Nowa rewolucja seksualna?
Ani dzieci, ani kwiaty
Zapowiadana od lat przez media rewolucja seksualna polskiej młodzieży jakoś się nie dokonuje. A szkoda, bo jakaś rewolucja w ich seksualności bardzo by się przydała.

Magda K. ma 16 lat, ale na pierwszy rzut oka trudno określić jej wiek. Dziewczęca sylwetka wskazuje na nastolatkę. Ale ściana fluidu na twarzy i rzęsy ciężkie od ilości nałożonego tuszu równie dobrze mogą sugerować kobietę po przejściach. Czarne gumkowane dżinsy, odsłaniająca pępek bluzeczka i nieco niezdarnie umalowane usta czynią z niej ikonę pokolenia, które chętnie opisywane jest za pomocą takich przymiotników jak „wyzywające, drapieżne, seksualnie pobudzone”. Trzymając się tylko jej wyglądu, można by odnieść wrażenie, że wskoczy komuś do łóżka na pstryknięcie palcami. Obiektywnie rzecz biorąc, trudno byłoby ją promować jako wizerunek dziewicy, którą w rzeczywistości jest. I którą na razie zamierza pozostać, bo tak jak 78,6 proc. jej rówieśników (16–18-latków) uważa, że podstawowym kryterium rozpoczęcia życia seksualnego powinna być kwestia uczuć, których obecnie ona nie ma w kim ulokować.

– My, dorośli, bardzo często ulegamy pewnemu teatrowi zachowań, którym posługują się młodzi. Nie umiemy czytać gry pozorów, którą prowadzą między sobą. Dziewczyna musi teraz wyglądać na ostrą laskę, coś w rodzaju chłodnej piękności, bo takie wzorce promuje się w naszej kulturze – tłumaczy edukatorka seksualna dr Alicja Długołęcka. W założeniach to właśnie do takich dziewcząt kierowana jest kampania reklamowa jednej z marek odzieżowych, która zgrabnie łączy kwestie zachowania dziewictwa z sugestiami oralnych ekscesów. A „Bravo Girl” przypomina, że 60 proc. „kolesiów woli przebojowe panny, które nie boją się zrobić pierwszego kroku”. Na taką pannę kreuje się więc Magda. Ale tylko od godziny 8.00 do 15.00. W szkole inna być nie może, bo Violla, która w jej klasie decyduje o towarzyskim być albo nie być, zaraz by ją obgadała i z klasowego panteonu spokolasek płynnie przeskoczyłaby do grupy odrzuconych nieudaczników.

Tak jak spora część jej koleżanek, Magda nie miała jeszcze istotnych doświadczeń seksualnych, choć w wąskim kręgu przyjaciółek poświęcają temu zagadnieniu sporo rozmów. Co czyni je jeszcze bardziej uniwersalnymi przedstawicielkami swojego pokolenia, w którym podstawową wiedzę na temat seksualności czerpie się w pierwszej kolejności z rozmów z przyjaciółmi. Z badań wynika, że dla 54 proc. dziewcząt i 71 proc. chłopców rówieśnicy są podstawowym źródłem wiedzy o współżyciu i rozrodczości.

Żeby nadać tym rozmowom bardziej konkretny wymiar, pół roku temu dziewczęta namówiły kolegę z klasy, żeby pożyczył im jeden z filmów pornograficznych, które chłopak masowo ściąga z Internetu. Nie trafiły najlepiej, bo film, choć krótki, wprowadził ogromne zamieszanie do ich mocno niepoukładanego zasobu wiedzy na temat spraw intymnych. Mężczyzna, który w nim występował, prezentował organ tak duży, że dziewczęta do dziś zastanawiają się, gdzie mężczyźni na co dzień go ukrywają? No i wreszcie sam stosunek daleki był od ich romantycznych wyobrażeń, szczególnie kiedy do akcji niespodziewanie włączył się drugi partner. Po obejrzeniu filmu rozeszły się do domów w milczeniu. Chętnie by z kimś o tym porozmawiały, ale z kim? – Mamo, oglądałam ostatnio film pornograficzny i mam kilka pytań – takie zdanie nie przeszłoby Magdzie przez usta. Tak samo pewnie jak mamie nie przeszłyby przez usta odpowiedzi. Ze swoimi wątpliwościami została sama. Ale na wszelki wypadek przestała odpisywać na esemesy Sebastiana, bo poczuła, że nie jest jeszcze gotowa na to, co zobaczyła w filmie.

Badania terenowe

Seksuolodzy już od kilku lat biją na alarm, że pozbawione właściwej edukacji dzieci biorą sprawy we własne ręce. – Pornografia, szczególnie internetowa, stanowi bardzo istotny kanał pozyskiwania wiedzy i kształtowania wzorców seksualnych. W efekcie ich wyobrażenie o seksie jest zwulgaryzowane, oderwane od rzeczywistości i skupia się na zagadnieniach technicznych – mówi seksuolog prof. Zbigniew Izdebski.

Sygnalizowany przez niego problem jest po prostu codziennością w szkołach. Uczniowie z gimnazjum ze Słupna pod Płockiem to przekrój polskiej młodzieży w pigułce. Uczą się tutaj dzieci z miasta, których rodzice wybrali Słupno jako odskocznię od Płocka. I okoliczna młodzież z rodzin, które mieszkają w Słupnie od pokoleń. Uczniowie III klasy gimnazjum, czyli 16-latki, poproszeni zostali o wymienienie stron internetowych, z których czerpią wiedzę o seksualności. Tylko jedna strona, producenta prezerwatyw, nie zawierała treści pornograficznych albo ocierających się o pornografię. Na innych można było zobaczyć filmiki pod wiele mówiącymi tytułami: „Laska, która ma zajęte wszystkie dziurki” albo „Nasza nowa kelnerka uwielbia francuskie ciasteczka”.

15-latek nie rozumie, że seks wcale nie wygląda tak jak na filmie. W efekcie od swoich partnerek oczekiwał będzie, że dostanie to samo co od gwiazdy porno, co oczywiście się nie stanie. Trudno budować prawidłowe wzorce zachowań, mając za wzorzec gwiazdę porno – dodaje prof. Izdebski.

Uczniowie deklarują, że seks jest dla nich bardzo ważny, jednak trudno prowadzić z nimi jakiś dialog na ten temat, bo po prostu brakuje im odpowiedniego słownictwa. Poproszeni o podanie słów, którymi określają męskie i damskie narządy, najczęściej podawali zwroty powszechnie uznawane za obraźliwe i to z klasycznymi już błędami ortograficznymi. W wersji złagodzonej dziewczyny to „dupy”, które się „zalicza” albo „przelatuje”. Chłopak to „ciacho” do „bzykania”. Pojęcie ars amandi nie istnieje w ich słowniku.

Socjologowie ostrzegają, że problem dzieci to tak naprawdę problem rodziców, którzy w życiu codziennym nie okazują sobie czułości, udają, jakby całkowicie pozbawieni byli życia intymnego. – Sami często nie potrafią rozwiązywać swoich seksualnych kłopotów, a są zbyt zachowawczy, by sięgnąć po poradę specjalisty. Narzekają na dzieci, że eksperymentują z seksem, choć z badań wynika, że sami to robią i to coraz śmielej. Jeszcze 20 lat temu niezwykle rzadko przyznawaliśmy się do seksu oralnego. Obecnie prawie połowa Polaków deklaruje, że go uprawia. Dzieci dostrzegają to zakłamanie – tłumaczy prof. Izdebski. To wszystko pogłębia tylko chaos mentalny i pojęciowy w życiu młodych ludzi.

– Dziewczyny znają takie terminy jak fellatio czy petting, ale zdarza się, że nie wiedzą, gdzie mają pochwę, a gdzie macicę – mówi Aleksandra Józefowska z Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton.

Starsi koledzy z Liceum i Technikum w Mszczonowie w kwestii nazewnictwa nie dokonali specjalnego postępu, ale spora część z nich ma już za sobą ten pierwszy raz i sami mogą zweryfikować, czy seks rzeczywiście jest dla nich tak ważny. Większości ankietowanych 17–19-latków seks kojarzył się z miłością, bliskością, zaufaniem, a dopiero później z przyjemnością czy zabawą. – Wbrew powszechnie panującym wyobrażeniom, w sferze emocjonalnej młodzież jest dosyć konserwatywna. Szczególnie ci z mniejszych miejscowości. Marzą o wielkiej miłości, stałym partnerze, to kwestia katolickiego wychowania – mówi Marianna Sosińska, dyrektorka szkoły w Mszczonowie. Ale do nauki Kościoła podchodzą wybiórczo. Na pytanie, czy masturbacja jest grzechem, odpowiadają, że tak, ale nie dla nich. Zakazana przez Kościół prezerwatywa jest najczęściej wymienianym i używanym środkiem antykoncepcyjnym. Utrata dziewictwa przed ślubem dla sporej części z nich nie jest dramatem. Godzą się na inne niż konwencjonalne zbliżenie formy uprawiania miłości, w tym – bardzo ryzykowny ze względu na łatwość zakażenia się wirusem HIV – seks analny. – Dla niektórych to z jednej strony sposób na zachowanie dziewictwa, a z drugiej, niestety, metoda antykoncepcji – ostrzega prof. Izdebski. Według przeprowadzonych przez niego w 2004 r. badań, do tej formy uprawiania miłości przyznawało się prawie 23 proc. chłopców i 12 proc. dziewcząt ze szkół ponadgimnazjalnych.

Magda traci cnotę

Statystycznie rzecz biorąc, inicjacja seksualna Magdy najprawdopodobniej nastąpi w domu jej rodziców, ewentualnie na dyskotece, na łonie natury lub w samochodzie partnera. Magdzie najbardziej podoba się ta trzecia opcja, czyli łono natury.

A konkretnie o zachodzie słońca nad morzem. W swoich marzeniach jest bardzo mało oryginalna, bo podobne deklaracje składa jedna piąta dziewcząt, ale jej to nie przeszkadza.

Wbrew powszechnie panującemu przekonaniu nie nastąpi to jakoś dramatycznie wcześnie. – Wiek inicjacji seksualnej Polaków cały czas się obniża, ale nie na tyle, jak nam próbuje się to wmówić. Przez ostatnie 10 lat średnia spadła zaledwie o kilka miesięcy i cały czas oscylujemy wokół 18 roku życia. Przy czym chłopcy zaczynają wcześniej, ale za to u dziewcząt szybciej spada wiek, w którym podejmują pierwsze stosunki – mówi prof. Zbigniew Izdebski. Z badań wynika, że paradoksalnie mechanizmem przyśpieszającym inicjację jest zbytni rygoryzm, ale i bardzo daleko posunięty liberalizm rodziców. Magda znajduje się w grupie środkowej. Jednym słowem ma sporą szansę odbyć swój pierwszy raz mniej więcej w podobnym wieku jak jej mama. Pomimo że znacznie wcześniej dojrzała. – Obecnie średni wiek miesiączkowania to 13 lat. W latach 50 kobiety zaczynały miesiączkowanie około 16 roku życia – dodaje prof. Izdebski.

Na tle swoich zachodnich koleżanek, jej pierwszy raz nastąpi wręcz dramatycznie późno. Z badań Światowej Organizacji Zdrowia opublikowanych w 2006 r. wynika, że w Polsce cnotę w wieku 15 lat traci niespełna 15 proc. populacji. W Niemczech 33 proc., a w Wielkiej Brytanii 40,4 proc. Tam też państwo ma największy problem z ciążami młodocianych matek. W zeszłym roku w Wielkiej Brytanii obniżono wiek wydawania pigułek „po stosunku” do 11 roku życia. W Polsce problem ciąż wśród nastolatek jest trudny do określenia ze względu na podziemie aborcyjne. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2006 r. kobiety do 19 roku życia urodziły 19 230 dzieci. W tym 302 15-latki i prawie tysiąc 16-latek. Liczba ciąż u nieletnich z roku na rok nieznacznie rośnie.

Jeśli Magda będzie miała pecha, jej pierwszy raz odbędzie się pod wpływem alkoholu. To od kilku lat coraz silniejszy trend, bo też młodzi Polacy coraz częściej i coraz wcześniej sięgają po alkohol. Według badań zawartych w „Diagnozie szkolnej 2008”, 80 proc. 16-latków ma już doświadczenia alkoholowe. Problem i związane z nim konsekwencje najlepiej widać po treści pytań zadawanych edukatorom z Pontonu. Na przykład: „Podczas sylwestra byłam tak pijana, że zaczęłam uprawiać seks z obcym mi chłopakiem. Nie trwało to długo, nie więcej jak 2 minuty. Możliwe jest, że zajdę w ciążę? Okres wypada mi dopiero za 12 dni. Był prawiczkiem, więc chyba nie zaraził mnie AIDS ani żadnym innym świństwem?”.

W odróżnieniu od swoich rodziców, Magda raczej się zabezpieczy. Robi tak 73 proc. par, które zaczynają współżycie (w innych krajach europejskich od 83 do 93 proc.). Ale nie oznacza to, że jej wiedza na temat antykoncepcji jest dostateczna. Według raportu „Głos młodzieży” przygotowanego w 2006 r. przez stowarzyszenie Astra – połowa polskich nastolatków nie wie, gdzie w organizmie kobiety dochodzi do zapłodnienia komórki jajowej. Edukatorzy Pontonu podczas wakacyjnego telefonu zaufania odbierali telefony z pytaniami typu: „Czy drogą żołądkową można zajść w ciążę (gdy dziewczyna połknie spermę)?” albo: „Czy mogę zajść w ciążę przez wspólne korzystanie z toalety?”. Ale najbardziej przerażający jest fakt, że co czwarta osoba wierzy, że stosunek przerywany zabezpiecza przed AIDS.

Episkopat byłby niezadowolony

Poziom polskiej edukacji seksualnej sytuuje nas bliżej równika niż średniej europejskiej, do której niby aspirujemy. A odpowiedzialne za to Ministerstwo Edukacji Narodowej nie ukrywa, że w obecnie obowiązujących przepisach nie ma zamiaru zmienić nawet jednego przecinka. Wiceminister Zbigniew Marciniak przed objęciem urzędu sondował swojego kolegę profesora Lwa Starowicza. – Od razu ostrzegł mnie, że to najlepszy sposób na uwikłanie urzędu w z góry przegraną walkę światopoglądową. On sam namawiał już ministerstwo na akceptację zasad edukacyjnych przyjętych nawet w krajach muzułmańskich, ale ciągle okazywało się, że jak na Polskę są to pomysły zbyt śmiałe. Myślałem, że przesadza – wspomina prof. Marciniak.

Realia sprawowania urzędu szybko wyprowadziły go z błędu. Nim na dobre rozpoczął pracę, na jego biurku wylądowały cztery listy od organizacji promujących katolicki światopogląd, które w prostych żołnierskich słowach przywoływały go do porządku na wypadek, gdyby chociaż pomyślał o jakichś zmianach w programie edukacji seksualnej młodych Polaków. – Jeden z tych listów, powołując się na jakiegoś amerykańskiego badacza, opisywał cztery podejścia do edukacji seksualnej, począwszy od metody A, która stawiała na brak edukacji, a skończywszy na metodzie D, która stawiała na skrajną otwartość w informowaniu. Zdaniem tej organizacji najlepsza dla młodych jest metoda A. Ale przyznaję szczerze, że nie wiem, kim jest ten amerykański badacz, na którego się powoływali – dodaje prof. Marciniak.

Gdyby przejrzał archiwalne wpisy w księdze gości ministerstwa, to znalazłby nie tylko autograf owego badacza, ale nawet dedykację dla swego poprzednika Mirosława Handke, który w 2001 r. zaprosił do Polski Josha McDowella na serię wykładów. McDowell, którego reprezentuje w Polsce Ruch Nowego Życia, nie tylko promował jedną ze swoich licznych książek, ale dawał też rodzicom wiele cennych rad. Na przykład: jeśli twoja córka zajdzie w ciążę, to podaj do sądu jej nauczyciela, który ją edukował seksualnie, bo to przecież on rozbudził w niej potrzebę eksperymentowania i to on winny jest tej ciąży. Na wykłady masowo zapraszano nauczycieli wychowania do życia w rodzinie, którzy pewnie szybko policzyli, na jakie odszkodowanie byłoby ich stać z nauczycielskiej pensji. I wyciągnęli z tego odpowiednie wnioski.

Wiceminister Marciniak również wyciągnął odpowiednie wnioski i deklaruje, że nie ma zamiaru wikłać urzędu w ideologiczny spór. – Mamy do przeprowadzenia ważną reformę programową polskiego szkolnictwa. Bardzo liczymy na pomoc wszystkich środowisk, w tym Episkopatu. Dlatego trwanie przy sprawdzonych metodach edukacji seksualnej uznaję za rozsądny kompromis – tłumaczy.

Przeglądając dostępne na rynku książki do edukacji seksualnej nie widać ani kompromisu, ani rozsądku. Młodzi jak za starych dobrych czasów straszeni są potwornymi skutkami masturbacji – „do dziś zdarzają się wątpliwości, czy nie jest ona przyczyną na przykład niepłodności, niedorozwoju czy innych schorzeń”, można przeczytać w podręczniku wychowania do życia w rodzinie dla uczniów klas I–III gimnazjum autorstwa Teresy Król. Ta sama autorka straszy młodzież, że skutkiem stosowania pigułek antykoncepcyjnych może być trwała niepłodność, a najlepszym sposobem na zapobieganie chorobom wenerycznym jest wstrzemięźliwość. Podręczniki te zostały pozytywnie zaopiniowane przez MEN. Według wytycznych zaakceptowanych również przez MEN na lekcji biologii w II klasie gimnazjum z omówieniem zagadnień antykoncepcji nauczyciel powinien się uporać w pięć minut. A w jednym z rekomendowanych podręczników temat ten omówiono w 19 linijkach. Z czego większą część poświęcono metodom naturalnym. A o metodach nienaturalnych informuje się, że „mogą powodować efekty uboczne, różnorodne dolegliwości, a nawet stwarzać poważne zagrożenia zdrowia. Poza tym środki hormonalne mogą powodować zaburzenia hormonalne”.

Magda schodzi na złą drogę

Zejście córki na manowce to podstawowa obawa rodziców i potężny hamulec do przeprowadzenia uczciwej rozmowy na tematy związane z cielesnością, żeby przypadkiem jej nie rozbudzić. Zresztą z nimi też nikt na te tematy nie rozmawiał, a jakoś wyszli na ludzi. Dlatego śladem 80 proc. rodziców udają, że problem nie istnieje. Ale za każdym razem, gdy córka spóźnia się do domu, drżą, czy aby nie robi czegoś złego. A w świetle badań i doniesień prasowych ich obawy stają się coraz bardziej uzasadnione.

W Polsce nikt nie pokusił się jeszcze o całościowy raport na temat prostytucji nieletnich. Dr Jacek Kurzępa, socjolog i pedagog społeczny, wraz z dwiema koleżankami przygotował taki raport dla Dolnego Śląska. Jedna piąta ankietowanych przez niego uczniów z gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych zadeklarowała, że spotkała się ze zjawiskiem prostytucji w ich otoczeniu. Zdaniem Kurzępy, w niektórych częściach kraju problem może dotykać nawet 5 proc. populacji. O zjawisku coraz częściej mówią policjanci.

W połowie kwietnia CBŚ przeszukało wszystkie agencje towarzyskie w Rzeszowie. Celem policjantów były nielegalnie zatrudnione tam Ukrainki. Przy okazji w ich ręce wpadły cztery gimnazjalistki, które również świadczyły usługi seksualne. Z ustaleń policji wynika, że dziewczęta pracowały tam dobrowolnie. – Nie były szantażowane ani zastraszane. Nabór odbywa się na dyskotekach. Naganiacze obserwują, czy dziewczyna otwarta jest na propozycje i czy ma odpowiednią prezencję. A później po prostu proponują im dobry zarobek – tłumaczy rzecznik rzeszowskiej policji.

I tu, zdaniem seksuologów, znów kłania się problem edukacji seksualnej. – Naszym obowiązkiem jest nauczenie ich szacunku do swojego ciała i samych siebie. Udając, że problemy związane z seksualnością nie istnieją, tylko je pogłębiamy – mówi od lat dr Alicja Długołęcka. Ale nie zauważyła, żeby ktoś coś sobie z tego robił.

Juliusz Ćwieluch

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj