Pilot: prezydent nigdy na mnie nie naciskał
Rozmowa z Tomaszem Pietrzakiem, byłym dowódcą 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który za sterami Tu-154 wylatał 2,5 tys. godzin.
Tomasz Pietrzak, były dowódca specjalnego pułku lotniczego, który odpowiada za transport vipów
Robert Kowalewski/Polityka

Tomasz Pietrzak, były dowódca specjalnego pułku lotniczego, który odpowiada za transport vipów

Paweł Wrabec: Jak na pilota działa świadomość, że prócz przełożonych ma na pokładzie aż tyle ważnych osobistości?

Tomasz Pietrzak: Owszem to silna presja, dlatego nie każdy pilot może usiąść za sterami Tu- 154. Przy pomocy badań psychologicznych eliminuje się pilotów, którzy zbyt łatwo ulegają emocjom. Zdarzało się, że koledzy byli po takich badaniach odsuwani od wożenia VIPów. Dla mnie jest obojętne, kogo mam na pokładzie. Kiedyś wiozłem dowódcę sił powietrznych. Ze względu na lekko uszkodzoną oponę powiedziałem, że nie wystartuję. Zganił mnie, czyniąc wyrzuty, że inny nie robiłby z igieł widły. Ale ja okazałem się twardy i się postawiłem, choć liczyłem się z tym, że na mój awans dobrze to nie wpłynie.

Czy jeśli była presja ze strony pasażerów, którzy jakoby mieli wymusić na pilocie lądowanie, dowiemy się tego z zapisu czarnej skrzynki?

Sądzę, że tak, bo to co dzieje się w kabinie pilotów samolotu jest nagrywane.

Czy gdyby Prezydent leciał inną nowoczesną maszyną udałoby się uniknąć tragedii?

Uważam, że to było bez znaczenia. Jeśli idzie o urządzenia nawigacyjne, maszyna była dobrze wyposażona.

Tak samo jak maszyny lotowskie?

Nie, one mają awionikę o klasę lepszą. Ale w tym przypadku nie miało to znaczenia. Po to, by można było wykorzystać urządzenia, muszą one współpracować z tymi na lotnisku. A tych, niestety, w Smoleńsku nie było. Pilot siedzący za starami boeinga 737 czy airbusa A320 dysponowałby takimi samymi informacjami jak kapitan prezydenckiego tupolewa.

Skoro lotnisko jest tak źle przygotowane, to czemu pilot podjął ryzyko mając na pokładzie tak ważne osoby?

To nie pytanie do mnie, ale do organizatora lotu. Wybrano lotnisko w Smoleńsku, bo stamtąd jest najbliżej do lasu katyńskiego. O tym, gdzie samolot ma lądować, decyduje się przed startem.  Gdy ja latałem rządowym samolotem zdarzało się, że zgłaszałem swoje sugestie i były one uwzględniane. Gdy prognozy były złe, przesuwano start o kilka godzin i problemu nie było. Kilka razy zdarzyło się lecieć dalsza trasą. Pan prezydent nie robił z tego problemu. Z żadnymi naciskami ze strony głowy państwa w czasie lotu nigdy się nie spotkałem.

Ale przecież były fatalne warunki atmosferyczne, wieża ostrzegała przed nimi. Gdyby pan siedział na miejscu pilota...

Nie siedziałem i przy obecnym stanie wiedzy nie wiem, jaką bym decyzję podjął. Powiem tylko, że zdarzało mi się lądować tupolewem nawet na gorszych lądowiskach, przy złych warunkach atmosferycznych, gdy tylko pozwalała widoczność. Proszę pamiętać, że kiedy tupolew startował z Okęcia, pogoda w Smoleńsku była znakomita, zaczęła się zmieniać w trakcie lotu. Pilot podejmując decyzję o lądowaniu wiedział, że godzinę wcześniej wylądował Jak 40 z dziennikarzami na pokładzie. Wiedział przecież, że gdyby warunki całkiem uniemożliwiały lądowanie, lotnisko zostałoby po prostu przez Rosjan zamknięte. Liczył na to, że nawet jeśli jest mgła, to za chwilę się przejaśni. Postanowił zrobić próbę i doszło do katastrofy.

Gdy samolot ściął antenę pilot mógł opanować jeszcze maszynę?

Uderzenie przy takiej prędkości musiało mieć potężną siłę, samolot mógł zostać poważnie uszkodzony.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj