szukaj
Samookaleczenia
Pocięte dusze
Skłonność do deformowania własnego ciała i zadawania sobie bólu pojawiała się w wielu kulturach. Dziś jest problemem głównie ludzi młodych, coraz częściej – dorastających dziewcząt. Dlaczego i po co tną się, dziargają, przypalają, tatuują?

Jedną z placówek, która proponuje terapię osobom ze skłonnością do samookaleczeń, jest Oddział Leczenia Zaburzeń Osobowości Szpitala im. J. Babińskiego w Krakowie. Halina Ożóg, pielęgniarka oddziałowa, opowiada, że kobiety najczęściej tną się po nogach lub brzuchu tak, by nie było widać blizn, bo można je ukryć pod rajstopami lub bluzką. Mężczyźni przypalają się papierosami albo przykładają ręce do bardzo gorących przedmiotów, podejmując w ten sposób ryzykowną walkę z bólem. Bywają pacjenci, którzy igłą wykłuwają napisy na ramieniu – na przykład: „Nienawidzę siebie” – albo wycinają sobie imiona swych ukochanych. Część używa noża jako argumentu przetargowego w kłótni z rodziną – podczas awantury potrafią pociąć się na oczach rodziców lub małżonka. Ożóg pamięta dziewczynę, która swoją krwią pisała wiersze i pamiętnik.

Dla Wojtka, 20-letniego mieszkańca Nowej Huty, okaleczanie się to coś normalnego. Młodzi robią to na podwórkach – na ławkach, przy trzepaku. Chodzi o to, by zademonstrować swoją siłę, pokazać wytrzymałość na ból. Wtedy zyskuje się poważanie, nikt takiej osoby nie nazwie słabeuszem. Cięcia wykonywane są tak, by na rękach zostały trwałe blizny. Dlatego świeże rany nacierane są siarką. Takimi sznytami można się później chwalić. By przypieczętować braterstwo, lojalność, młodzi przecinają nożem wewnętrzną stronę dłoni i przybijają piątkę. Robią to zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. Popularne jest też tatuowanie się. Nie w profesjonalnych studiach tatuażu, ale u kolegi z bloku. Za duży tatuaż płaci mu się 100 zł, gdyw studiu trzeba by za niego zapłacić dziesięć razy tyle. Nikt nie przejmuje się mało sterylnymi warunkami. – To dobrzy fachowcy – przekonuje Wojtek. – Ćwiczyli na świńskich skórach. A jeśli nawet coś nie wyjdzie, to przecież nic się nie stało, można w tym samym miejscu zrobić większy tatuaż. Skąd powrót tej osobliwej mody na sznyty?

Zeszpecenie symboliczne

Samookaleczenia od wieków są obecne w różnych kulturach. W Afryce, Azji, Nowej Gwinei wiązały się z rytuałami inicjacyjnymi okresu dojrzewania. Chłopcy, gdy wkraczali w dorosłość, poddawani byli biciu, wywoływali wymioty, parzyli się pokrzywami. W ten sposób symbolicznie odrywali się od matek. Poprzez deformowanie ciała często dążono do uzyskania pożądanego wyglądu: Polinezyjczycy i australijscy aborygeni łamali sobie nosy, a potem je spłaszczali. W Chinach kobietom bandażowano od wczesnego dzieciństwa stopy. Chodziło o to, by złamać jak najwięcej kości i nagiąć palce do podeszwy. Małe stopy uchodziły za symbol piękna i wyrażały podporządkowanie mężczyźnie. Wiele plemion afrykańskich podczas rytualnego tańca kaleczy sobie twarz, brzuch. Dzięki specjalnym pastom rany szybko się goją. Cały proces symbolizuje odrodzenie plemienia.

Średniowieczni biczownicy chłostali się dwa razy dziennie, najczęściej przed kościołami. Robili to do momentu, gdy z ich ran popłynęła krew. Kobiety biczowały się w zamkniętych kościołach, modląc się i śpiewając psalmy pokutne. Oficjalnie zakazano takich praktyk w 1417 r., jednak ruch dawał o sobie znać jeszcze długo.

Niekiedy obrzezanie czy tatuowanie służy zaznaczeniu przynależności społecznej. Skomplikowane tatuaże polinezyjskie czy nacinanie ciała praktykowane w Kamerunie podkreślają wysoką pozycję społeczną.

Tatuaż bywa też świadectwem przynależności do świata przestępczego. Do niedawna obowiązywał szyfr: zakochany złodziej tatuował sobie serduszko pod okiem, natomiast serce przebite szpadą oznaczało zakochanego włamywacza. Kropki na uszach lub kwadraty na policzkach piętnowały homoseksualistów, sztylety wbite w łopatki – przestępców seksualnych. Te znaki robili im pod przymusem grypsujący sąsiedzi z więziennej celi. Więźniowie dziargali się prymitywnymi narzędziami – zwykłymi igłami lub elektryczną maszynką do golenia. Farba wytwarzana była z moczu, sadzy i szamponu. Czasami za tusz służył atrament wyciśnięty z długopisów, siarka z zapałek albo tłuczona cegła mieszana ze śliną.

Świat przestępczy to margines, ale przecież w naszej kulturze wiele autodestrukcyjnych zachowań jest aprobowanych, a nawet pożądanych. Od wielu lat w mediach lansowany jest ideał piękna – szczupła sylwetka u kobiety i atletyczny, muskularny mężczyzna. Niektóre dziewczyny, aby sprostać tym wymaganiom, zaczynają stosować drakońskie diety wyniszczające organizm, maltretują swoje ciała przez bezustanne ćwiczenia. W krańcowych wypadkach kończy się na anoreksji lub bulimii, chorobach, które mogą doprowadzić do śmierci. Chłopcy deformują się za pomocą sterydów i hormonów, dzięki którym powierzchnia mięśni zwiększa się, ale uszkodzeniu ulegają wewnętrzne organy.

A operacje plastyczne? Dlaczego ludzie poddają się im, pomimo możliwych komplikacji? Psychologowie, którzy badali takie osoby, stwierdzili, że wiele z nich decyduje się na nie, gdy pojawia się kryzys małżeński, przychodzi poczucie niespełnienia, depresja.

To zabiegi bardzo inwazyjne, ingerujące w ciało. Są powiązane z cierpieniem, mogą więc być formą autoagresji – mówi Edyta Biernacka, psychoterapeuta psychoanalityczny na Oddziale Leczenia Zaburzeń Osobowości w Krakowie i w Krakowskiej Szkole Psychoterapii Psychoanalitycznej. – Poddają się im zwykle osoby, które z jakiegoś powodu nie mogą ze sobą wytrzymać. Czują się gorsze, niekochane, nieakceptowane albo nie mogą sobie poradzić z upływem czasu. Mamy więc do czynienia z uszkodzeniami w obrębie poczucia własnej wartości, tłumaczy terapeutka. Tyle że zamiast usuwać ich przyczyny w psychice, osoby te próbują sobie z nimi poradzić zmieniając swój wygląd. Mają nadzieję, że dzięki upiększeniu ciała będą bardziej zauważane i kochane.

Żyletką po skórze

Katarzyna ma 16 lat. Jest uczennicą pierwszej klasy liceum. Dwa lata temu poszła do łazienki i żyletką nacięła kilka razy skórę nadgarstka. Pociekło kilka kropel. Od tej pory kaleczy się kilka razy w tygodniu. Po kłótni z rodzicami czy sprzeczce z przyjaciółką, gdy przychodzi kiepski nastrój, przygnębienie, którego nie może się pozbyć. – Widok krwi mnie uspokaja – przekonuje cichym głosem. – Ucieka napięcie. Wszystko, co do tej pory bolało, oddala się, przestaje być ważne.

Zewnętrznie Kasia nie wyróżnia się spośród innych nastolatek. Tylko kiedy przychodzi lato, pojawia się problem z ukryciem blizn opowiada. – Dlatego od dawna nikt mnie nie widział w stroju kąpielowym. O tym, że się tnę, wie tylko przyjaciółka i szkolna pani psycholog.

Joanna, 21 lat, studentka socjologii, opowiada, że to jest jak narkotyk. Wciąga i podnieca. Kiedy czuje się źle, zadaje sobie ból. Sposobów jest wiele. Żyletka, nóż, cyrkiel. Przypalanie się papierosem. Agrafka lub igła wbita w  skórę. – Może się to wydać dziwne, ale to mój lek na rzeczywistość, której nie akceptuję. Kiedy wszystko się wali, sięgam po żyletkę. Kilka razy przejadę po skórze, czuję lekki ból, widzę krew i świat nabiera barw. Chwilowa euforia. Ale po jakimś czasie przychodzą wyrzuty sumienia. Czuję się źle, więc znów sięgam po żyletkę. To zamknięte koło. Wyjść jest cholernie trudno. Trzeba mieć dla kogo. Ja nie mam.

Tak wygląda większość opowieści o samookaleczeniach: pojawia się napięcie, pustka wewnętrzna, przygnębienie lub poczucie winy i przemożna chęć usunięcia tych uczuć poprzez nacinanie żyletką skóry. Widok krwi działa uspokajająco. Znikają na chwilę problemy i uczucia, które były nie do zniesienia. Przychodzi odprężenie.

Nie wiadomo, ile osób rani swoje ciało. Większość takich zachowań jest skrywana. W Polsce mówi się coraz więcej o tym zjawisku. W Internecie powstało kilka list dyskusyjnych na ten temat, gdzie młodzi zwierzają się z problemów. Takie forum ma funkcję terapeutyczną – mówi dr Gustaw Sikora, psychiatra i psychoterapeuta. – Kiedy opowiedzą innym o swoich złościach i smutkach, redukują napięcie. Dzięki temu pewnie rzadziej sięgają po ostre narzędzia.

Mam już ponad 50 blizn na rękach, nogach i brzuchu – zwierza się Jadwiga. Podwija rękaw i pokazuje cięcia. Niektóre rany są jeszcze czerwone, świeże, po innych pozostały szpecące blizny. – Chcę z tym skończyć, ale nie mam siły, to jest cholernie trudne. Nienawidzę tego, ale nie potrafię przestać.

Dlaczego nie mogą inaczej poradzić sobie z problemami, czemu w tak okrutny sposób traktują swoje ciało? Nie potrafią odpowiedzieć. Brakuje im słów, mają problemy z nazwaniem i rozróżnieniem emocji.

Sięgają po raz pierwszy po żyletkę około 14 roku życia. To okres dojrzewania, gdy poszukuje się tożsamości, a do głosu dochodzi pożądanie. Ciało zaczyna się zmieniać. Niektórzy nie akceptują rodzącej się seksualności, nie radzą sobie też z nowymi, związanymi z dorosłością, problemami.

Czarne Andżeliny

Roma Kopytko, psycholog, psychoterapeuta na Oddziale Leczenia Dzieci i Młodzieży w Klinice Psychiatrycznej UJ, potwierdza, że ostatnio wzrosła liczba samookaleczających się dziewczyn – od dwóch lat stanowią aż czwartą część wszystkich pacjentów. Wcześniej pojawiały się sporadycznie, problem dotyczył raczej chłopców, którzy poprzez robienie sobie tzw. sznytów zaznaczali swoją siłę i wytrzymałość. – Dziewczyny tworzą podgrupę, trzymają się zwykle razem – opowiada terapeutka. – Mają od 16 do 19 lat, są inteligentne, ubierają się na czarno i starają się wyglądać groźnie. Kiedy zaczęliśmy przyglądać się ich rodzinom, zobaczyliśmy powtarzające się schematy. Brakuje ojca, bo rodzice są po rozwodzie lub ojciec większość czasu spędza w pracy. Albo matka jest jak koleżanka, szuka u córki wsparcia, obciąża ją własnymi problemami, co zwykle bywa za trudne dla młodego człowieka. Bywają też matki emocjonalnie niedostępne, chłodne, zaabsorbowane głównie sobą, swoim wyglądem.

Jak na wzrost liczby samookaleczeń wpływają zmiany społeczne, kulturowe? Roma Kopytko: – W tym wyścigu, który w ostatnich latach obserwujemy, nie ma miejsca na uczucia, zwłaszcza takie jak smutek czy bezradność. Jest ciągły pęd do przodu, potrzeba robienia kilku fakultetów naraz i jeśli pojawia się słabość, trzeba ją jak najszybciej usunąć. Pocięcie się to taka droga na skróty.

Zdaniem terapeutki, mężczyźni są coraz słabsi psychicznie, lękają się odpowiedzialności, nie dają wystarczającego oparcia. Dlatego kobiety stają się mocniejsze, coraz bardziej niezależne. Dobrym przykładem są kreskówki. Jeszcze kilka lat temu bohaterem był Superman czy He-man. Dziś dzieci oglądają filmy, w których prym wiodą kobiety silne, same rozprawiające się ze złem – Xeny, atomówki, witches, czyli czarodziejki. – Pacjentki, które trafiają do nas na leczenie, są podobne – zbuntowane, agresywne. Poprzez czarne ubranie i blizny na całym ciele próbują pokazać, że nikogo nie potrzebują. Ich samookaleczenia nazywamy tu krzykiem krwi – jakby miało to oznaczać: „Nie macie nade mną kontroli”. Ale równocześnie, nie wprost, proszą o opiekę, zainteresowanie dorosłych – opowiada Roma Kopytko.

Idolką nastoletnich dziewczyn jest Angelina Jolie, która w filmach gra superbohaterki silne, świetnie radzące sobie kobiety, z którymi lepiej nie zadzierać na przykład Larę Croft. Na stronach internetowych aktorki można przeczytać: „Ma obsesję na punkcie noży, szczególnie antyków – zgromadziła pokaźną kolekcję. Ma 12 tatuaży. Niegdyś cięła się. Kiedyś jej wymarzonym zawodem było aranżowanie pogrzebów”.

Jak z tym skończyć?

Nie przypadkiem osoby dotknięte autoagresją porównują ją z nałogiem. Przypuszcza się, że takie zachowania wciągają, bo organizm wydziela wtedy większą ilość endorfin, co wywołuje przyjemny, euforyczny stan. Udowodniono, że większa ich ilość we krwi, podobnie jak morfina, zmniejsza albo całkiem eliminuje ból. To paradoks – kaleczyć się, by nie czuć bólu! Szukając psychicznych przyczyn, dla których ludzie się okaleczają, trudno o uogólnienia. Dla każdego samookaleczenie ma inne znaczenie.

W każdym z nas działa siła nakierowana na niszczenie zarówno innych, jak i samego siebie – tłumaczy Edyta Biernacka. – Ta siła przejawia się w rozmaity sposób. Ktoś zadręcza się myślami typu: „Jestem beznadziejna” albo „Nic mi się nie udaje”. Albo trudności z utrzymywaniem emocji, konfliktów tylko na poziomie psychicznym. Są one wtedy niejako transportowane na ciało i tam rozgrywane. Wtedy dochodzi do samookaleczeń. To niewątpliwie pewna słabość, niedojrzałość.

Takie osoby mogły być ofiarą uwiedzenia w dzieciństwie. Część doświadcza w ten sposób własnego ciała: przy poczuciu rozpadania się, braku fizycznych granic, doznanie bólu fizycznego daje poczucie istnienia. Poprzez samookaleczenia można też ekscytować siebie i innych. Ma to wówczas znamiona perwersji.

– Pracując z tymi pacjentami, zaobserwowałam, że wielu często chorowało w dzieciństwie i mają za sobą długie szpitalne pobyty – dodaje Edyta Biernacka. – Ich leczenie było bolesne – zastrzyki, zabiegi. Prawdopodobnie taki sposób opieki został utrwalony w ich psychice i nie potrafią się o siebie zatroszczyć inaczej niż przez zadawanie sobie bólu.

Kiedy ciało staje się areną, na której rozgrywane są wewnętrzne konflikty, kaleczenie się daje upust agresji, nieznośnemu poczuciu winy czy nieakceptowanemu pożądaniu, oznacza to, że źródła problemów należy doszukiwać się we wczesnym dzieciństwie. Mamy więc do czynienia z jakimś rodzajem zaburzeń osobowości.

Jak pomóc takiej osobie? Lekarze często podają leki obniżające lęk, łagodzące pobudzenie. Jednak przyczyny autodestrukcyjnych zachowań pozostają nienaruszone i kiedy tabletka przestaje działać, lęk i napięcie powracają. Dlatego za najskuteczniejszą metodę leczenia uznaje się dziś psychoterapię psychoanalityczną. W jej trakcie pacjent zaczyna się kontaktować ze swoimi prawdziwymi, chowanymi w głębi uczuciami, do których przez długi czas nie miał dostępu. W trakcie psychoterapii badane są nieświadome, bardzo wczesne wzorce relacji – odnoszenia się do siebie i do innych – dzięki czemu niszczące, kierowane przeciwko sobie zachowania są osłabiane i zastępowane dojrzalszymi sposobami radzenia sobie ze sobą.

Dr Ewa Niezgoda, ordynator Oddziału Leczenia Zaburzeń Osobowości w Szpitalu im. J. Babińskiego w Krakowie, do którego trafiają pacjenci z całej Polski, tłumaczy, że proces kształtowania się osobowości jest bardzo długi, nic więc dziwnego, że jej zmiana też musi być czasochłonna i trwa wiele lat.

Ewa Baran

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj