Rozmowa z Grzegorzem Lindenbergiem
Wróciłbym mądrzej
- Nie muszę codziennie rano dowiadywać się, co się dzieje. Większość to rzeczy kompletnie błahe, zwłaszcza to, co dzieje się w Polsce - współzałożyciel „Gazety Wyborczej”, twórca „Super Expressu” opowiada Joannie Podgórskiej o porankach bez gazet.
Leszek Zych/Polityka

Joanna Podgórska: – Cztery kilometry szutrówką, potem dwa przez las i jeszcze 600 m po wybojach, dom przy końcu drogi, za ostatnim słupem elektrycznym – to wskazówki, jak do pana trafić. Schował się pan na końcu świata.

Grzegorz Lindenberg: – Mieszkałem na Ursynowie, jeździłem do pracy na Wolę i zajmowało mi to godzinę. Uznałem, że równie dobrze mogę dojeżdżać godzinę z jakiegoś ładnego miejsca. Szukałem takiego, które byłoby zupełnym oderwaniem, zaprzeczeniem miasta, i znalazłem to. Wokół jest ogromna przestrzeń. Jeżeli jest prąd, a na ogół jest, nie ma problemu. Jest telefon, zasięg, szybki Internet, antena satelitarna.

A jest dystans w spojrzeniu na świat?

Jest jedna różnica. W Warszawie wychodziłem rano po bułki i „Wyborczą”. Myślałem, że tego mi będzie strasznie brakować, bo tu do sklepu jest parę kilometrów. Okazało się, że nie. Nie muszę codziennie rano dowiadywać się, co się dzieje. Większość to rzeczy kompletnie błahe, zwłaszcza to, co dzieje się w Polsce. Jak wycisnąć gazetę codzienną, niewiele zostaje. Mam Internet ustawiony na newsy ze świata, jeśli w Polsce stanie się coś ważnego, to tam będzie.

Szapołowska ma halluksy, zgwałcili faceta gałęzią, rolnik pobił Niemców, bo macali jego kozę. To teksty z „Super Expressu”.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną