Z życia sfer
Sprawa na inny telefon
Zatrzymanie przez policję gangstera Belmondziaka i ujawnienie niektórych szczegółów jego działalności uświadamia nam, że dzisiejsza zorganizowana przestępczość to świat szalenie skomplikowany technologicznie.

Okazało się, że aby skutecznie działać, Belmondziak potrzebował aż 72 telefonów komórkowych, z których 12 miał przy sobie, a pozostałych 60 w mieszkaniu, które wynajmował. Wygląda na to, że jeden Belmondziak używał większej liczby telefonów niż cała Rada Ministrów, co pokazuje, że w przestępczym świecie działają osoby nieprzeciętnie uzdolnione. Jeśli sprawy będą szły dalej w tym kierunku, kierowanie średniej wielkości gangiem może przerosnąć wkrótce możliwości jednego człowieka, co powinno być na rękę policji.

Wydaje się także, że ostatecznie minęły czasy, gdy gangami dowodziły agresywne osiłki, wymuszające posłuch poprzez wszczynanie bijatyk. Dzisiaj, zamiast bić się i strzelać, zawodowy mafioso musi przede wszystkim pamiętać, do czego służy każdy z 70 posiadanych przez niego aparatów i którą kartę SIM połknąć w pierwszej kolejności w razie aresztowania. Zresztą podczas bójki, mając 12 telefonów komórkowych w kieszeni, i tak od początku byłby na pozycji straconej.

Oczywiście naszpikowanemu komórkami gangsterowi trudniej zorientować się, w której kieszeni mu dzwoni, jest on mniej zwinny podczas ucieczek, poza tym aparaty strasznie wypychają mu kieszenie drogich garniturów, w wyniku czego może wyglądać z lekka wieśniacko. Mimo to wydaje się, że od telefonizacji i związanych z nią procesów nie ma odwrotu, i to nie tylko w działalności gangsterskiej, ale także w działaniach biznesowych, politycznych, a zwłaszcza na styku obu tych dziedzin. Gdyby poseł Chlebowski i jego rozmówcy z branży hazardowej korzystali nie z jednego, ale chociaż 30 telefonów, pewnie nie zostaliby nagrani i nie musieliby się spotykać na cmentarzu. Z kolei, gdyby minister Aleksander Grad dysponował 70 telefonami, byłby łatwiej dostępny dla potencjalnych inwestorów, chcących wziąć udział w przetargu na majątek polskich stoczni. Być może na któryś z tych aparatów w końcu dodzwoniłby się nawet przedstawiciel katarskiego kapitału (chociaż, z drugiej strony, nie można wykluczyć, że i tak byłaby to pomyłka).

Działalność przy użyciu jednego aparatu stała się anachronizmem i przejawem prowincjonalizmu. Biznesmen czy polityk czekający, aż taki aparat zadzwoni z jakąś poważną propozycją, może się nie doczekać, bo trudno wymagać, aby ktoś, kto ma do złożenia poważną propozycję, składał ją komuś, kto posiada tylko jeden telefon. Nie oszukujmy się, niektóre poważne interesy to nie są sprawy na jeden, dwa, pięć czy nawet dziesięć telefonów, ale – jak pokazuje przykład gangstera Belmondziaka – coraz częściej na kilkadziesiąt.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj