Najgroźniejsze idee współczesnego świata
Trefne myśli
Wpływowe amerykańskie czasopismo "The Foreign Policy" poprosiło znakomitych autorów, by wskazali najgroźniejsze idee początku XXI w. Pierwsze, co się rzuca w oczy czytelnikowi z naszym doświadczeniem historycznym, to brak w tym przeglądzie komunizmu. Wraz z upadkiem bloku sowieckiego i zmianami w Chinach ta idea trafiła już do lamusa historii. Snu z oczu zachodnim intelektualistom nie spędza też globalizm ani feminizm. Niepokój budzą idee, które dopiero się kształtują lub zaczynają szerzej oddziaływać. Oto niebezpieczna ósemka. Przedstawiamy ją bez komentarza. Czytelnicy zauważą zresztą, że niektóre wypowiedzi są polemiczne wobec siebie.
greencandy8888/Flickr CC by SA

Wojna ze złem

W dawnych wiekach wyznawcy manicheizmu wierzyli, że świat jest polem bitwy między siłami zła i dobra, światła i ciemności. Najsłynniejszym pogromcą tej doktryny był święty Augustyn, który przed przejściem na chrześcijaństwo sam był manichejczykiem. Tak energicznie zwalczał swą dawną wiarę, że odmówił złu realności i głosił, iż zło jest brakiem dobra, a nie jakimś samodzielnym bytem, tak jak ciemność jest po prostu brakiem światła.

Co to ma wspólnego z XXI w.? Robert Wright – autor bestselleru „NonZero. The Logic of Human Destiny” i współpracownik m.in. czasopisma „The Scientist” – twierdzi, że manichejskie rozumienie zła wraca do dzisiejszej polityki światowej za sprawą prezydenta USA.

George W. Bush, po atakach arabskich terrorystów 11 września 2001 r. na Amerykę, zaczął używać w politycznych przemówieniach języka purytańskiego kaznodziei z XIX w. Ogłosił wojnę z terrorem, przedstawiając ją jako wojnę ze złem. Napiętnował oś zła, zaliczając do niej Iran, Irak i Koreę Północną. „No i co z tego? – pisze Wright. – Czemu czuję się nieswojo, kiedy Bush mówi o złu? Bo jego idea zła jest niebezpieczna”. Autor zaznacza, że nie odrzuca etycznych kategorii dobra i zła – nie jest moralnym relatywistą. Chodzi mu o to, żeby nie przykładać do realnego świata miar wziętych z baśni dla dorosłych takich jak „Władca pierścieni”.

W świecie realnym przyjęcie idei zła absolutnego, którego siły działają na rozkaz jednego demonicznego naczelnego wodza, może prowadzić do fatalnych skutków. Bo jaką wtedy kierować się strategią działania? Współczesny terroryzm ma różne oblicza, wyrasta z różnych przyczyn, dąży do różnych celów. Część terrorystów chce zniszczyć Amerykę, ale innym zależy na utworzeniu narodowej niszy w Czeczenii czy na Filipinach. Jeśli rząd USA będzie traktował wszystkie grupy terrorystyczne jak tę samą siłę zła, przyczyni się tylko do konsolidacji frontu antyamerykańskiego.

Prezydent Reagan ukuł hasło imperium zła, ale zastosował je do faktycznie istniejącego bloku radzieckiego. Iran, Irak, Korea komunistyczna – po obaleniu reżimu Saddama Waszyngton wpisał na czarną listę w miejsce Iraku Syrię – każde z tych państw przedstawia sobą inny problem w polityce międzynarodowej. Ich przywódcy mogą różnie reagować na polityczne bodźce. Jeśli Ameryka wszystkich wrzuci do jednego worka z etykietą zło szatańskie, pozbawi się możliwości gry na różnych politycznych fortepianach: wszak z diabłem się nie paktuje. Darujmy sobie więc tę manichejską metafizykę zła – proponuje Wright – rzeczywistość wygląda inaczej niż książki i filmy, w których hobbity zmagają się z orkami.

 

Krucjata demokracji

„Wojny w Iraku i Afganistanie to przejaw dążeń do zmiany porządku światowego drogą tak zwanego szerzenia demokracji” – stawia diagnozę Eric Hobsbawm, sławny brytyjski historyk, autor wydanego u nas „Wieku skrajności”, sympatyk lewicy. Hobsbawm nie jest przeciwko demokracji. Sprzeciwia się tezie, że system demokratyczny w jego zachodnim rozumieniu można z powodzeniem zastosować w dowolnym miejscu globu.

Tę właśnie wiarę w demokratyczny uniwersalizm uważa Hobsbawm za niebezpieczne złudzenie. Podsyca ją globalizacja: „Skoro stacje benzynowe, ipody (cyfrowe odtwarzacze muzyki) i gry komputerowe są takie same na całym świecie, to czemu nie instytucje polityczne?”. Standaryzacji w technice nie należy jednak przenosić do świata instytucji politycznych – ostrzega Hobsbawm. Postawę dzisiejszych przywódców amerykańskich porównuje z czasami prezydenta Woodrowa Wilsona. Łączy ich retoryka mieszająca megalomanię i mesjanizm – model społeczeństwa amerykańskiego ma być wzorem do powszechnego naśladowania.

Pięknie – pisze brytyjski historyk – ale kłopot polega na tym, że do akcji krzewienia tego ideału wprzęga się machinę państwową, włącznie z armią. A logika działania i metody państwa nie są tożsame z logiką i metodami upowszechniania praw ludzkich. Państwa kierują się przede wszystkim swymi interesami, do czego rzadko się publicznie przyznają, zwłaszcza jeśli mają poczucie, że Bóg jest po ich stronie.

Krucjata demokracji nie powiedzie się – prognozuje Hobsbawm. Wiek XX wykazał, że państwa nie są w stanie przekształcić porządku światowego, przyspieszyć przemian historycznych ani wymusić zmian społecznych drogą eksportu swoich instytucji. Do skutecznego funkcjonowania demokracji potrzeba trzech rzeczy: wiarygodności państwa, konsensu etnicznego lub religijnego i możliwości mediacji między grupami społecznymi. Brak konsensu podważa poczucie suwerenności grup żyjących w tym samym państwie. Na tym tle doszło do kryzysu w Irlandii Północnej, do rozpadu Czechosłowacji i do wojny domowej na Sri Lance. Szerzenie demokracji w takich warunkach będzie zaostrzało istniejące konflikty etniczne i zwiększało ryzyko rozpadu.

A zresztą – dodaje Hobsbawm – czy demokracja wyborców (electoral democracy) rzeczywiście jest przedmiotem powszechnych marzeń? Coraz większa część życia publicznego toczy się przecież poza sferą, na którą mają wpływ wyborcy – w najróżniejszych instytucjach ponadnarodowych bądź prywatnych. Demokracja wyborców może funkcjonować skutecznie tylko w systemach politycznych typu państwa narodowego. Weźmy przykład Unii Europejskiej, która nie jest w stanie uporać się z problemem deficytu demokratycznego: owszem, działa, ale czerpie legitymizację z innych źródeł niż z mandatu wyborczego, choć przybywa jej państw członkowskich.

Do szerzenia demokracji nie zachęcają także okoliczności, w jakich podjęto decyzję o wojnie w Iraku w dwóch wielkich państwach demokratycznego Zachodu: USA i Wielkiej Brytanii. Zapadła w wąskich gremiach i w sposób niewiele różniący się od tego, jaki występuje w krajach uznawanych za niedemokratyczne.

Hobsbawm jest rzecznikiem demokracji, ale takiej, której filarami są przede wszystkim niezależność mediów i sądów oraz ochrona praw obywatelskich. Tak rozumianej demokracji faktycznie nie da się zainstalować za pomocą jednej wojny i jednych wyborów powszechnych. Trzeba ją budować mozolnie i latami.

 

Nienawiść do Ameryki

W dzień po atakach 11 września 2001 r. paryski dziennik „Le Monde” obwieścił: Teraz wszyscy jesteśmy Amerykanami – przypomina politolog Fareed Zakaria, szef międzynarodowych wydań „Newsweeka” – a trzy lata później wygląda na to, że teraz wszyscy jesteśmy antyamerykańscy. Prócz Izraela i Wielkiej Brytanii nie ma dziś chyba kraju z trwałą większością proamerykańską. Zakaria, autor ciekawej książki o współczesnych fasadowych demokracjach („The Future of Freedom. Illiberal Democracy At Home and Abroad”), tłumaczy ten dramatyczny zwrot w światowej opinii publicznej tym, że antyamerykanizm jest jedyną żywą ideologią w naszych postideologicznych czasach. Potężną i niebezpieczną.

Z hegemonią hipermocarstwa (określenie ukute we Francji jeszcze za prezydentury Billa Clintona) świat od dawna miał problem, ale – twierdzi Zakaria – „świat reagujący instynktowną niechęcią wobec USA będzie bardziej zagrożony wojną, mniej zdolny do współpracy, gorzej prosperujący, mniej otwarty i mniej stabilny”. Antyamerykanizm karmi się oczywiście polityką ekipy Busha, jej treścią i stylem. U początku pierwszej kadencji Busha aż 75 proc. Indonezyjczyków, najludniejszego państwa muzułmańskiego na Ziemi, deklarowało sympatię do Ameryki, dziś ponad 80 proc. obywateli Indonezji nastawiona jest wrogo do Wuja Sama. Krytyką Busha nie wyjaśni się jednak całego problemu. Dotykamy tu czegoś, co Zakaria nazywa „niezmiennym prawem historycznym”.

Chodzi o geometrię potęgi, czyli międzynarodową równowagę sił. Zawsze było tak, że mocarstwa – od Habsburgów i Francji Napoleona po Niemcy cesarza Wilhelma i kanclerza Hitlera – jednoczyły przeciwko sobie państwa, które czuły się zagrożone ich pozycją. USA przez ostatnie pół wieku dokładały starań, by reguła nie zadziałała w odniesieniu do Ameryki. Starania polegały głównie na tym, by nie demonstrować światu, że USA mogą w każdej chwili porzucić ograniczenia, jakie same sobie nałożyły. Dopiero ekipa Busha poszła na całego. Pokazała, jak ogromną przewagę mają Amerykanie nad resztą świata. I ta demonstracja siły wywołała w innych krajach irytację i niepokój.

Po drugie, antyamerykanizm ma się coraz lepiej, bo wypełnia próżnię ideologiczną po klęsce socjalizmu w konfrontacji z kapitalizmem. „Zwycięstwo kapitalizmu pozbawiło świat ideologii niezadowolenia, zespołu idei wyrażających krytykę zastanej rzeczywistości”. Kiedy rodziły się i umacniały kapitalizm i demokracja, atakowano je z dwóch flanek – komunistycznej i socjalistycznej oraz nacjonalistycznej i faszystowskiej. Dziś, gdy symbolem kapitalizmu i demokracji stały się USA – na dodatek demonstrujące swą potęgę światu – antyamerykanizm służy do krystalizacji własnej wizji ładu politycznego, kulturowego, społeczno-gospodarczego. Powiedz mi, co sądzisz o systemie USA, a powiem ci, kim jesteś. To dlatego kwestia amerykańska pojawia się w kampaniach wyborczych w krajach tak różnych jak Pakistan i Hiszpania, Niemcy i Kuwejt. Nacjonaliści w różnych krajach także gromadzą się pod hasłem antyamerykanizmu.

Ale wyobraźmy sobie przez chwilę świat bez USA w roli globalnego lidera – proponuje Zakaria. Kto zastąpiłby Amerykę i z jakim powodzeniem? Kto na przykład mógłby zmusić Libię do rezygnacji z terroryzmu i programu zbrojeń nuklearnych? „Przywództwo amerykańskie jest nieodzowne w takich sprawach, jak międzynarodowy terroryzm, światowy handel, walka z AIDS i proliferacją broni atomowej, pomoc humanitarna czy reforma ONZ”. I nie wynika z tego, że drogi Europy i Ameryki muszą się rozejść – ich cele w przeważającej większości spraw międzynarodowych są wciąż wspólne.

 

Nie ruszać ONZ

Zakaria wspomina o reformie ONZ, tymczasem w Organizacji zdaje się dominować przekonanie, że reforma, owszem, ale taka, żeby wszystko zostało po staremu. Choć Organizacji przewodzi dystyngowany i doświadczony Kofi Annan, od lat nie ma ona najlepszej prasy. Zmiany strukturalne idą opornie, pojawiają się doniesienia o korupcji i to sięgającej oenzetowskich dygnitarzy.

Jeszcze nie tak dawno amerykańska sekretarz stanu Madeleine Albright miała odwagę bronić ONZ; za czasów prezydenta Busha stosunki Waszyngtonu z Organizacją bardzo się popsuły, a przecież bez wsparcia politycznego i materialnego USA Narody Zjednoczone trudno sobie wyobrazić. Ten stan rzeczy musi niepokoić wszystkich, którzy w ONZ widzą skuteczne narzędzie współpracy międzynarodowej w skali prawdziwie globalnej.

A jednak – pisze Samantha Power z Uniwersytetu Harvarda – „60-letnia machina ONZ nigdy nie wydawała się tak źle przygotowana do swoich zadań, a wiarygodność Organizacji – tak niska”. Trzeba więc walczyć z ideą, że tak jak jest, jest dobrze – „niestety, ci, którzy mogliby zmienić ONZ, mają zarazem interes w hamowaniu reformy”. Stali członkowie Rady Bezpieczeństwa nie chcą zrezygnować z prawa weta, w głosowaniach Zgromadzenia Ogólnego głos mniejszych państw członkowskich liczy się tak samo jak mocarstw, a państwa Zachodu, które mają fundusze i wojsko, nie kwapią się z wzmocnieniem korpusu błękitnych hełmów.

Samantha Power nie należy do wrogów ONZ – nie podważa samej racji istnienia Organizacji, pamięta o jej zasługach w wielu dziedzinach. Ale podkreśla, że dziś prestiż ONZ zależy od skuteczności Rady Bezpieczeństwa, Komisji Praw Człowieka i misji pokojowych pod flagą Organizacji. Jakie są wyniki działania na tych trzech polach, taki jest wizerunek ONZ i jej wiarygodność. I na tych polach należy skoncentrować wysiłek reformatorski.

Nie do utrzymania jest obecna formuła Rady Bezpieczeństwa. Wśród stałych członków są Rosja i Chiny – gdzie dochodzi do masowego naruszania praw człowieka – oraz USA, które nie podpisały niektórych traktatów międzynarodowych w tej dziedzinie. Pięć państw – stałych członków Rady – reprezentuje dziś niespełna 30 proc. ludności świata, statusu tego nie mają natomiast Nigeria, Brazylia i Indie – największa demokracja na planecie. „Komisja Praw Człowieka zamieniła się w polityczną farsę – przedstawiciele dyktatur blokują w niej niewygodne dla nich rezolucje – a siły pokojowe ONZ są wysyłane tylko do takich rejonów konfliktów, gdzie nie są zagrożone ważne interesy Zachodu”. A i tak do służby łatwiej pozyskać wojsko z państw Trzeciego Świata, które nie zawsze sprawdza się w terenie, za to chętnie pobiera gotówkę i sprzęt. Takie misje pokojowe kosztują mniej, ale ich efekty są gorsze. „USA i inne państwa członkowskie mają taką ONZ, jakiej pragną i na jaką zasługują” – krzywi się autorka – najwyższy czas zacząć wybijać z głowy niektórym przywódcom, że takie Narody Zjednoczone dokuśtykają do końca XXI w.

 

Pieniądze są za darmo

„Fiskalna nieodpowiedzialność jest politycznie atrakcyjna. Oparcie polityki na wierze, że reguły fiskalnej roztropności nie stosują się do największej gospodarki świata, to idea skrajnie niebezpieczna” – twierdzi Alice Rivlin, była szefowa Biura Zarządzania i Budżetu za prezydentury Clintona i wiceprzewodnicząca rady nadzorczej centralnego banku USA.

Tymczasem rekordowy deficyt budżetowy USA zagraża zdrowiu ekonomicznemu Ameryki i świata. Politycy w Waszyngtonie wciąż ufają, że póki znajdują się nabywcy obligacji amerykańskiego ministerstwa skarbu, wszystko jest w porządku. W latach 80., za prezydentury Ronalda Reagana, sympatyzujący z nim ekonomiści przekonywali, że deficyt budżetowy państwa nie wpływa na wzrost stóp procentowych. Mylili się: aksjomat, że nie ma darmowych obiadów (ktoś musi za nie zapłacić), dał znać o sobie i zmusił do podwyżki podatków i cięcia wydatków. Teraz o tej lekcji znów zapomniano.

A realia są dziś ekonomicznie bardzo ryzykowne: pokolenie wyżu demograficznego zbliża się do emerytury, USA stały się największym w świecie dłużnikiem, a wierzycielami są w znacznym stopniu centralne banki azjatyckie. Co gorsza, nie ma dziś politycznej woli współpracy demokratów i republikanów na polu dyscypliny finansów publicznych. Ofiarą galopującego deficytu będą przede wszystkim sami Amerykanie, a spłata długu obarczy następne pokolenia, które obciąży także koszt utrzymania starzejącego się społeczeństwa. Słabość gospodarki amerykańskiej podetnie skrzydła globalnemu wzrostowi gospodarczemu. Ale może być jeszcze gorzej: inwestorzy stracą zaufanie do USA i kapitał zacznie uciekać do innych krajów, co osłabi dolara, wywoła podwyżkę oprocentowania i wzrost inflacji. „Takie tsunami w największej gospodarce świata zdezorganizowałoby rynki finansowe i zdewastowało kraje rozwijające się”.

 

Tolerancja Nietolerancji

Martha Nussbaum, filozof etyki i prawa z Uniwersytetu Chicago, ostrzega przed jedną z najstarszych idei ludzkości – nietolerancją religijną. Odżywa ona u początku XXI w. z niepokojącą siłą – od Indii, gdzie hinduiści atakują i zabijają muzułmanów, przez Europę, gdzie nasila się antysemityzm, po świat islamu, gdzie rośnie popularność fundamentalistów. Z kolei w USA coraz częściej stawia się znak równości między terroryzmem a islamem.

Nawet w nowoczesnych demokracjach zachodnich większy posłuch zyskuje przekonanie, że państwo powinno wymuszać na obywatelach „prawidłowe” nastawienie w dziedzinie religii. Odradzanie się takiego myślenia uważa Nussbaum za szalenie niebezpieczne dla społeczeństw liberalnych, ceniących sobie wolność jednostki i poszanowanie różnic w granicach prawa.

Skąd ten powrót do nietolerancji? We współczesnym świecie ludzie przerażeni tempem zmian i koniecznością ciągłego konfrontowania się z odmiennością etniczną i kulturową czepiają się znanej sobie religii. W niej szukają ostoi moralności i pociechy na metafizyczne lęki. Od innowierców oczekują podporządkowania się.

„Dobre prawo nie wystarczy do zaradzenia tym problemom emocjonalnym i społecznym – normy życia publicznego tracą moc bez wsparcia edukacyjnego i kulturowego” – przyznaje Nussbaum. Wiedział o tym Martin Luther King, czarny przywódca ruchu praw obywatelskich w USA, który starał się apelować do wyobraźni i emocji w obronie równości i wielości. Różnice etniczne, religijne, kulturowe czynił źródłem duchowego bogactwa. Myśliciele i przywódcy, którym drogie są idee wolności religijnej i równości obywateli wyznających różne religie, powinni zadbać o język i obrazy, jakimi się posługują publicznie. To także od nich zależy, którą wizję religii – tolerancyjną czy nietolerancyjną – przyjmuje społeczeństwo.

 

Podważanie wolnej woli

Prośba Nussbaum o więcej taktu w kwestii tolerancji zakłada nie tylko istnienie dobrej woli, lecz także woli wolnej. Wiara w istnienie wolnej woli to fundament ludzkiej kultury i cywilizacji, systemów etycznych i prawnych. Tymczasem – pisze Paul Davies, australijski filozof i astrobiolog – „współcześni naukowcy i filozofowie podpiłowują ten filar ładu społecznego i to jakby nie zastanawiając się, czym można by go zastąpić”. Starają się oni rozmontować wyobrażenia psychologiczne, według których nasze ja jest ośrodkiem poznania rzeczywistości i podejmowania decyzji. Na tym założeniu opiera się większość kodeksów karnych, kiedy każe inaczej osądzać zbrodnię w afekcie i zbrodnię popełnioną z zimną krwią. To zdroworozsądkowe podejście podważają niektórzy wpływowi badacze. Nie istnieje coś takiego jak wolna wola – głoszą – ludzkie decyzje są albo z góry zdeterminowane, ale całkowicie przypadkowe i arbitralne.

Do podważania wolnej woli, a więc i ludzkiej wolności, przyczynia się też, zdaniem Daviesa, współczesna genetyka. To geny kształtują nasze umysły i ciała. Jesteśmy robotami zaprogramowanymi do transmisji egoistycznych molekuł zwanych genami – twierdzi słynny biolog Richard Dawkins. W badaniach psychiki karierę robi memetyka, operująca pojęciem memu jako odpowiednikiem genu. Brytyjska psycholog Susan Blackmore twierdzi, że umysł ludzki jest zbiornicą owych memów, które dla własnych celów wytwarzają w nas fikcyjne poczucie jaźni. Przekazujemy sobie te memy niczym wirusy w procesie interakcji.

Davies uważa, że te idee są niebezpieczne dlatego, iż „istnieje duże ryzyko, że posłużą do usprawiedliwiania skrajnie liberalnego podejścia do przestępczości, konfliktów etnicznych, a nawet ludobójstwa”. A ludzie, którym wmawia się, że pojęcie wolnego wyboru to tylko mit, będą się biernie godzić na wszelkie ograniczenia czy nadużycia narzucane im przez system polityczny lub społeczny. Świat, w którym większość ludzi nie wierzy w wolną wolę, budzi przerażenie większe niż ten, w którym powstała eugenika.

Nie wiemy, jakie jeszcze odkrycia i ustalenia przyniesie dalszy rozwój współczesnej fizyki, genetyki, psychologii. Ale nawet gdyby miało się okazać, że wolna wola jest złudzeniem, należy je podtrzymywać, bo inaczej społeczeństwu grozi rozpad. Nauka podważa potoczne pojmowanie czasu, ale trudno sobie wyobrazić społeczeństwo, które odrzuca pojęcia przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Jak powiedział pisarz Isaac Bashevis Singer: Musimy wierzyć w wolną wolę – nie mamy wyboru.

 

Transhumanizm: wyzwolić się z ograniczeń biologii

Ton podobnego niepokoju przenika esej Francisa Fukuyamy, światowej sławy politologa amerykańskiego. To ostrzeżenie przed krucjatą głoszącą potrzebę wyzwolenia człowieka spod władzy procesu ewolucji. Orędownicy transhumanizmu mogą się dziś wydawać dziwaczną sektą pozbawioną znaczenia, jak wyznawcy UFO. Ale idea doskonalenia człowieka drogą przeróbek biotechnologicznych już dziś zyskuje popularność. Przecież wady i niedoskonałości naszego gatunku naprawdę dają się nam we znaki. Może warto popracować nad stworzeniem lepszego Adama – mądrzejszego, spokojniejszego, zdrowszego na ciele i duszy? Fukuyama tę właśnie racjonalność projektu transhumanistycznego uważa za część kryjącego się w nim niebezpieczeństwa.

Pierwszą ofiarą takich eksperymentów biotechnicznych padnie jego zdaniem idea równości – w sensie politycznym i prawnym. „Sednem transhumanizmu jest modyfikacja założenia, że każda istota ludzka ma wartość sama w sobie i dlatego przysługują jej takie same prawa jak wszystkim ludziom”. Jeśli zaczniemy przekształcać się w doskonalszy gatunek, co stanie się z ludźmi, którzy zostaną za burtą? I czy można majstrować przy tak skomplikowanym produkcie ewolucji, jakim jest człowiek, nie naruszając jego wewnętrznej równowagi? Fukuyama od „prometejskiej” idei transhumanizmu woli przesłanie ekologii: tak jak staramy się szanować nasze środowisko naturalne, z podobną pokorą traktujmy naturę człowieka.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj