szukaj
Sarmaci w roli pośredników
Krzyżowanie się wpływów kultury Wschodu z cywilizacją zachodniej i środkowej Europy następowało w wielu miejscach. Unia z Litwą włączyła również Polskę do tego procesu. Szlachecka Rzeczpospolita stała się chyba największym tyglem cywilizacyjnym ówczesnej Europy, w którym powstały oryginalne kształty kulturowe.
Stanisław Antoni Szczuka w reprezentacyjnym czerwonym kontuszu tradycyjnym sarmackim stroju
Wikipedia

Stanisław Antoni Szczuka w reprezentacyjnym czerwonym kontuszu tradycyjnym sarmackim stroju

W XVII w. punkt ciężkości olbrzymiego państwa przenosi się wyraźnie ku wschodowi. Wpływy wschodnie nie musiały być wcale wnoszone z zewnątrz: reprezentowali je przecież od pokoleń osiadli na Rusi i w Wielkim Księstwie Ormianie, Karaimi i Tatarzy. Z nich to rekrutowali się najlepsi eksperci do spraw Krymu i Wysokiej Porty, najbardziej zaufani wywiadowcy (żeby nie powiedzieć wprost: szpiedzy), informujący o zamiarach chanów i sułtanów, wreszcie kupcy pośredniczący w sprowadzaniu na krajowe rynki towarów wschodnich. W tej ostatniej roli niezastąpieni okazali się Ormianie, stale przemierzający nie zawsze bezpieczne szlaki handlowe od Lwowa do Stambułu.

Rozsadnikiem mody wschodniej było i pole bitewne, na którym, zwłaszcza w XVII stuleciu, jakże często spotykano się (i potykano) z chanatem krymskim, wojskami sułtana czy Moskwą. Drogą łupów, a nie zakupów, trafiały do szlachty polskiej wschodnie uprzęże końskie, takaż broń oraz inny sprzęt wojskowy, namioty i kobierce, a nawet instrumenty muzyczne janczarów.

Ubiór wschodni zaczął być używany przez szlachtę na co dzień. Zrósł się najpierw z widokiem typowego przedstawiciela tego stanu, by w dobie zaborów stać się synonimem stroju ogólnonarodowego. Prawda, że nie były to dosłowne zapożyczenia, skoro na przykład kontusz posiadał charakterystyczny krój, nieznany szatom wschodnim, a delia czy żupan nie były duplikatami tureckich kaftanów. Nie przyjęły się też w Polsce bufiaste szarawary ani – wśród szlachcianek – powiewne i przejrzyste stroje haremowych odalisek. A mimo to ogólny wygląd szlachcica ulegał daleko idącej orientalizacji: wpływała na to powłóczystość szat, barwność i kontrastowość używanych w nich materii, chętne ozdabianie tychże klejnotami lub przynajmniej ich imitacją. W paradoksalny sposób tryumf kultury materialnej Orientu widoczny również w wyposażeniu wnętrz mieszkalnych, w pożywieniu (kolorowe sosy i pieprzne przyprawy) czy fryzurze (wysoko podgolone głowy), przypadł na ten sam okres, w którym najczęściej i najchętniej nazywano Polskę przedmurzem chrześcijańskiej Europy i zachodniej cywilizacji. Przybliżył ją cywilizacyjnie ku Orientowi, przed którym miała bronić Niemcy i Francję, Włochy i Hiszpanię, Anglię i Holandię. Tymczasem obrońcy do tego stopnia przypominali napastników, iż pod Wiedniem Jan III Sobieski kazał podobno niektórym oddziałom przewiązywać ramiona powrósłami, aby w zapale walki polskich rycerzy nie wzięto za Turków (uzbrojenie husarii stanowiło notabene naśladownictwo ciężkiej jazdy tureckiej, tak zwanej dali). Kiedy zaś w 1710 r. Rafał Leszczyński przybył „z prześwietną legatycją” do Stambułu, gospodarze złośliwie zapytywali, czy stroje orszaku zdobyto w 1683 r. (na Turkach pod Wiedniem). Jeśli szlachta nie wahała się zorientalizować swego ubioru, czyniła to dlatego, że kultury materialnej Orientu nie uznawała za gorszą czy niższą od analogicznych form cywilizacji europejskiej.

W Paryżu, Londynie, Rzymie lub Madrycie miano jednak na ten temat odmienne zdanie. O ile w czasach średniowiecza podziwiano jeszcze potężne, lecz mało znane kraje dalekiej Azji, to podboje kolonialne zaczęły nasuwać Europejczykom wniosek o wyższości nie tylko ich techniki wojennej, ale i cywilizacji. Wszystko, co jest poza Europą, zaczyna – zdaniem Francuzów, Anglików czy Holendrów – zasługiwać na przystosowanie lub likwidację. Wszystko zaś, co odbiega od ogólnych norm kultury tego kontynentu – na pogardę i lekceważenie. Jeśli więc podczas różnego rodzaju maskarad, balów i pochodów obok Indian, Arabów, Chińczyków czy Turków spotykamy również Polaków w ich egzotycznych strojach, jest rzeczą jasną, że takie zaszeregowanie wyrażało zdecydowanie negatywny osąd szlacheckich gustów i sarmackiej mody. Wytworna dama francuskiego dworu Franciszka de Motteville pisząc o wspaniałym wjeździe poselstwa polskiego do Paryża (w 1645 r. po Ludwikę Marię), stwierdza wręcz, że jego przepych „zatrącał o dość duże barbarzyństwo”. Polacy zdają się w nim naśladować dawnych Persów oraz „bogactwa i wspaniałości sułtana”, śpią na skórach zwierzęcych i „mają ogolone głowy, tylko na czubku zostawiają mały kosmyk włosów, który zwisa do tyłu”.

Położona na styku dwóch kultur, azjatyckiej i europejskiej, Rzeczpospolita z pierwszej przejmowała kulturę materialną, z drugiej – duchową. W konsekwencji obrońcą złotej wolności był ubrany z turecka szlachcic. Kultura tego stanu, zwana potocznie sarmatyzmem, stanowiła do pewnego stopnia wynik symbiozy wpływów dwóch kontynentów: Azji i Europy. Jako taka przychodziła jednak zdecydowanie nie w porę (za wcześnie? za późno?), mianowicie w momencie, gdy wkraczająca na drogę walki o hegemonię nad światem Europa ani jakiejkolwiek symbiozy, ani też związanego z nią pośrednictwa kulturowego zdecydowanie sobie nie życzyła. Niezmiernie owocne okazało się ono natomiast w kierunku wprost przeciwnym, mianowicie – w przekazywaniu cywilizacji zachodnioeuropejskiej na wschód kontynentu. I w tym właśnie dziele kultura polska XVII w. odegrała szczególnie doniosłą rolę.

Polszczyzna w natarciu

Epokę baroku zwykliśmy kojarzyć z wypieraniem polszczyzny przez łacinę, często zbarbaryzowaną (tryumf makaronizmów w poezji i prozie), oraz przez język francuski, używany w kręgach dworskich i magnackich. Jest w tym wiele przesady. Makaronizmami posiłkowano się raczej od święta, wplatając je do uroczystych przemówień, bankietowych toastów, panegiryków. Natomiast w tekstach adresowanych do przeciętnego czytelnika posługiwano się czystą, jędrną polszczyzną. Co więcej, właśnie w XVII w. ma miejsce jej triumfalny pochód zarówno w obrębie Rzeczypospolitej jak i poza granicami państwa. Rzecz nie tak znowu oczywista, jeśli przypomnimy, iż Polacy nie stanowili wówczas nawet i połowy jego ludności. Tymczasem za panowania Wazów również i ta część szlachty, która posługiwała się przedtem niemczyzną, językiem ruskim i litewskim, zaczyna mówić po polsku. Znajomość mowy Reja i Kochanowskiego dociera do wielu obcych etnicznie kręgów mieszczaństwa. Znajomość języka polskiego zaczyna docierać do kręgów elity prawosławnej, która w wielu przypadkach staje się w XVII, a nawet jeszcze i w XVIII w. dwujęzyczna. Kształciła się ona przeważnie w słynnej Akademii Kijowsko-Mohilańskiej, założonej w 1632 r. przez Piotra Mohiłę (1596–1647) początkowo jako Kolegium Kijowskie. Ten prawosławny metropolita kijowski i archimandryta słynnej Ławry Pieczerskiej (odpowiednik katolickiej Częstochowy) sam pozostawał w kręgu naszej kultury.

Akademia miała kształcić kadrę obrońców prawosławia, działającą w zróżnicowanym językowo środowisku. Zarówno organizator uczelni jak jej wykładowcy i słuchacze używali języka polskiego. Związki Akademii z literaturą polską pozostały żywe i trwałe nawet po odpadnięciu Kijowa od Rzeczypospolitej (1667) i to do tego stopnia, że w dokumentach szkolnych z lat 1734–1742 określano tę uczelnię jako „polsko-słowiańsko-łacińską”.

Nie tylko w XVII w., ale jeszcze w pierwszej połowie następnego stulecia na materiałach polskich były oparte tamtejsze podręczniki i wykłady, a profesorowie Akademii najchętniej i najlepiej pisali po łacinie i po polsku. Polszczyzna odgrywała w ówczesnym ukraińskim życiu literackim podobną rolę jak mowa Woltera i Jana Jakuba Rousseau w naszym piśmiennictwie doby Oświecenia. Wielu poetów ukraińskich wypowiadało się w dwóch albo nawet trzech językach: ruskim, polskim i łacińskim. Nic więc dziwnego, iż wiersze Łazarza Baranowicza (ok. 1595–1693), wychowanka szkoły jezuickiej w Kaliszu, trafiły po wiekach do antologii „Poeci polskiego baroku” (1965). Używał on polszczyzny również w korespondencji z klerem prawosławnym, a w ruskich utworach Baranowicza (na przykład „Miecz duchownyj”, 1666) jest tyle polonizmów, że w Moskwie zaczęto wątpić w jego prawowierność. Do jezuitów zaś pisał: „Rusin rad, że się u was, jezuitów, łaciny nauczył”.

Akademia, zachowując przez blisko stulecie po zerwaniu politycznych związków z Rzeczpospolitą swój łacińsko-polski charakter, jeszcze bardziej wzmogła oddziaływanie naszej kultury na Rosję. W drugiej połowie XVII w. i w początkach następnego stulecia polszczyzna była jedynym obcym językiem, jakim posługiwano się na carskim dworze czy w kręgach tamtejszej arystokracji. Wspominany już Łazarz Baranowicz, dedykując synom Aleksego Michajłowicza swoje dwa wydane po polsku dzieła, pisał w liście do cara (1672), iż wiadomym mu jest, że zarówno młodzi carewicze Fiodor i Iwan jak i ich ojciec oraz rada nadworna „nie gardzą tym językiem, ale z wielką przyjemnością czytają księgi i historie laickie”.

Próba polonizacji dworu moskiewskiego przypada na krótkotrwałe i tragicznie zakończone rządy Dymitra Samozwańca (1605–1606). Osiąga zaś swój szczyt za rządów cara Fiodora III Aleksandrowicza (1676–1682) oraz w okresie regencji carewny Zofii (do 1689 r.). Pierwszą żoną Fiodora była Agafia Gruszecka, córka szlachcica ze Smoleńszczyzny, która chętnie widziała na dworze polskie obyczaje. I daremnie starano się temu przeciwdziałać, zakazując w 1675 r. noszenia polskich strojów, a trzy lata wcześniej polecając, by ludzie wszelkich stanów „książek po polsku i po łacinie drukowanych u siebie w domach ani skrycie, ani jawnie nie trzymali, lecz aby je przynosili i oddawali wojewodzie”. Na wzór polski golono brody i głowy, noszono szable, chadzano w kontuszach, jak to czynił Wasyl Golicyn, który ze strony Moskwy podpisał słynny traktat Grzymułtowskiego (1686). Inny dyplomata, Borys Szeremietiew, bawiąc w 1697 r. z misją dyplomatyczną w Wiedniu porozumiewał się z Austriakami właśnie po polsku.

W tym samym czasie hospodarowie tak zwanych księstw multańskich (Mołdawii i Wołoszczyzny) kwiecistą i barwną polszczyzną korespondowali z naszymi królami. Andrzej Maksymilian Fredro pisał wtedy o języku polskim: „szeroko się rozprzestrzenia wśród licznych nacji od Morza Lodowatego aż po Adriatyckie”. Popularność polszczyzny powoduje, że w XVII w. zarówno w niemieckiej (Prusy Królewskie) jak w ruskiej i rosyjskiej strefie językowej pojawiają się gramatyka, elementarze i samouczki tego języka oraz dwujęzyczne słowniki.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj