Jasne i ciemne strony tabloidów
Szybciej krócej głośniej
Gdy mówimy o kulturze tabloidowej lub tabloidyzacji prasy radia i telewizji znajdujemy się w centrum debaty o najistotniejszych problemach współczesności a nie – jak chciałaby większość jej krytyków – o jej dewiacyjnych obrzeżach
Tabloidy przeorały praktykę dziennikarską ostatnich kilkunastu lat
Seth Tisue/Flickr CC by SA

Tabloidy przeorały praktykę dziennikarską ostatnich kilkunastu lat

Uncleweed/Flickr CC by SA

Początki dojrzałej audiowizualnej kultury tabloidowej związane są najsilniej z telewizją, a szczególnie z programem „America's Most Wanted”, jego producentem Johnem Walshem i stacją nadawczą Fox Television Network. Walsh ściśle współpracował z policją w poszukiwaniu zbiegłych przestępców. Wyglądało to na ogół tak, że policja ochoczo pomagała rekonstruować zdarzenia: prawdziwi byli funkcjonariusze, broń, lokalizacja, scenariusz wydarzeń, a groźny przestępca „grał” oczywiście samego siebie. Producent wysłał do publiczności bardzo czytelny przekaz: „Nie jestem policjantem ani śledczym. W USA jest w tej chwili 280 tys. zbiegłych bandytów i to społeczeństwo amerykańskie ma szansę powiedzieć, że nie jest obojętne w tej sprawie”.

I nie było: ponad 2 tys. Amerykanów dzwoniło po programie do stacji, żeby podzielić się uwagami, poprzeć inicjatywę obywatelską lub po prostu powiadomić o niepokojących obserwacjach. Policja była zadowolona z takiej pomocy, obywatele poczuli się coraz lepszymi obywatelami, natomiast telewidzowie mieli przyjemność oglądania kolejnych prawie prawdziwych działań stróżów prawa.

 

Wstaw sobie prezydenta

W ślady Foxa poszły magazyny informacyjne. Powstało pojęcie tabloidowych newsów. Charakteryzowały się pomieszaniem życia publicznego z prywatnym, używaniem sensacyjnego stylu, sceptycznego czasem, ale zawsze populistycznego tonu i zaciemnianiem granicy między dokumentem a fikcją, między informacją a rozrywką. Były one na ogół superemocjonalne, a nacisk kładły na melodramatyczne rozstrzygnięcia, używając często ironii i humoru. Co ważniejsze: przedstawiały głosy tych, których nie można było usłyszeć w poważnych wiadomościach. Ich główny wyróżnik polegał na byciu dziwacznym i odmiennym – widoczna jest tutaj reakcja przeciwko gustom z wyższej półki. Koncentrowały się na ogół na aktach społecznego i moralnego bezładu.

Interesujące jest, że tabloidowa kultura jest w zasadzie słabo zgenderowana (upłciowiona? – przepraszam za słowo, ciągle szukam odpowiednika) – na ogół przedstawia na równi męski i kobiecy punkt widzenia. Repertuar jej tematów to: seksualne dwuznaczności (a najlepiej wykorzystywanie seksualne dzieci i kobiet), kłopotliwe relacje rodzinne, zjawiska paranormalne wymykające się interpretacji nauki. Tabloidy jednocześnie pokazują, że to, co wydawało nam się normalne, takim nie jest – natomiast dotychczasową egzotykę przedstawiają jako zdarzenia banalne. Udziwnianie normalnego i jednoczesne banalizowanie dziwacznego – o to chyba najbardziej chodzi w kulturze tabloidowej.

Tabloidy przeorały praktykę dziennikarską ostatnich kilkunastu lat. Z jednej strony stała się ona drapieżna i krwiożercza. Z drugiej – dziennikarstwo zaczęło być łączone z wyrazistymi orientacjami politycznymi i koncepcjami teoretycznymi. Na przykład: podkreśla się, że to prezydentura Ronalda Reagana była doskonałym przykładem wzrostu znaczenia mediów, znikania granicy między znakiem a referentem, powstawaniem sytuacji, w której dominującą logiką kultury jest niekończące się przejście od przedstawiania do symulacji. Jak ma być inaczej – mówią analitycy – skoro słabiutki aktor dzięki znajomości oszukańczych praktyk przemysłu medialnego został prezydentem światowej superpotęgi?

Z kolei komik David Sternberg puścił w obieg określenie, którego używamy nie tylko w stosunku do mieszkańców domu Wielkiego Brata: „Nie jestem prezydentem, ale odgrywałem kiedyś prezydenta w TV”. A w tym samym czasie wyborczym demokraci porównywali oddziaływanie najważniejszego medium i demokracji w ten sposób: „Z elekcją jest jak z interaktywną telewizją: głosujesz po to, żeby na cztery lata wstawić kogoś na ekran telewizora i wyrzucić kogoś innego”. Media są więc wszechwładne, a najpotężniejsze są te, które trafiają w proste gusta jak najszerszej publiczności.

 

Najniższy wspólny mianownik kultury

Nie dziwią więc obszary zainteresowań kultury tabloidowej. Jeden z ważniejszych to system sprawiedliwości śledzony z niezwykłą uwagą (dobrym przykładem był proces O.J. Simpsona). A w TV tabloidowej niekończąca się parada „śmieciowych”, konfrontacyjnych, dziwacznych rozmów, sitcomów i reality shows, sygnowanych nazwiskami od Jerry'ego Springera, Jenny Jones, Jackassa, Dirty'ego Sancheza aż do Kuby Wojewódzkiego, Kiepskich, Big Brothera, Łysych i blondynek, a nawet wielu wydań polskich newsów prawie wszystkich stacji. Telewizję-śmiecia zapowiadały przemiany w kinie dokumentalnym oraz działalność twórców wideo rejestrujących „samo życie”.

Telewizja-śmieć to na ogół przykłady produktu-towaru, który w kulturze wyznacza pozycję najniższego wspólnego mianownika. Chodzi w niej o to, żeby jak najwięcej towaru niskiej jakości (a więc także wyprodukowanego za niewielkie pieniądze) sprzedać jak największej liczbie odbiorców. Widownia ma otrzymać prosty obraz samej siebie albo przynajmniej w to uwierzyć.

Zdecydowana większość uczestników ekscentrycznych shows to ludzie zwyczajni, którzy chcą zaistnieć w telewizji. Co to znaczy być w telewizji? To w pewien sposób grać siebie samych. I tak na przykład pierwsi uczestnicy „Randki w ciemno” byli przekonani, że gdy producent prosił ich o naturalne zachowanie, to powinni kląć i świntuszyć, bo tak się robi w telewizji.

Talk-show tego typu jest ważnym doświadczeniem poznawczym, gdyż funkcjonuje pomiędzy fałszem a prawdą. Rzecz polega na tym, że producenci chcą programów przewidywalnych – muszą więc opierać się na scenariuszach. Z drugiej zaś strony talk-show domaga się emocji, a te najpewniej budowane są na podłożu autentycznych zachowań. Ludzie grają siebie: to rzeczywiste działanie, ale jest ono jednocześnie przedstawieniem; granie siebie bywa autentyczne, ale rządzi się niewątpliwie regułami przedstawienia. W większości ekscentrycznych talk-shows najczęściej używanym słowem jest prawda: prowadzący o nią pyta, publiczność w studiu nieustannie o niej mówi, a zaproszeni goście twierdzą, że tylko prawda wychodzi z ich ust. Gdy tymczasem to, co w istocie talk-show tego typu ma do zaproponowania, to zamazanie granicy między prawdą i fałszem – uczynieniem jej na dłuższą metę nieużyteczną.

 

Prawda własnego doświadczenia

W tego typu prezentacjach mamy na ogół do czynienia z prawdą własnego doświadczenia życiowego. Jakkolwiek ludzie wierzą w ekspertów, to jeszcze bardziej wierzą, że sami są ekspertami w zakresie prawdy swojego życia. Tym bardziej że doświadczenia tego typu są silnie powiązane z terapeutycznym charakterem tego gatunku telewizyjnego. Na przykład wiele rozmów telewizyjnych, polegających na intymnych wyzwaniach (confession talk show), porusza ważne problemy społeczne, ale nie są one w stanie połączyć jednostkowych faktów z rozleglejszym społecznym kontekstem. Zatem czy ekscentryczny talk-show pozwala ludziom lepiej zrozumieć świat, czy też mamy raczej do czynienia z sytuacją, w której terapeuta zastępuje eksperta i staje się głosem, przez który przemawia społeczna emocja?

W latach 70. w Wielkiej Brytanii powstał ruch nazwany Social Action Broadcasting, który szerzył ideę tworzenia społeczeństwa obywatelskiego w dużym stopniu wykorzystującego media (telewizję w szczególności). Stwierdzenie, że telewizja nie reprezentuje poglądów społeczeństwa, lecz jedynie elitarny punkt widzenia, prowadziło do przekonania, że „zwykli ludzie” powinni wypowiadać się także poprzez inne alternatywne gatunki.

Patrzę na to jednak z niedowierzaniem i myślę, że różnica między wczesnymi filmami Michaela Moore'a a późniejszym, nagrodzonym Oscarem, każe wątpić w możliwość istnienia takich rozwiązań. Moore w najgłośniejszym wczesnym filmie („Roger and Me”) chciał porozmawiać z szefem General Motors, żeby dowiedzieć się o przyczynach zamknięcia zakładów w swojej rodzinnej miejscowości. Był gniewnym filmowcem, który występował w imieniu swoich widzów, nie przestając być niepokornym artystą. W nagrodzonym „Fahrenheit 9/11” z pozycji artysty przeszedł na stronę „ludu” (flirtując z władzą instytucji kinematograficznych) – manipulował, wykrzywiał fakty i włączał je w jednoznaczny politycznie kontekst. Krytykował, ale nie był krytyczny; był emocjonalny, ale nie zdystansowany. A o taką mniej więcej postawę chodzi w tabloidowej kulturze.

 

Sprawdzian wykonania

Czasem mówi się, że kicz z tabloidem w jednej chodzą parze. Gdy teoretycy sztuki wprowadzają pojęcie człowieka kiczowego i świadomości kiczowej, to rozsądnie pytają, czy zła jest sztuka, czy też źli są odbiorcy. Ci ostatni deprawują sztukę swoim złym odbiorem, stymulują produkcje dzieł dostosowanych do ich gustów. Kicz to „rak na zdrowym ciele sztuki”: także – jak tabloid – polega na wybujałej uczuciowości, na nastawieniu na własne przeżycia – jest ogólnie nieautentyczny. Ale widzę tu jednak podstawową różnicę. Bo o ile oceniając cokolwiek jako kicz znamy podstawę (czyli mamy pojęcie, czym jest sztuka w danym momencie), wobec której nastąpiła degeneracja, to z tabloidyzacją tak nie jest. Nie wiemy na ogół, jaki temat już należy do sfery poważnej, a jaki jest pozbawiony tej cechy. W przypadkach krańcowych i oczywistych – zgoda. Ale już reality show pokazuje, że mogą uprawiać go najbardziej poważne z publicznych stacji, również najpoważniejsze tematy, zrobione w nieudolny czy po prostu głupi sposób, mogą należeć do sfery tabloidu.

Wydaje się więc, że to raczej wykonanie niż temat świadczy o przynależności do sfery tabloidu. Waham się ciągle przed jednoznacznym potępieniem przejawów tej kultury. Znajduję tam sporo obszarów, którym pozostała kultura nie jest w stanie sprostać i zainicjować aktywność odbiorczą. Na przykład: na sferę publiczną może mieć ogromny wpływ upowszechnienie się zwyczaju prezentowania w mediach głosu nieeksperckiego, zwyczajnych ludzi.

Tabloidy naprawdę mogą wiele dobrego zrobić, gdy bazują na takiej aktywności mas, odczuwających własną dynamikę i władzę. A jednak jej twórcy nie potrafią iść dalej: czyli zmuszać odbiorców do widzenia szerzej, głębiej, uruchamiając wiele kontekstów.

Fakt eksperymentalny

 

Polskie tabloidy prasowe „Fakt” i „Super Express” stosują większość starych dobrych chwytów swoich wzorców, takich jak „Bild”, „The Sun”, „Daily Star”. Krzyczą, biorą w obronę i występują w imieniu zwykłych ludzi oraz przedstawiają sensacyjno-prostacki obraz świata, zawsze łączący wydarzenia z górnej społecznej półki z krwiożerczą informacją z dołów. A przy tym świadomie balansują na granicy prawdy–nieprawdy, wprowadzając w królestwo dwuznaczności.

Przyjrzyjmy się jednemu zdarzeniu medialnemu, które w maju 2005 r. stworzył „Fakt”.

16 maja czytelnik dowiedział się na pierwszej stronie, że „Zamienili się żonami. Tego jeszcze w Polsce nie było! Zaczynamy eksperyment rodzinny. To będzie szokujące doświadczenie. Dwie rodziny – Aleksanderków i Skórów czeka prawdziwe trzęsienie ziemi” (Brytyjski kanał telewizyjny Channel 4 od stycznia 2003 r. emitował show „Wife Swap” – zamiana żon – oparty na takim właśnie pomyśle. Program był hitem w Wielkiej Brytanii, a w 2004 r. w USA – przyp. red.).

Na rozkładowych stronach „Fakt” informuje o wielkim i niebywałym eksperymencie, ale tym razem socjologicznym, którego zasady wyjaśnia psycholog. Ten mówi o możliwości „śnienia” przez uczestników „nowego życia”, rządzącego się zupełnie innymi regułami niż to, którego doświadczali dotychczas. Retoryka najwyraźniej zmierza w kierunku „dania sobie luzu”, czyli wakacji od dotychczasowych obowiązków.

Ale też czytelnik dostaje sygnały o rozmaitej wartości: rodziny mają być „odważne”, powinien zostać stworzony „wspólny front na rzecz przetrwania dwóch przedziwnych tygodni”. Stwierdza się też, że z tego zrodzi się „przyjaźń. A może coś więcej...”, co jest najwyraźniej sugestią nawołującą do promiskuizmu – czyli łatwego nawiązywania przygodnych stosunków seksualnych. Istotnie, chyba w tym kierunku rzeczy zmierzają, skoro „Fakt” zapomniał poinformować czytelników o swojej obsesji pieniądza (ani słowa o nagrodzie finansowej dla uczestników). To, że 25-letnia Estera „uwielbia serial »M jak miłość«, pizzę i martini. Jest wybuchowa i dynamiczna. Wszędzie jej pełno”, nie może wystarczyć czytelnikom „Faktu”, nauczonym pytać zawsze i wszędzie o kasę. Dowiadujemy się wprawdzie o dotychczasowym przebiegu kariery, wykształceniu i zainteresowaniach przyszłych gwiazd. Pikanterii dodaje także informacja, że młodzi bohaterowie, wykształceni powyżej polskiej średniej normy, nie mają stałej pracy lub są od dłuższego czasu bezrobotni. Nie dowiadujemy się od nich najważniejszych rzeczy: po co to wszystko robią i czego oczekują po ukończeniu dość ryzykownej zabawy.

„Pierwsza noc z cudzą żoną” na jedynce „Faktu” z 17 maja nie pozostawia wątpliwości: „spędzić noc z kimś” stanowi w polszczyźnie jednoznaczny frazeologizm, oznaczający odbycie stosunku seksualnego. „Pierwsza noc” potwierdza dodatkowo, że będą następne i sprawa jest rozwojowa, na pewno bohaterowie „noc mają za sobą”. Ale z tekstu na następnych stronach nic takiego nie wynika: jeden z mężczyzn „wzrokiem dał znać, że wolałby spać w pokoju telewizyjnym”, w drugim przypadku – „położyli się do osobnych łóżek, patrzyli na siebie z nieskrywaną sympatią”.

18 maja czytelnika „Faktu” wita tytuł: „Nasi mężowie to lenie!”. Panowie Adam i Marcin piją piwo, oglądają telewizję i nudzą się. „Eksperyment”, będący w istocie karykaturą jakiegokolwiek postępowania badawczego, „obnażył wady mężczyzn”. Psycholog zaś obwieszcza zbliżający się wielki przełom. Skoro miał być kryzys, to zawsze można go znaleźć – i oto 19 maja pierwsza strona obwieszcza: „Kryzys! Estera ma dość nowego męża”. Psycholog uspokaja, że małżeństwa przeszły kryzys, polegający na załamaniu komunikowania i niebawem „wyciągną wnioski z błędów”. Ponieważ świat wydaje się twórcom tej zabawy miejscem nieustannego falowania nastrojów i połączeniem przeciwstawnych emocji, to i nic dziwnego, że następnego dnia, 20 maja, wita nas informacja: „Szok! Wczoraj kłótnia, dzisiaj do łóżka”.

Teraz to czytelnik nie ma wątpliwości, że doszło do kontaktu seksualnego, gdy czyta: „A już następnego dnia wylądowała z Adamem w łóżku”. Wprawdzie i rozkładowa strona z bardziej szczegółowymi opisami nie przynosi żadnych wątpliwości („Estera i Adam idą do łóżka”, „Chwilę później Adam i Estera byli już w domu. W jednym łóżku!”), ale uważny czytelnik może osłupieć. Bo oto z pamiętnika Estery wynika: „No i bardzo długo gadaliśmy w łóżku! Oczywiście każde pod swoją kołdrą...”.

Można zgłupieć, mówiąc językiem tabloidu: miał miejsce akt seksualny dwojga ludzi płci przeciwnej niebędących małżonkami czy też nie? Tytuły, nadtytuły, leady – krzyczą jednoznaczne – tak. Ale jest jakaś dwuznaczność w tym wszystkim – potęguje ją wreszcie stanowcze „nie” samej zainteresowanej.

Opisane zdarzenie medialne ukazuje jedną z głównych cech tabloidowej kultury, w moim przekonaniu najgroźniejszą. Bo ja w tym „eksperymencie” nie tak bardzo obawiam się o zdrowie psychiczne i nastroje uczestników. Nie obawiam się też o demoralizację publiczności i szerzenie zgorszenia moralnego, nie tylko dlatego, że są obszary poważniejsze, na których może się to zdarzyć.

To, co w tym wszystkim najgorsze, to nieuczciwy stosunek do własnego czytelnika. Tego, który ma patrzeć na ręce każdej władzy i instytucji. Który ma być zasadniczo uczciwy uczciwością bezwzględną wobec wszystkich ogólnie i każdego z osobna. Który powinien gromić premiera, gdy ten „przykleja się do stołka”, ale po kilku dniach chwalić go, gdy odwołał nieudolnego i skorumpowanego urzędnika. Wydaje się, że tego właśnie uczyły polskie tabloidy: dość prymitywnie rozumianej, ale jednak radykalnej pojmowanej krytyki niedostatków życia społecznego (co jednak trudno pomylić z postawą krytyczną).

I oto czytelnik otrzymał sygnał: do nas to nie stosuje się. Prowadzimy z Tobą, drogi Czytelniku, taką oto grę, w której nie wiesz, kto, za ile i co zrobił. To my określamy reguły tego świata, do którego Cię wprowadzamy.

 

Polityka tabloidowa

Tabloidy uwielbiają gwiazdy i odwrotnie: tylko gwiazdy czasem udają, że z brukowcami i paparazzi im nie po drodze. O tym napisano sporo i te związki wydają się ścisłe, pomimo rozmaitych protestów osób z branży medialnej, którym czasem udaje się przeforsować sądowy zakaz pisania o nich. Myślę jednak, że obok tego znanego wątku do zastanowienia pozostaje współtworzenie polityki przez tabloidową kulturę. Bo to nie tylko prezydent Kwaśniewski hasał na estradzie w rytmie disco polo, ale także cała gromada zacnych polityków robiła to lub chciała tego, tylko nie miała odwagi. Wszystko przed nami, gdy myślę o polskiej jesieni wyborczej. A co mianowicie?

Gdy w „Powrocie z przyszłości” zadane zostało w latach 50. podchwytliwe pytanie przybyszowi z lat 80.: „Kto został w jego latach prezydentem USA”, to wówczas pada prawdziwa odpowiedź: Ronald Reagan. I to stwierdzenie w filmie zostaje uznane przez widzów dojrzałej kariery tego aktora za niezbyt mądry żart. Gdyby z kolei nieco przesunąć tę zabawę w czasie i spytać w latach 80. powracających z pierwszych lat XXI w.: „Któż jest gubernatorem Kalifornii”, to obawiam się, że wskazanie na kulturystę uwielbiającego demolkę spowodowałoby jako reakcję już tylko wzruszenie ramion. I to obrazuje skalę przemian, której wszyscy ulegliśmy.

Media i kultura tabloidowa są ważne bez dwóch słów. Jeśli wykorzystując jej cechy można zwiększyć swoje szanse wyborcze – to jest tym bardziej ważna. Ale jej szatańskie oddziaływanie polega na czymś innym niż tylko na lekceważeniu tradycyjnych zasad moralnych. Demonizowana przez główny nurt dziennikarstwa oraz przez twórców opinii potrafi jednak tak silnie zaangażować wyobraźnię popularną, jak nie udaje się to od lat uczynić mediom ważniejszym i posiadającym (lub sądzącym, że ją posiadają) legitymację orzekania o tym, co dobre, a co złe. Próbują więc (świadomie lub mniej świadomie: to już inna kwestia) naśladować ją: zmieniają formaty, eksperymentują z headline'ami (zapowiedzi), dopuszczają szarego człowieka do wypowiedzenia pół zdania, utrzymując w tym wszystkim szaleńcze tempo wideoklipu. A to prowadzi do niekontrolowanego zanurzania treści poważnych w oceanie miałkich spraw kultury tabloidalnej. Niczym dobrym nie może skończyć się takie postępowanie.

Co robić? Ponieważ nie ja jeden postawiłem to pytanie, to i mogę odpowiedzieć tylko na jego mały fragmencik. Trzeba nam odczarować i oddemonizować tabloidy, a na pewno zastosować wobec nich najsilniejszą zasadę człowieka mądrego, czyli regułę krytycznego zdystansowania. A ona wymaga lektury i interpretacji, a nie tylko łypnięcia okiem. Następnie trzeba o tym rozmawiać, pisać, urządzać debaty w telewizji publicznej. Z kolei media spoza kręgu tabloidów muszą patrzyć sobie na ręce i co chwila pytać: czy już nie posunęliśmy się za daleko.

Czasu pozostało niewiele, bo za chwilę wszyscy jak jeden mąż spotkamy się na forum internetowym. W nowym medium, które już jest tabloidem. 
 
 
prof. dr hab. Wiesław Godzic (52 l.), zajmuje się naukowo filmem i mediami, pracuje w Instytucie Sztuk Audiowizualnych UJ i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.  
 
 
Ściśnięty przekaz

Tabloid (ang. ściśnięty) to typ mediów lub przekazu medialnego. Historycznie – typ gazety wydawany w specjalnym małym formacie. Tabloid skierowany jest do masowego odbiorcy (krótkie teksty, sensacyjne tematy), który podróżuje środkami komunikacji miejskiej, a mniejszą gazetę łatwiej w nich czytać. Za pierwszy tabloid w historii uważany jest angielski dziennik „Daily Mirror” założony w 1903 r. Podział na gazety o mniejszym formacie i bulwarowej treści oraz na tzw. quality-papers, dzienniki poważne (a przy okazji prawie dwa razy większe, do czytania za biurkiem) mocno się teraz załamuje. W ostatnich latach opiniotwórcze światowe tytuły („Times”, „Independent”, „Die Welt”) zmniejszają format na tabloidowy, pozostając przy poważnych treściach. Te zabiegi przyniosły im wzrost sprzedaży. Podobne procesy co do formy i treści przekazu zachodzą w mediach elektronicznych.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj