szukaj
India Curry *****
Adres: Warszawa, ul. Żurawia 22

Jest pewna egzotyczna kuchnia, która może spokojnie konkurować chińską. Wiem, wiem – nie ma jednej kuchni chińskiej. Sam pisałem częstokroć o różnicach między kuchnią syczuańska, kantońską i pekińską. Ta kuchnia o której chcę opowiedzieć jest diametralnie różna od wszelkiej chińszczyzny. Jest też całkowicie inna niż większość smaków z Dalekiego Wschodu.

Chodzi mi o kuchnię Indii. To także wielki kraj i ma wiele zróżnicowanych smaków w zależności od miejsca, w którym chcemy ucztować. Ale jest parę wyróżników, które pozwalają nam nawet nosem, a co dopiero gdy użyjemy języka i podniebienia, rozpoznać smakołyki rodem z Indii. Chyba każdy zna zapach i smak curry, omdlewającą woń olejków ( zwłaszcza różanego) czy aromat szafranu. To nie jest – moim zdaniem – kuchnia na co dzień. Taką kolację jadam z wielką przyjemnością raz na jakiś czas.

Jest w Warszawie kilka restauracji hinduskich. Do niedawna najczęściej jadałem w Maharaji. Zawsze wychodziłem z lokalu przy Marszałkowskiej w pełni usatysfakcjonowany. Tym razem odwiedziliśmy lokal przy Żurawiej, trochę schowany w głąb od ulicy dzięki czemu bardziej zaciszny, ale – sądząc po liczbie gości – cieszący się dobrą opinią. Wśród gości zauważyłem sporo smagłolicych klientów swobodnie porozumiewających się z kelnerami co świadczy tylko dobrze o tutejszej kuchni. India Curry – bo tak nazywa się ta -  ma w sobie nastrój typowy dla restauracji z tamtej części Azji. A przede wszystkim woń przypraw nastrajających nowych gości pozytywnie do tego, co ich tu czeka.

Karta dań, jak w większości lokali azjatyckich całkiem obcych smakowo nadwiślańskim podniebieniom, ostrzega gości przed zaskakującymi a czasem dla niektórych przykrymi niespodziankami i przy nazwach potraw zamieszcza wizerunek czerwonej papryczki. Brak papryczki oznacza danie łagodne. Jedna papryczka to lekka ostrość; dwie – nieco silniejsze szczypanie w język i gardło; trzy – to zapewne tornado ostrości. Choć prawdę mówiąc, bo jadłem trzypapryczkowe krewetki, i te najostrzejsze dania kucharz nieco złagodził. W Sri Lance, która jest przecież kulinarna siostrą Indii, jadałem znacznie ostrzejsze dania. Tym, którzy chcą spróbować mocy curry lub chili a nie zrujnować sobie przełyku, doradzam zamówienie jogurtu. Ja zawsze wybieram ten słony i z odrobiną kolendry. Jest pyszny i działa jak balsam na spalone podniebienie.

Z pośród wielu przekąsek zawsze wybieram samosę. Tym razem piramidka z ciasta zawierała farsz warzywny. Nie podejmuję się rozwiązać zagadki jakie zioła były wewnątrz samosy. Używać jogurtu nie musiałem. Nieco ostrzejsze były warzywa z grilla, a najbardziej pikantny – kurczak z pieca tandoori.

Dania główne stanowiły przede wszystkim  krewetki. Trzy kociołki postawione na podgrzewaczach - by danie nie wystygło a goście nie musieli się spieszyć - pełne były sosów, orzeszków, warzyw stanowiących podkład różnej ostrości dla delikatnych krewetek. W czwartym kociołku pływała też w gęstym sosie baranina. Krucha, aromatyczna i lekko nawet słodkawa. Do tych dań wybraliśmy zamiast ryżu chleb naan. Ten rodzaj pieczywa pozwala oddać kelnerowi talerz wyczyszczony z sosu do cna. A prawdę mówiąc miękki, ciągnący się jak guma a miejscami przypieczony na chrupko naan jest smaczny sam w sobie.

Mocną stroną – zwłaszcza dla miłośników słodyczy – są desery. Zakończyliśmy ucztę małymi pączkami podawanym na gorąco w sosie karmelowym i mrożonym kajmakiem z płatkami migdałów. Na szczęście dla nas desery podawane są w maciupeńkich porcjach. Dzięki temu wyszliśmy z tej potyczki zwycięsko.

Jestem przekonany, że nie była to nasza ostatnia wizyta w India Curry.

Tel. 22 438 93 50, www.indiacurry.pl

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj