szukaj
Tajne, czyli ciekawe
Informacje ujawnione przez Wikileaks budzą ciekawość przede wszystkim dlatego, że nie były przeznaczone do publikacji.
Prof. dr hab. Krystyna Skarżyńska
Tadeusz Późniak/Polityka

Prof. dr hab. Krystyna Skarżyńska

Dlaczego informacje ujawnione przez portal Wikileaks tak rozgrzały opinię publiczną?

Bo lubimy to, co przed nami ukryte, i wierzymy w to. Każdy, kto trochę interesuje się polityką zagraniczną, widzi, że przynajmniej wśród dotychczas ujawnionych wiadomości ani o kulisach decyzji politycznych, ani o prywatnych opiniach dyplomatów na temat światowych polityków, nie ma niczego bardzo zaskakującego. Fascynacja mediów i odbiorców tym przeciekiem wynika po pierwsze z tego, że informacje te zostały podane do wiadomości publicznej, mimo, że nie było to intencją ich autorów. Wydaje nam się, że autorzy byli bardziej szczerzy, ponieważ nie wiedzieli, że osoby, których dotyczą ich sądy, dowiedzą się o nich. Po drugie, zainteresowanie każdym rodzajem plotek pojawia się, gdy mogą one dotyczyć spraw ważnych i jednocześnie takich, do których ludzie nie mają zwykle dostępu. Tak jest bez wątpienia w tym przypadku. Po trzecie, dla osób, które w ogóle źle myślą o polityce, ta sytuacja jest okazją do potwierdzenia swojej opinii, że ludzie związani z tą dziedziną, dyplomaci, są fałszywi, nie można im wierzyć. Inni, wreszcie, szukają w ujawnionych opiniach potwierdzenia własnych sądów o niektórych światowych przywódcach, ludziach powszechnie znanych i mających wpływ na wydarzenia na świecie.  

Najważniejsi politycy globu solidaryzują się z Amerykanami w oburzeniu, że informacje zostały ujawnione. Zachowują się, jakby byli ponad fakt, że część ujawnionych depesz zawiera złośliwe opinie na temat ich samych. Faktycznie nie robi to na nich wrażenia, czy odezwie się echem w dalszych kontaktach?

Mogą zareagować lekką irytacją, ale w większości przypadków raczej tylko lekką, bo do wielu z nich z pewnością wcześniej docierało, że podobnych ocen mogliby się spodziewać. Na rozmaite sposoby mogą też radzić z bólem wywołanym przez takie przykre sądy – obniżać rangę osób, które są ich autorami, albo tłumaczyć sobie „przecież od zawsze wiedziałem, że on mnie nie lubi.”  Generalnie, ta sytuacja może skłonić do większej ostrożności w nieoficjalnych kontaktach – tak jak to jest w każdym środowisku zawodowym, gdy dowiadujemy się, że ktoś nas obgaduje za plecami. Nie spodziewałabym się jednak jakiegoś zamrożenia relacji. 

Czy dla polityków ma znaczenie, co inni ludzie o nich naprawdę myślą? Bo z jednej strony powinni być przyzwyczajeni do krytyki, ale z drugiej jest wśród nich wiele osób narcystycznych, których potrzeba uznania jest bardzo silna.

Jeśli ktoś rzeczywiście pracuje, widać tego efekty, i spotyka go niezasłużony atak, z pewnością jest to bolesne. Choć, jak każdy człowiek atakowany, potrafi wyrobić sobie jakiś mechanizm obronny – wyjaśnienie, na przykład "atakują mnie, bo tak naprawdę nie wiedzą, co robię". Albo wręcz myśli „skoro mnie atakują, widać jestem naprawdę dobry”. Z drugiej strony, im polityk ma większą władzę i dłużej ją sprawuje, tym bardziej odporny staje się na krytykę – coraz bardziej wierzy w to, ze zasługuje na szczególnie dobre traktowanie. Może wytworzyć się u niego błędne postrzeganie siebie – przestaje rozróżniać szacunek, który należy mu się w związku z rolą, którą pełni, z akceptacją własnej osoby. Dla niektórych taki prysznic może wiec być nawet pożyteczny – można zgodzić się z dyplomata, który napisał do Hillary Clinton, żeby się nie martwiła, bo powinna wiedzieć, co inni współpracownicy o niej sądzą. 

Generalnie, uważam tak jak Hannah Arendt, że polityka wymaga przyjaciół – po to, aby postawili do pionu, gdy ktoś traci wyczucie, ale też po to, by wsparli, gdy niesprawiedliwie dostaje w skórę.

Czy przyjaźń między politykami – albo dyplomatami - jest możliwa?

Ja myślę raczej o relacjach, które zaczęły się, zanim ktoś wybrał tę drogę. W przyjaźni między politykami mogą pojawiać się trudności. Zwłaszcza w sytuacji, w której zaczynają jako działacze z równego poziomu, a potem jeden z nich awansuje. Zaczyna „oddalać się” szybciej niż by to wynikało z jego obiektywnej zmiany miejsca.

Chciałabym wspomnieć jednak o jeszcze jednej psychologiczno-politycznej kwestii związanej z samą sprawą Wikileaks. Otóż, niezależnie od tego, czy młody pracownik wojskowego wywiadu, który ujawnił te informacje, chciał zaszkodzić administracji prezydenta Obamy, czy chodziło mu tylko o rozgłos, zaowocuje to spadkiem zaufania wobec służb dyplomatycznych i koniecznością wprowadzenia dodatkowych zabezpieczeń. Brak zaufania zawsze oznacza dodatkowe koszty. Zapłacą podatnicy – możliwe, że nie tylko w Stanach Zjednoczonych.

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj