Monar: historia pewnego blaszaka
Słońce moje, wytrwaj
Blaszak nazywa się tak: Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej Monar Ośrodek Wczesnej Rehabilitacji. Kotański, jak to on, załatwił go od miasta na jakiś czas. Blaszak stoi do dziś.
Wychowawca Marek Kowalski
Tadeusz Późniak/Polityka

Wychowawca Marek Kowalski

Wychowawczyni Małgorzata Dołkowska
Tadeusz Późniak/Polityka

Wychowawczyni Małgorzata Dołkowska

Przytulisko dla narkomanów, którzy nie chcieli się leczyć, żeby nie spali na klatkach schodowych i nie rozrzucali wszędzie zakażonych HIV igieł i strzykawek. Stoi na skwerku, dookoła ruchliwe warszawskie ulice – samotne bocianie gniazdo w mrowiu pędzących w różne strony samochodów.

18 lat temu, gdy byłam tu po raz pierwszy, rosły wysokie krzaki. Pod jednym z nich od tygodnia leżała w psychozie Anka. W oblepionych grzybicą nogach zalęgły się robaki. Za nic nie chciała wejść do środka. Sanitariusze z pogotowia powiedzieli, że nie wniosą. HIV budził jeszcze straszny lęk. Nie mogła już żebrać ani kraść, więc tylko błagała o centymetr kompotu. Anka dawno nie żyje. Nie ma też wysokich krzaków, skrócono je, żeby nie czaili się w nich handlarze. Handlarzy też nie ma. Dla nich to żaden rynek, te dwadzieścia parę osób. W mieście ponadto łatwiej się ukryć niż tu, na łysym pagórku, na widoku.

I kompotu już nie ma. W małych miejscowościach coś sobie może gotują, ale kompot wyparła brunatna heroina podgrzewana na folii. Starcza jej na krótko, bo dużo idzie w powietrze z dymem. Więc się ją rozpuszcza w wodzie, wystarczy zakwasić choćby cytryną. I w żyłę.

Asia, która nie miała już żył, nie żyje. Wbiła przy mnie igłę w szyję, trysnęła krew, oblewała mi sukienkę. Na nikim nie zrobiło to wrażenia.

Narkotyki preparują ludzi. Stają się niepełni, jałowi, jakby im coś odjęto. Wychowawca Marek Kowalski, który pracował tu również 18 lat temu, pamięta z lat późniejszych chłopaka, niegdyś sportowca. Od dawna stracił kontakt z ojcem. Ale więzi zaczęły się odnawiać. Ledwo ojciec wyszedł z odwiedzin w blaszaku, chłopakowi chlusnął z ust strumień krwi. Miał żółtaczkę wszczepienną typu C. Pękły mu żylaki w przełyku. Na to się często przy C ginie. Mieszkańcy chcieli do łazienki, zagradzał im drogę. Przestępowali nad umarłym jak nad zawalidrogą. Zero emocji. Ktoś inny umarł w łóżku, bez zawadzania. Wychowawca zobaczył, że już obszukany, już wywrócone na zewnątrz kieszenie.

Dla kogoś z boku to wyjałowienie jest najgorsze. Antoni ma 27 lat. Przyjechał do Warszawy pracować na budowie. Poczęstował go kolega. Spodobało mu się. Jest z tych, którzy szybko się uzależniają. Matka wyrzuciła i wymeldowała go z domu. Plusowy. Był w 14 ośrodkach. Uciekał z nich po kilku dniach. Już raz siedział 12 miesięcy za rozbój. Pobił chłopaka, zabrał pieniądze, był właśnie na głodzie. Ma twarz cherubina. Nie kradnie. Mówi, że zarabia roznosząc ulotki. Czy ma jakieś marzenie? Nie ma. Czy można mu pomóc? Nie. Czy wie, że ginie? Wie. Czy będzie się leczył? Nie wie.

Kto sępi

Amanda była ładna, ruda, jeszcze z zębami, niewysuszona, z zamożnej rodziny. Gotowali kompot z chłopakiem poza blaszakiem. Napisał do niej, gdy się odtruwała, list, który chciałaby dostać każda dziewczyna: „Słońce moje, wytrwaj, będziemy odtąd żyć jak ludzie bez strachu, bólu i rozpaczy. Jesteś już w połowie drogi do życia, wytrwaj, słońce moje, jedyna, jedyna, za tobą i ja pójdę na odtrucie, Boże, co za szczęście”. Nie wytrwała. Już po niej.

Miała wtedy tyle lat co dziś Kamil. Właśnie wrócił z miasta do blaszaka. Już wziął. Jest i go nie ma. To inna nieobecność niż po wódce – daleka, cicha i bezbronna. Marek Kowalski lubi blaszakowców. Kto nie lubi, nie wytrzyma. Pracują tu za takie pieniądze, że wstyd pisać, za ile. Czasem trzeba czekać na pensję dwa i trzy miesiące. Blaszak dostaje pieniądze z Ministerstwa Zdrowia za pośrednictwem NFZ.

Marek przed laty przeszedł sam kurację w ośrodku w Głoskowie. Brał parę ładnych lat. Kiedy wreszcie przestał, odrobił straty. Zdał maturę, skończył studia. Został terapeutą. Wyciągnął przyszłą żonę na prostą. Wyszła z narkomanii. Zdążył jeszcze pożyć. Żona też. Pracuje w poradni Monaru. Mają cudną wnuczkę.

Blaszakowcy są przeważnie po podstawowej albo zawodówce, już z nowej generacji narkomanów, która zaczyna wcześniej niż ci starsi i zrywa się ze szkół.

Kamil ma maturę i wykształcenie z bankowości. Ojciec prowadzi własną firmę. Zaczął od tramalu, to silny lek przeciwbólowy. Bardzo uszkadza wątrobę. Kamil czuje się po nim tak samo jak po heroinie. Zdarzyło mu się brać po 30 tabletek. Dostał padaczki polekowej. Kocha dziewczynę. Ona wprost przepada za ostrym seksem. Brał tramal, bo po nim zadowalał ją jak nikt. Dowiedziała się, że on bierze. Powiedziała, że na seks mogą się spotykać, ale stały związek nie wchodzi w rachubę.

Kamil sępi na dworcu. Już mało kto sępi. Żebracy z gangów takiego sępiarza bez zaplecza, słabego, chorego, rugują z terenu w moment. A i ludzie mało są chętni do dawania. Lecz Kamil mówi, że chodząc po dworcach, ciągle da się zarobić. Do kradzieży nie ma smykałki.

Gosia była blondyneczką z twarzą anioła, miała smykałkę do biżuterii. Nie była prostytutką. Teraz dziewczyny już się tak nie sprzedają jak kiedyś. Zresztą niezrzeszoną alfons natychmiast przepędzi z rewiru. Gosia wkładała elegancką garsonkę, piękne pantofle, wchodziła do jubilerów i wychodziła na przykład z pierścionkiem. Jej matka, posłanka na Sejm, jeździła za nią po Polsce, aż przestała. Gosia nie żyje. Ktoś mi mówił, że samobójstwo.

Gosia nie musiała aż tak wiele zarobić na swój kompot codzienny. Teraz są dopiero koszty. Jedna działka brązowej heroiny kosztuje 40 zł. Potrzebują każdego dnia dwóch, trzech, nawet pięciu. Nikt nie mówi – ukraść. Mówią – zarobić. Przeważnie w supermarketach, empikach. Trzeba znać sposoby: cała wiedza. Sposoby się zużywają, wymyślają nowe. Chowa się „powiedzmy” pod kurtkę czekolady, kosmetyki i co tam jeszcze chodliwego. Trzeba wyczuć kamerę, kiedy ona się odwraca. Uważać na ochronę. Do wózka włożyć coś zwyczajnego – chleb, mleko. Mówi się przy kasie, że tylko się skoczy do bankomatu, a wózek niech tu chwilę postoi. I w nogi z czekoladami. Jeszcze bramka, która brzęczy. To nie przeszkoda dla wprawnego. Paserzy na zewnątrz już czekają.

Prędzej czy później każdy wpada. Idą na policyjny dołek na 24 godziny albo po wyroku siedzieć, zależnie od wartości fantu, więc trzeba wiedzieć, za ile wziąć. Z więzienia wychodzą i zarabiają od nowa.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj