

Pionierzy robią pigułkę i seksualne gadżety

Pokolenie ’68 nie odkryło Ameryki. Już w XIX w. ruch socjalistyczny wypisał na swych sztandarach hasła emancypacji kobiet, domagając się prawnego zatarcia różnic płci, na co konserwatyści odpowiadali odwołaniem się do praw natury i odmienności wiecznej kobiecości. Odkrycie psychoanalizy przez Freuda nie rozwiązało problemu, ale pozwoliło zajrzeć w otchłań popędów i podświadomości kobiety i mężczyzny. Rzeźnia pierwszej wojny światowej zdyskredytowała patriarchalny porządek. Miliony kobiet zastąpiło mężczyzn przy taśmach produkcyjnych. Miliony wdów samotnie wychowywało dzieci. Po wojnie nowy wzorzec kobiety – chłopczycy, wampa, seksualnie rozbudzonej i pewnej siebie – wtargnął do kultury masowej. To samo powtórzyło się po drugiej wojnie światowej – jeszcze gwałtowniej. Rzeczywiste zachowania dawno przestały odpowiadać tradycyjnym wyobrażeniom. Jednak przełom w świadomości następował powoli i z oporami.

 

Niemal w tym samym czasie, gdy w Paryżu Simone de Beauvoir w sążnistym manifeście nowego feminizmu – „Drugiej płci” (1949 r.) napisała rewolucyjne zdanie, że nikt nie rodzi się kobietą, bo kobiecość nie jest kwestią biologii, lecz ról społecznych, Alfred Kinsey – purytański entomolog o ukrytych skłonnościach homoseksualnych – opublikował osiemsetstronicowy „Raport o seksualnych zachowaniach mężczyzny” (1948 r.). Wynikało z niego, że 92 proc. Amerykanów się onanizuje (choć to uchodziło za szkodliwe dla zdrowia), że 35 proc. zdradza współmałżonka (choć teoretycznie zdrada małżeńska była karana więzieniem) i że 53 proc. Amerykanów miało doświadczenia homoerotyczne (za które również groziło więzienie). Socjologowie potraktowali jego raport nieufnie, niemniej rozszedł się w 200 tys. egzemplarzy, a sam Kinsey wylądował na okładce „Time’a” (w 1990 r. Judith Reisman i Edward Eichel w książce „Kinsey – seks i oszustwo” podważyli wiele wniosków zawartych w jego raportach jako niewiarygodnych z naukowego punktu widzenia, co nie zmienia faktu, że raporty Kinsey’a gruntownie zmieniły amerykańskie podejście do seksu).

Niczym chłopiec z bajki Andersena, Kinsey powiedział Amerykanom, że król jest nagi – zdrożne jakoby praktyki są czymś powszechnym. Wniosek był wyraźny, a przede wszystkim – oczekiwany: między standardami moralnymi a praktyką jest przepaść, cywilizacja jest wrogiem seksualności, osacza, dyscyplinuje, przemilcza. Gdyby społeczeństwo bardziej się otworzyło, to wszyscy uprawialiby seks bez poczucia winy: wcześniej, dłużej i z większą satysfakcją.

Jeśli Kinsey był Leninem rewolucji seksualnej, to za jej Trockiego należałoby uznać innego konserwatystę – katolickiego profesora ginekologii na uniwersytecie Harvarda, Johna Rocka. W 1960 r. amerykańskie ministerstwo zdrowia zaakceptowało jego pigułkę sterującą cyklem miesiączkowym kobiety. Rock był pewien, że jest ona całkowicie zgodna z nauką Kościoła. Skoro Pius XII zezwolił na stosowanie tej pigułki w celach leczniczych, to dlaczego nie można by skorzystać z niej dla wydłużenia okresu bezpłodnego? Jednak w encyklice „Humanae vitae” (1968 r.) Paweł VI pigułkę potępił. Jej wynalazcę usunięto z uczelni, zdyskredytowano i obcięto mu emeryturę do 75 dol. miesięcznie.

Po Kinseyu i pigułce nastała cała plejada popularyzatorów i producentów akcesoriów małżeńskich. I to oni, a nie marksistowscy teoretycy dokonali rzeczywistej rewolucji w mieszczańskich sypialniach. W Republice Federalnej promotorką wyzwolenia seksualnego stała się Beate Uhse.

W III Rzeszy Beate była pilotem doświadczalnym. Jej – obecne dziś i w Polsce – imperium sex-shopów powstało przypadkowo. Po wojnie przy samogonie doradzała sąsiadkom, których mężowie wracali z niewoli, jak stosować (zabronione w III Rzeszy) metody zapobiegania ciąży. Napisała wtedy na maszynie ulotkę, w której znalazło się rewolucyjne zdanie: „Naszym obowiązkiem jest wyraźne oddzielenie zaspokojenia popędu seksualnego od rodzenia...”.

Runęły zamówienia. W 1951 r. Uhse otworzyła dom wysyłkowy z kremami, kroplami miłosnymi i pierwszymi zdjęciami pornograficznymi. Od książki o seksie grupowym zdystansowała się na wszelki wypadek pisząc, że zdjęcia są obrzydliwe. Gdy jej zarzucano, że uzależnia miłość od techniki, odpowiadała: „Owszem, ale lepiej mieć protezę, niż wcale nie mieć zębów”.

Gdy wybuchła rewolta młodzieżowa hippisów z hasłem: Make love not war i sekskomunami, rzeczywista rewolucja seksualna dawno już była w toku. Tyle że lewicowi ideolodzy, odwołując się do Marksa, Mao Zedonga i Herberta Marcuse, nie uważali za swych sojuszników Kinsey’a, Beaty Uhse czy Oswalda Kolle – kierownika działu kultury prawicowej bulwarówki „Bild”. Jego filmy: „Twoja żona – istota nieznana”, „Czym jest pornografia”, „Techniki miłości fizycznej”, przyciągnęły 50 mln widzów. Zrewoltowani studenci traktowali ich jako groźnych przeciwników, którzy w imię wolności i przyjemności jedynie stabilizowali kapitalistyczne struktury społeczne.

Rewolucja oddolna nie wymagała specjalnej ideologii. Mimo protestów Kościoła w toaletach publicznych pojawiły się automaty z prezerwatywami. Pigułka stała się powszechnie dostępna, a na ulicach minispódniczka zadawała kłam geometrycznej zasadzie, że dwie równoległe nie stykają się ze sobą. W Kassel na wielkiej wystawie sztuki „Documenta” trymfalnie sterczał 85-metrowy fallus. „St. Pauli Nachchrichten” zachęcały na pierwszej stronie: „Bądźcie na sobie mili” i publikowały informacje o nowoczesnych burdelach nazywanych teraz Eros-Center. Nagość atakowała, dosłownie. Na uniwersytecie frankfurckim lewicowy filozof Theodor W. Adorno skompromitował się, bo zareagował gniewem, gdy studentki przed wykładem odsłoniły piersi.

 

Komunardzi szukają raju na Ziemi

Zrewoltowane pokolenie ’68 korzystało z powszechnej liberalizacji obyczajów, ale odwołało się do zupełnie innej ideologii. Herbert Marcuse i Wilhelm Reich okazali się politycznymi mentorami rewolucji seksualnej. Odczyty Marcusego przyciągały tłumy. Ten siedemdziesięciolatek reprezentował wszystko, o czym marzyli studenci. Jako żydowski emigrant nie miał nic wspólnego z nazistowskimi biografiami ich rodziców, a zarazem wojskowym tonem udzielał politycznych wskazówek, jak stworzyć Nowego Człowieka – łącząc walkę polityczną z wyzwoleniem seksualnym. To pod jego wpływem zaczęto mówić o froncie seksualnym.

 

Ideałem Marcusego była wielka jedność form życia, „regresja”, w której indywidualne konflikty między mężczyznami i kobietami rozpłynęłyby się w ciepełku solidarnego kolektywu. Jego książka „Eros i cywilizacja” była szeroko zakrojoną próbą przezwyciężania tez Freuda, który twierdził, że nie ma cywilizacji bez represjonowania popędu. Nie, odpowiadał Marcuse, istnieje wprawdzie pewna marża represji niezbędnej dla zachowania gatunku, ale większość to ucisk dodatkowy, służący jedynie określonej władzy historycznej. W kulturze, która nie jest chora, eros może być siłą wyzwalającą i jednoczącą. Możliwy jest raj na Ziemi.

Drugim kultowym autorem rewolty seksualnej pokolenia ’68 był Wilhelm Reich, twórca dziwacznej, wręcz okultystycznej teorii panseksualizmu. Reich w dzieciństwie doniósł ojcu o romansie matki, po czym matka napiła się lizolu i umarła, a ojciec po pewnym czasie rzucił się do lodowatej rzeki i zmarł na zapalenie płuc. Ta katastrofa napiętnowała Reicha na całe życie. Z jednej strony wychwalał seksualną ekstazę matki, z drugiej – wpadał w depresje i szaleństwo ojca. Stworzył Związek Proletariackiej Polityki Seksualnej SexPol. Przed 1933 r. słuchali go z wypiekami na twarzy zarówno młodzi komuniści jak i członkowie Hitlerjugend. Po przejęciu władzy przez Hitlera wyjechał z Niemiec i stał się tragicznym dziwakiem. Zmarł w 1957 r. w amerykańskim więzieniu, bo w czasach McCarthy`ego prokuratura dobrała się do tego byłego bolszewika-terapeuty, który głosił teorię orgonu (orgastycznej energii napędzającej świat człowieka), swych pacjentów zamykał w szafach, by tam osiągali kosmiczny orgazm, i twierdził, że orgazmami potrafi leczyć raka.

Jego „Psychologia tłumu w faszyzmie”, wnikliwa psychoanaliza niemieckiej patriarchalnej rodziny mieszczańskiej jako jądra faszystowskich zachowań, była książką kultową w zachodnioberlińskiej Komunie 1. Ta komuna zaś – laboratorium tworzenia Nowego Człowieka w nowym kolektywie – dla mediów stała się, obok demonstracji ulicznych i walk z policją, jednym z głównych przejawów niemieckiej rewolty młodzieżowej. Jej członkowie: Dieter Kunzelmann, Rainer Langhans, Uschi Obermeier i reszta, stali się wzorami hedonizmu, niemiecką repliką Johna Lennona i Yoko Ono.

Gdy 22 maja 1967 r. w Brukseli opozycja przeciwko wojnie w Wietnamie podpaliła dom towarowy i w pożarze zginęło 300 osób, Komuna 1 wydała ulotkę: „Płonący dom towarowy z płonącymi ludźmi po raz pierwszy pokazał w wielkim europejskim mieście to trzaskające odczucie Wietnamu (być przy tym i samemu płonąć), którego nam, w Berlinie, na razie jeszcze brakuje...”. Blisko stąd już do terroryzmu – środowisko późniejszej Grupy Baader-Meinhof rzeczywiście na obrzeżach stykało się ze środowiskiem Komuny 1 – ale w istocie więcej tu było egomanii i błazenady niż polityki.

Komunardzi uciekli od obnażonej i obrażonej przez Reicha rodziny i... zamknęli się w usankcjonowanym przez Marcusego raju dziecięcym. Oskarżano ich o pornografię, rozpasanie seksualne i bluźnierstwo. W odpowiedzi na nagłówek springerowskiej „Bild-Zeitung”: „Horrorkomuna: oni wciąż zmieniają partnerów”, K1 opublikowała słynne już dla powojennej niemieckiej kultury masowej zdjęcie: siedmioro dorosłych i dziecko, stoją nago pod ścianą z podniesionymi rękoma, niczym przed egzekucją. Co to było: utożsamienie się z ofiarami ojców czy kpina?

Słynne wówczas zdanie Kunzelmanna: „Co mnie obchodzi wojna w Wietnamie, skoro ja mam kłopoty z orgazmem”, było więcej niż cytatem z „I can’t get no satisfaction” Rolling Stonesów. Ujawniło prosty fakt, że w demonstracjach młodzieży chodziło nie tyle o Wietnam, co o rozładowanie głębszych frustracji. Dzięki Marcusemu i Reichowi Komuna 1 odkryła seks jako problem i widowisko zarazem, i w ten sposób stała się prekursorem dzisiejszych Love Parade i „Big Brothera”.

Byli awangardą. Zachowywali się jak dzieci i w prowokujący sposób zwracali uwagę na seksualność dzieci. Nazywali je czerwonymi panterami, bo były dzikie, pelne potencji seksualnej i piękna. To był ten ich wymarzony Nowy Człowiek. W tzw. dziecięcych sklepach-żłobkach i przedszkolach tworzonych w opuszczonych pomieszczeniach sklepowych realizowano nauki Marcusego. Wzorem miały być izraelskie kibuce, „Poemat pedagogiczny” Makarenki, a także opowieść Anny Freud z sierocińca dla dzieci z Teresina. Te dzieci nie miały zabawek, żyły w grupie, ignorowały dorosłych, ale dla siebie nawzajem były czułe. Każde się onanizowało, drapało aż do krwi, ale Anna Freud wyraźnie pisała: „Nie były zaniedbane, poszkodowane czy psychotyczne. Znalazły inną możliwość wyżycia swego libido, to pomogło im uporać się z lękami”. Upiorna, prowokacyjna wizja: żydowskie sieroty z kacetu jako ideał wychowania dla niemieckich komunardów 1968 r., a neurotyczne zachowania – wzorcem wyzwolenia.

To, co dziś byłoby uznane za pedofilię, trzydzieści lat temu traktowano jako słuszne odblokowanie popędów. Komuna 2, która powstała z rozpadu Komuny 1, dokładnie je opisała w broszurze „Próba rewolucjonizacji jednostki mieszczańskiej”. W K2 było dwoje dzieci: Nessim (3 lata) i Grisza (4). Nie miały zabawek i nie opowiadano im bajek. Nikt się nimi nie zajmował na stałe, za to wszyscy na zmianę. W imię naturalności postanowiono reaktywować fazę analną, więc Nessim znów zaczął się moczyć. Akceptacja dziecięcego seksualizmu oznaczała nie tylko tolerowanie onanii, zachęcano je też, by się nawzajem głaskały. Notowano, wzorem Anny Freud, że się przy tym śmieją. Cieszono się, że stary Freud się pomylił, bo u Griszy nie zauważono żadnej zazdrości o penisa. W broszurze dokładnie opisano, jak Eberhard pokazał Griszy swoją erekcję, po czym tłumaczył, co jest do czego. Czterolatka najpierw się zainteresowała, potem znudziła. Po publikacji raportu komuna została gwałtownie zaatakowana, choć nie padło słowo pedofilia. Komunardzi uznali atak za narzędzie kampanii antydemokratycznej, stwierdzili, że „nie da się pogodzić natury i społeczeństwa”. I to było wszystko. Po dyletancku badano seksualność dzieci, nie dając sobie rady z własną.

Komunardzi byli awangardą, a za nimi posuwała się cała falanga. W tym samym czasie poważna „Die Zeit” opublikowała raport o dziecięcym seksualizmie pod tytułem: „Zabawy w doktora”. Autor twierdził, że trzy-, sześciolatki we wspólnej zabawie przezwyciężają tabu dorosłych. Dziś taki raport byłby potępiony jako podglądactwo i ukryta pedofilia. W 1970 r. Günther Amendt w swym „Froncie seksu” zachęcał dorosłych do pobudzania seksualności dziecka. Powoływano się na plemiona indiańskie, w których matki w czasie karmienia głaszczą penisy chłopców. Wniosek był prosty, życie seksualne służy przyjemności, a nie rozmnażaniu. Protokóły Komuny 2 Mariam Lau odczytuje dziś jako kult dziecka, łączący marzenia Jakuba Rousseau z chrześcijańskim motywem dziecka jako Zbawiciela. Dzieci to jeszcze Natura, a ich naturalna seksualność miała stworzyć lepsze społeczeństwo.

Nie stworzyła. Komuny rozpadały się jedna po drugiej, ale pozostawiły istniejący w Niemczech po dziś dzień wzorzec wspólnot mieszkalnych, wieloosobowych grup wynajmujących mieszkania. A także – jak stwierdził w latach 80. znany socjolog Ulrich Beck – chaos miłości, dominację samotnych i niską rozrodczość niemieckich kobiet. Mariam Lau obwinia o to „bunt przeciwko rodzinie, denuncjację ojca, zaprzeczenie różnicom płciowym i pokoleniowym oraz mistyfikację i upolitycznienie sfery seksualnej” przez pokolenie ’68. A raczej przez towarzyszącą mu drugą falę feminizmu, która uznała seks za męską przemoc.

 

Feministki jako forpoczta kontrrewolucji

Gdy Komuna 2 jeszcze pieściła naturę dziecka, radykalne feministki za metaforę seksu uznały nie wyzwolenie popędów, lecz gwałt. Gwałtem było zarówno wymuszanie świadczeń seksualnych jak i pornografia, molestowanie, a nawet przymus mizdrzenia się do mężczyzn. „Siostry! Nie bierzcie udziału w tych idiotycznych konkursach piękności!” – głosił w 1968 r. amerykański ruch wyzwolenia kobiet. Woman’s Lib spalił publicznie papiloty, biustonosze, sztuczne rzęsy, lokówki, peruki i pisma kobiece, a na kobietę roku wybrał owcę. Potem pojawiła się „Polityka seksualna” Kate Millet i niekończąca się debata na temat kobiecego orgazmu. Waginalny nie istnieje, to tylko męski wymysł dla męskiej wygody, wołały dogmatyczki. Istnieje tylko klitoralny, a ten kobiecie jest w stanie dać tylko kobieta! Po politycznej i obyczajowej erupcji paryskiego maja ’68 tę ideologiczną pochwałę lesbijstwa francuskie feministki sprowadziły do chwytliwego hasła: „Hétéro c’est Collabo”, kto jest heteroseksualistą, ten jest kolaborantem systemu, z wyraźną dla Francuzów aluzją – kolaborantem faszystów, jak ci z Vichy.

 

Z Francji ten bunt przerzucił się do Niemiec: „Kobiety, pamiętajcie, żeński heteroseksualizm jest uleczalny”, głosiła feministyczna ulotka. Tu już nie chodziło o wyzwolenie, ale o odmowę. Nie o żaden powrót do matriarchatu, lecz o uwolnienie kobiety od dyskryminacji społecznej i biologicznej – od menstruacji, ciąży. A Alice Schwarzer, do dziś sztandarowa feministka niemiecka, w swym bestsellerze „Mała różnica i wielkie konsekwencje” (1975 r.) zrównała seks z gwałtem, a miłość z narzędziem poniżenia i wyzysku kobiet, natomiast ich sytuację społeczną z sytuacją Żydów w III Rzeszy.

Eskalacja trwała. Wrogiem był mężczyzna jako taki. Pod koniec lat 70. ukazała się książka Louise Armstrong „Pocałuj tatusia na dobranoc”, której autorka twierdziła, że kazirodztwo zdarza się nie w co setnej, lecz w co trzeciej rodzinie. Stąd już blisko do tezy, że wszystkie kobiety są ofiarami molestowania w rodzinie, a która tego nie pamięta, to się jej pomoże. Powstała sytuacja komfortowa, ponieważ każda była w dzieciństwie ofiarą, więc od żadnej nie można oczekiwać, że zechce uszczęśliwić mężczyznę. Alice Schwarzer piętnuje macierzyństwo jako biologiczne zniewolenie. I co z tego wyszło? Nic, cierpko stwierdza Lau.

W ten sposób radykalny feminizm stał się forpocztą kontrrewolucji seksualnej, tak jak dziś oskarżenia o pedofilię idą w parze z ponownym blokowaniem dziecięcego seksualizmu. A upolitycznienie sfery prywatnej przez feminizm zakończyło beztroską fazę rewolucji seksualnej. Powstaje wrażenie, jak gdyby formalne równouprawnienie największe lęki wzbudziło wśród kobiet, które najwięcej na nim wygrały. Gdy ani Kościół, ani przymus ekonomiczny, ani nacisk kast socjalnych nie narzucają norm jednostce czy parze, gdy rodzina nie jest już podstawową komórką społeczeństwa, gdy motywacje do zawierania małżeństw coraz bardziej maleją – to trzeba się odnaleźć całkiem na nowo.

Zmiany kulturowej postaci miłości pokazują ten smutek swobody: O ile małżeństwo z miłości było w oświeceniu ideałem, a w romantyzmie – paradoksem, to po rewolucji seksualnej jest problemem, twierdzi filozof Niklas Luhmann. W coraz bardziej skomplikowanym świecie człowiek potrzebuje budzącego zaufania bliskiego, intymnego otoczenia, drugiego człowieka. Ale jego znalezienie staje się tym mniej możliwe, im bardziej jesteśmy doświadczeni.

Rewolucja seksualna zapętliła się. Upowszechniła wyobrażenie, że stosunki seksualne są alfą i omegą egzystencji człowieka, a zarazem je „przezwyciężyła” – zbanalizowała, utechniczniła i uczyniła produktem rynku, na którym seks jest niezobowiązującą i coraz bardziej nudną zabawą. Seks jest zarazem demonizowany i trywializowany; wszędzie i nigdzie.

Na szczęście – kończy swą książkę Mariam Lau – większość ludzi nie bardzo przejmuje się tymi deprymującymi opowieściami. Ankiety przeprowadzone wśród studentów dowodzą, że seks jest dziś o wiele mniej obciążony ideologicznie. Co sprawia, że rozbieżność między poglądami i praktyką dziś niemal nie istnieje. W sumie, nowa formuła seksualności zwyciężyła na całym froncie. Młodzi ludzie podejmują swe decyzje w tych sprawach z mniejszym lękiem, bardziej świadomie i solidarnie, niż to robiły poprzednie pokolenia.

Nie jest to najgorszy wynik dla rewolucji. Można by wręcz mówić o powstaniu Nowego Człowieka, ale z dala od tych dziwacznych teorii, które rewolucję seksualną napędzały.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj