Ukrywali Żydów, dziś sami się ukrywają
Sprawiedliwi wśród narodu
W Polsce żyje 501 Sprawiedliwych, którzy w czasie wojny ratowali Żydów. Wielu z nich ukrywa się do dziś we własnych domach przed sąsiadami.
Bogdan Jastrzębski z Częstochowy z portretem uratowanej Krystyny Geisler, swojej późniejszej żony
Jacenty Dębek/Materiały prywatne

Bogdan Jastrzębski z Częstochowy z portretem uratowanej Krystyny Geisler, swojej późniejszej żony

Antoni Bocheński z Michałowic. Jego rodzice ukrywali w stodole czworo dzieci
Jacenty Dębek/Materiały prywatne

Antoni Bocheński z Michałowic. Jego rodzice ukrywali w stodole czworo dzieci

Na stronach internetowych nowojorskiej Żydowskiej Fundacji dla Sprawiedliwych można znaleźć biogramy 43 Polaków, którzy w czasie wojny z narażeniem własnego życia ukrywali Żydów. To jedynie niewielka część spośród żyjących w Polsce, którym Fundacja pomaga finansowo.

Większość nie godzi się na upublicznianie swoich danych, zdjęć i historii, dlatego jedynym do niedawna miejscem, gdzie można znaleźć ich nazwiska, była Ściana Sprawiedliwych w Instytucie Yad Vashem. Do niedawna, ponieważ od sierpnia 2009 r. nazwiska polskich Sprawiedliwych figurują na pomniku odsłoniętym w łódzkim Parku Ocalałych.

Yad Vashem daje tylko honorowe dyplomy i medale. Wsparciem zajmuje się Fundacja powołana w 1986 r. przez rabina Harolda Schulweisa. Jedną z pierwszych ośmiu podopiecznych Schulweisa była Irena Sendler, która uratowała w Warszawie setki żydowskich dzieci. Dziś Fundacja wspiera tysiąc osób z 23 krajów. W Polsce każdy z 501 Sprawiedliwych otrzymuje miesięcznie równowartość ok. 100 dol.

Jeżeli Sprawiedliwy potrzebuje pomocy, musi napisać do Fundacji w Nowym Jorku. W zasadzie wystarczy dołączyć dwa dokumenty: wyciąg emerytury i zaświadczenie o chorobach.

– W Polsce leki są tak drogie, że Sprawiedliwi, chociaż są ubezpieczeni, nie mogą się leczyć, bo mają bardzo małe emerytury – mówi Agnieszka Perzan z Fundacji. – Dlatego każda taka aplikacja jest zakwalifikowana do pomocy.

Z Nowego Jorku przeciętny polski Sprawiedliwy wygląda tak: jest stary (dobiega dziewięćdziesiątki), ubogi, schorowany i nie otrzymuje instytucjonalnej pomocy. Ma szczęście, jeśli mieszka w dużej aglomeracji takiej jak Warszawa lub Kraków. Ale jeżeli jest ze wsi, to żyje mu się znacznie gorzej.

– Często są w tragicznym stanie, klepią biedę i nie mają pieniędzy, żeby sobie węgiel na zimę kupić, więc siedzą w nieogrzewanych domach – mówi Agnieszka Perzan. – Jest mi przykro, że Polska o nich zapomniała i dostają pieniądze tylko od nas.

Sprawiedliwym mogłoby pomóc Polskie Towarzystwo Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, gdyby samo nie stało na granicy bankructwa. Do PTSWNŚ należy około 400 osób, które otrzymały dyplomy i medale z Yad Vashem, ale większość z nich nie stać nawet na zapłacenie 5 zł składki. Ciężar utrzymania Towarzystwa Sprawiedliwych spadł więc na barki Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu.

W ubiegłym roku Towarzystwo zdobyło pewną popularność na świecie, gdy z okazji dnia Holocaustu gościli na Kapitolu u prezydenta USA Baracka Obamy. – Jeździliśmy wtedy po Stanach Zjednoczonych i opowiadaliśmy studentom na uniwersytetach, ile dobrego Polacy dla Żydów w czasie wojny zrobili – mówi prezes Towarzystwa Anna Bando, której rodzina przechowywała Żydów w dwupokojowym mieszkaniu na Żoliborzu.

Niestety Towarzystwo nie może się pochwalić podobnymi medialnymi sukcesami w Polsce. Trudno jest nawet odnaleźć warszawską siedzibę Sprawiedliwych, gdyż nie ma żadnego szyldu. – Wspólnota mieszkańców nie chce takiej tablicy na budynku – mówi Anna Bando i wspomina, że problemy zaczęły się już trzy lata temu, gdy wyszło na jaw, co to za biuro mieścić się będzie w kamienicy. Wtedy prezes Bando po raz pierwszy usłyszała, że sąsiedzi nie życzą sobie, by im się Żydówki kręciły po korytarzach (co wskazywało, że nie rozróżniają zbytnio Sprawiedliwych od Ocalonych).

* * *

79-letni Antoni Bocheński mówi, że z pewną niechęcią do Sprawiedliwych zetknął się już zaraz po wojnie (wtedy jednak nikt ich tak nie nazywał). Jego rodzice ukrywali w stodole w Michowicach czwórkę dzieci. – Tuż po wojnie nikt z tego nie robił żadnego bohaterstwa – wspomina.

Gdy po wejściu do wsi Rosjan 15 stycznia 1945 r. Salcia, Janek, Lubka i Moniek Granatowie wyszli z kryjówki, którą w sianie przygotował im ojciec Antoniego, poszli do Dzierżoniowa i na wiele lat słuch o nich zaginął.

– Nie było się czym chwalić – mówi Bocheński. – Ukrywanie Żydów przynosiło raczej ujmę niż chwałę. Jeden z sąsiadów ze wsi mówił nam, że bardzo źle zrobiliśmy, ratując tych Żydów, bo nie zasługują na naszą pomoc z powodu swojej religii.

Granatowie odnaleźli Bocheńskiego w latach 80. ubiegłego wieku. Najpierw przez znajomych posyłali drobne upominki, a potem złożyli przed izraelskim notariuszem świadectwo ocalonego. Antoni Bocheński tytuł Sprawiedliwego otrzymał 20 lat temu. Dyplom schował do szafy. – Nie chwaliłem się nim – mówi. – Ale byłem dumny z moich rodziców, że ich było stać na taką odwagę.

Antonina Wyrzykowska z Janczewka koło Jedwabnego przez ponad dwa lata przechowywała w chlewie siedmioro ludzi. „Zaznaczam, że byli bez centa – pisała we wspomnieniach – nie chodziło mnie o pieniądz, ale o ratowanie życia ludzkiego”.

Już po wyzwoleniu została za to pobita przez sąsiadów. W marcu 1945 r., opowiada, zażądali wydania ostatniego ukrywającego się w jej gospodarstwie Żyda. Gdy Wyrzykowska odmówiła, została dotkliwie pobita przez sześciu mężczyzn.Po wyzwoleniu byłam wielokrotnie bita, więc musiałam opuścić rodzinne strony” – pisała. Osiedliła się w Bielsku Podlaskim, gdzie przy wsparciu jednego z ocalonych kupiła gospodarstwo rolne. Po śmierci męża wyjechała do USA. Jeszcze w ostatnich latach Wyrzykowska bała się ujawnić prawdę o okolicznościach zbrodni w Jedwabnem, a listy, które dostawała od ocalonych, paliła zaraz po przeczytaniu. Dziewięć lat temu burmistrz Jedwabnego, by zmyć antysemicką hańbę z miasteczka, wpadł na pomysł, by miejscowej szkole nadać imię Antoniny Wyrzykowskiej. Pomysł był dobry, ale radni się na to nie zgodzili.

Podobne kłopoty spotkały rodzinę 83-letniego Kazimierza Adameczka ze wsi Charlejów koło Kocka, która ukrywała dwie dziewczynki: Blimę Kurchant i Dorkę Ajzenberg. Sąsiad wytropił, że Adameczkowie ukrywają Żydów i doniósł o tym partyzantom. Następnego dnia w gospodarstwie pojawili się ludzie, którzy grożąc Stanisławowi Adameczkowi śmiercią, zażądali wydania dziewczynek. Nawet już po wyzwoleniu partyzanci wielokrotnie nachodzili Adameczka. Blima pozostała w Charlejowie pod zmienionym nazwiskiem. Żyje tam do dziś. Adameczek zmarł na zawał serca po kolejnej wizycie w 1946 r. – Ocaleni i ocalający przyrzekli sobie wtedy, że nie będą o tym, co działo się w czasie wojny, wspominać, by nikogo nie narażać – opowiada prawnuk Stanisława Hubert Adameczek. Tajemnicę tę utrzymywano ponad 40 lat. Dopiero w połowie lat 90. Blima Kurchant poinformowała Instytut Yad Vashem, że Feliks i Stanisława Adameczkowie uratowali jej życie. Teraz walczy o uhonorowanie tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata również ich syna Kazimierza. W liście do Yad Vashem napisała, że gdy przyszedł sąsiad konfident, ona i Dorka ukrywały się pod stołem, a Kazik robił wszystko, by odwrócić uwagę wścibskiego sąsiada.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj