szukaj
Kawiarnia literacka
Oda do dresiary
Miło jest pisać o nobliwych kobietach, dzięki którym zmieniała się historia Warszawy.

Czcigodnie i poczciwie przywoływać bardziej lub mniej znane nazwiska, jednocześnie kokietując swoją elokwencją. Ale czymże byłoby moje miasto bez dresiar? Blachar, grzanek, tipsiar. Bez blondynek zbitych w grupkę i chichoczących pod nocnym. Bez fryzjerek siedzących na plastikowych krzesełkach przed salonem kosmetycznym i opalających sobie łydki. Jak wyglądałyby ulice i skwery bez ozdobionych brylancikami paznokci, nierzadko z przewleczonym przez nie łańcuszkiem. I wreszcie: czy emancypacja nadal rozwijałaby się z taką szybkością bez tych wszystkich bezczelnych i agresywnych dziewczyn?

I odpowiedź jest jedna, nic byśmy nie osiągnęły bez dresiar i proszę cię-heloł! – chyba sobie nie wyobrażasz, że idziesz normalnie na spacer, a tu ci nie wyskakuje pod nogi bulterier prowadzony przez laskę w kurteczce kończącej się nad brzuchem, która cedzi do ciebie „weź się odsuń”. I ty się odsuwasz, pies warczy, za laską stoi grupka kolegów w szeleszczących nogawkach jak w złotych latach dziewięćdziesiątych. Ale spoko, dresiara nie potrzebuje ochrony, ona sobie poradzi. Jest wyszczekana jak jej pupilek o imieniu Kosa i zanim znajdziesz w intelektualnej główce celną ripostę, to dostaniesz w tym czasie stek totalnych bluzgów. Normalnie nie do przytoczenia w opiniotwórczym tygodniku, zapomnij.

 

Nikt o Królowej jeszcze nie napisał piosenki, ale to taka współczesna Czarna Mańka, taka żyleta w wersji najtańszej. Poprawia czerwone stringi sięgające do pachy i przestępuje z nogi na nogę. Ej, masz fajka? Spróbuj nie mieć. Albo ognia. To wtedy taka cisza między wami zapada, Jezu, normalnie, że szok. Bez kitu. I ona się patrzy w twoje oczy, nie ucieka wzrokiem, bo ona nigdy nie ucieka i nawet jak leją, jak za włosy w balejażu ciągną (modny na zawsze), to się na wroga twarz patrzy i drze się. Teraz to tobie się chce wyć, uciekać bardzo szybko i gdziekolwiek, bo wiesz, że za chwilkę nie będziesz mieć swojej komórki. I portfela. Ej, masz jakiś telefonik? To zdrobnienie brzmi jak warszawska elegancja, styl i fason miejskiej damy. Nie wróży nic dobrego. To jest raczej Ciocia Samo Zło zbliżająca swoje palce ozdobione pierścionkami, a co jeden palec, to dwa srebrne i jeden złoty. Ten to od chłopaka na zaręczyny.

 

W każdym razie Ciocia leje cię po policzku tak mocno, że nie czujesz swojego aparatu ortodontycznego i tylko modlisz się, aby nie naruszyła się misterna konstrukcja uzębienia za trzy tysiące. Dziewczyna leje po policzku, jak lał ją ojciec, kiedy przychodziła ze szkoły, jak ją matka lała w dużym pokoju, a telewizor grał w kącie „Panoramę”. I jak leje ją narzeczony. Z którym, coś tak czuje i, sorry, ale się chyba nie myli, że normalnie zaciążyła, bo nie chce jej się w ogóle wódki pić i taka jakaś ospała.

No. A jak rzeczywiście się okaże, że bachor w drodze, to i na pieluchy się przyda kilka groszy, zresztą jutro sobota, jakiś melanż się skręci na osiedlu, nie. Jakieś balety z ziomalami. Teraz to już się chyba tak zresztą nie mówi, nawet „krejzolka” jest passé. Będą zwyczajnie inne dresiary. Stłoczą się na zimnym balkonie w samych tylko rajstopach i będą marzły. Bo buty zdejmą, bo nie są chamki, ty weź, żeby u kogoś łazić po podłodze obcasami. Ale też kapci nie założą, no bo nie. I tak im w stopy zimno, ale jarają jeden za drugim. Spluną w dół, z dwudziestego ósmego piętra mrówkowca.

O, takie sceny to się Mironowi Białoszewskiemu nie śniły. On sobie mógł latać po korytarzu jak wariat, ale współczesna młodzież to klatkowskiej raczej bazgrze ściany i je podgrzewa sreberkiem z brownem. I na imprezie dresiarzy ktoś też skręci kabona i w dziubek wymalowany błyszczykiem wciągnie się dym. Który poniesie dresiary ponad szare bloki, zaszczane klatki schodowe, supersamy przerobione na sieciowe dyskonty. Będą nam bohaterki miejskie wzlatywały do lepszych czasów, kiedy to wszystko będzie za darmo.

Weź przestań, jakie za darmo. No normalnie bez kasy se wchodzisz i se bierzesz, no co chcesz. O, ja tobym sobie wzięła normalnie pięć kartonów fajek i z Sephory całą półkę. A ja tobym sobie wzięła te wszystkie małe torebeczki, które dresiary noszą pod łokciami albo w ręku, obok nieekologicznej siatki z soczkiem i batonem. W torebkach są chusteczki, błyszczyk, telefon z tapetą w misie z napisem „aj law ju” albo z kolesiem bez majtek. I jeszcze jest tam guma do żucia. Miętowa guma do żucia na wypadek picia alkoholu i obowiązku wrócenia do domu przed dwudziestą drugą.

 

Ale zanim się wróci, to można jeszcze zrobić w autobusie dym. Z koleżanką równie bojową najpierw śmiać się głośno i dobitnie oraz ganiać po siedzeniach. Potem patrzeć się na kogoś wytrwale i wybuchać śmiechem. No nie mogę, jaka panna, jessssu, jaka morda. I zaraz zapalniczkę wyjmować z kieszeni obcisłych dżinsów i podpalać poręcz przy kasowniku. Wysiąść, pokazać faka kierowcy i zrobić siku na trawniku. W odjeżdżającym autobusie zamajaczy jeszcze głowa zamyślonej kobiety, która schowa książkę do torby, bo jej ta książka nic nie daje, prawdy o życiu nie pokazuje, bo ona sobie może popatrzeć na dresiary.

I właśnie wtedy wie, że trzy fakultety oraz umiejętność hebrajskiego nie dają takich możliwości jak porysowanie siedzenia markerem napisami „łatwa, daje dupy, telefon...”. Że nasze babki torowały drogę do równouprawnienia kobiet, aby te wesołe laski mogły wracać w nocy do domu, uprzednio dobrze się bawiąc. I jakby wybuchła wojna, to one pierwsze by wyskoczyły na solo i się naparzały na ustawkach między osiedlami. A intelektualistki by sobie to mogły co najwyżej opisać w powieści, no ale sorry i proszę cię, komu takie głupoty są potrzebne, nie?

 

Sylwia Chutnik, ur. w 1979 r., absolwentka Gender Studies, kulturoznawczyni, przewodniczka po Warszawie. Za debiutancką powieść „Kieszonkowy atlas kobiet” dostała w 2009 r. Paszport „Polityki”.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj