Merliniego 5 *****
Adres: Warszawa, ul. Merliniego 5

Po kolejnej wizycie nie mamy wątpliwości. Pięć gwiazdek należy się tej niewielkiej, acz przesympatycznej knajpce. Miejsce wprawdzie trochę odległe od ruchliwych ulic, ale smakosze często są gotowi do większych poświęceń, niż dotarcie na Mokotów w pobliże tzw. parku wodnego.

Sama restauracja jest bardzo elegancko urządzona, dobrze umeblowana, stoły stoją nie za ciasno, bez wytężania słuchu nie da się uczestniczyć (biernie) w intymnych rozmowach sąsiadów. Kilka stolików na parterze (w towarzystwie stojaków z interesującymi winami, a i do kuchni można zajrzeć przez okno) i nieco więcej na pięterku.

Obsługa młoda, sympatyczna, doradzająca celnie, choć nie nadopiekuńcza, co gdzie indziej zdarza się i bywa irytujące. Karta oszczędna, co świadczy o tym, że dania będą świeżo robione, a nie odgrzewane w mikrofalach, z lekkim włoskim przechyłem (dla nas to wielka zaleta) i częstymi zmianami.

Np. tydzień, w którym obchodzimy Święto Niepodległości, uczczono paroma daniami z gęsi wracającej właśnie do łask na polskich stołach. I przyznać musimy, że gęsie wątróbki w słodkich (lekko przełamanych kwaskowatymi porzeczkami) sosach w wykonaniu szefa kuchni Merliniego to po prostu poezja. Także krewetki smażone z owocami mango lub z czosnkiem i grillowanymi warzywami zasługują na złoty medal przyznawany na kulinarnych olimpiadach w Lyonie.

Warto wspomnieć o makaronach, np. z czterema serami, sałatach z liści szpinaku ze smażonym bekonem, wędzonym łososiem i sosem aioli lub plastrach argentyńskiego rostbefu, podawanego z rucolą i parmezanem. Ale my, czyli miłośnicy koniny, najwyżej cenimy sobie w Merlinim prawdziwego tatara właśnie z tego mięsa. Tak pysznego befsztyka tatarskiego z jajkiem przepiórczym i wszystkimi innymi klasycznymi dodatkami w Warszawie się nie znajdzie nigdzie indziej.

Miłośnikom słodyczy podpowiemy konieczność uraczenia się creme brulee z malinami. I słodkie to, i kwaśne jednocześnie.

Ceny, jak na stołeczne warunki, umiarkowane. Dobry obiad dla trzech osób (choć bez wina, bo każdy to kierowca) kosztował 240 zł, czyli po 80 zł na głowę (czy raczej - na żołądek).

Będziemy pilnie śledzić dalsze poczynania właścicieli i szefa kuchni. Wyższej oceny jednak nie przewidujemy. Bo taką już nie dysponujemy.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj