Skąd się wzięły choinka, kolędy i inne świąteczne zwyczaje?
Wilk na Wilię, czyli dyskretny urok Bożego Narodzenia
Proponujemy krótki niezbędnik świąteczny.
'Pokłon pasterzy', obraz Giorgio da Castelfranco z XVI w.
Wikipedia

"Pokłon pasterzy", obraz Giorgio da Castelfranco z XVI w.

Wigilia, akwarela namalowana 1904-05 przez Carla Larssona (1853-1919)
Wikipedia

Wigilia, akwarela namalowana 1904-05 przez Carla Larssona (1853-1919)

W dawnej Polsce w uczcie wigilijnej brały udział zwierzęta. Bydłu i koniom wynoszono resztki wigilijnego jadła, pisze znakomity badacz staropolskiego obyczaju Jan Stanisław Bystroń. Wychodzono przed dom, żeby rozrzucić trochę jadła także wolnej zwierzynie – wilkom, wróblom. Skąd się to wzięło? Pewno z czasów przedchrześcijańskich. Wierzono, że bydło tak nakarmione nie ulegnie urokom, a wilk zaproszony na Wilię podejdzie pod ludzkie siedziby tylko ten jeden raz w roku. Zapraszano nawet i mróz, bo Boże Narodzenie to święto jednoczące ludzi i przyrodę. No i dużo wróżono, co niesie nadciągający rok.

Niekoniecznie pod choinką, bo choinka jest stosunkowo nowym importem z Niemiec. Zwyczaj „drzewka” upowszechnia się u nas dopiero w XIX wieku, za pośrednictwem mieszczaństwa z niemieckimi korzeniami. Tak czy inaczej, mieszanka jest wyborna: elementy pogańskie, do których należy zapewne wybór daty 24 XII, zimowe zrównanie nocy z dniem, i sianko pod obrusem, wzięte z religii rolniczej, i elementy chrześcijańskie.

Wróżby nic nie przeszkadzały, jak nie przeszkadzają do dziś podczas Andrzejków. Widzimy tu, jak nakładają się na siebie kolejne warstwy kulturowe i jak stapiają się w atrakcyjną od stuleci całość.

Trzy święta

Boże Narodzenie, a ściśle kolacja wigilijna, w niemal niezmienionym scenariuszu, przetrwała upadki i odrodzenia państwa polskiego, republikę szlachecką, demokrację sanacyjną, okupacje, demokrację ludową. Wygląda na to, że nie zmoże jej też polska wersja „Merry Christmas”, mimo zmasowanego ataku reklam w TV i wszelkiego rodzaju tandety w supermarketach. Są tylko trzy tak odporne ewenementy w naszej polskiej kulturze – święta wielkanocne, Zaduszki i właśnie Boże Narodzenie.

Ale Wigilia na pierwszym miejscu. To nasz narodowy sposób na przetrwanie jako wspólnota przede wszystkim kulturowa, a dopiero później religijna, choć to święta oczywiście o religijnym rodowodzie.       

Te trzy święta jednoczą zdecydowaną większość mieszkańców naszego kraju. A Wigilię jedzą wierzący i niewierzący, starzy i młodzi, Polacy i nie-Polacy. To niemal cud, bo przecież nie od święta toniemy w swarach i wzajemnych pretensjach, jesteśmy kłótliwi, podejrzliwi, nieufni, zrzędliwi. A tu proszę: jest tak dzień… jak śpiewają klasycy polskiego popu.

Znaczenie kolędy

Do dziś w wielu domach i przez radio puszczają kolędy Czerwonych Gitar, i czemu nie, ale lubię bardziej, jak w domach i na imprezach towarzyskich ludzie kolędują sami. W Starej Polsce z tym kolędowaniem było czasem niebezpiecznie. Bo kolęda była zbieraniem różnego dobra. Bystroń: Jedni dary rozsyłali, inni znów przymawiali się o nie; weszło w zwyczaj, że parobcy wiejscy, organiści, bakałarze, bardzo powszechnie także i księża chodzili od chaty do chaty, poczynając, rzecz prosta, od dworu i zbierali kolędę.

Młodzież śpiewała przy tym pieśni, czasem już mało zrozumiałe, i składała wierszowane życzenia, księża i klechy zabierali ową kolędę jako rodzaj podatku. Nie brakło przy tym scen gorszących, kiedy kolędnicy terroryzowali gospodarza, wywołując spory i bójki, a w średniowieczu dochodziło nawet do zabójstw i złodziejstwa na tym tle, przeciwko czemu Kościół ostro protestował. Uff, jednak tu w porównaniu z naszymi czasami zaszła zmiana.

Dziś zbieramy prezenty, darów innym niż rodzinie raczej nie dajemy, kolędowanie polega tylko na śpiewaniu kolęd. Cieszy mnie, że ten zwyczaj jakby się odradza.

Muzykalnym narodem może w masie nie jesteśmy, ale akurat w kolędach nie wypadamy najgorzej. Wciąż jeszcze znamy niektóre na pamięć, choćby pierwszą zwrotkę i refren. U mnie w domu rodzicielskim kolęd nie śpiewano – ale i tak było fajnie, pachniało pomarańczami na choince (to był rarytas), pod drzewkiem piętrzyły się dla mnie jedynaka sterty książek od „aniołka” – za to w moim własnym domu kolędy były na żywo, nawet ukraińskie, co zawdzięczaliśmy teściowi, Polakowi spod Lwowa, który te „rusińskie” lubił tak samo jak polskie. Od moich dorosłych córek słyszę, że ich równie młodzi rówieśnicy też na żywo kolędują.

Kolęduje się po wigilijnej wieczerzy. U nas zostawia się puste nakrycie dla niespodziewanego gościa. Przed wiekami zostawiało się raczej puste miejsce przy stole. Uczta miała, jak dziś, wszystkich łączyć, także żywych z zmarłymi. Duchom zmarłych też wynoszono odrobinę jadła, co jest kolejnym przykładem żywotności obyczajów przedchrześcijańskich.

Co się kiedyś jadło podczas wigilijnej wieczerzy?

Pisarz Julian Ursyn Niemcewicz we wspomnieniach z lat dzieciństwa, czyli pierwszych lat XIX wieku, daje taki opis: Trzy zupy, migdałowa z rodzynkami, barszcz z uszkami, grzybami i śledziem, kucja (czyli kutja: pszenica zmieszana z makiem i miodem) dla służących, krążki z chrzanem, karp do podlewy, szczupak z szafranem, placuszki z makiem i miodem, okonie z posiekanymi jajami i oliwą.

No i oczywiście było wielkie czekanie na pierwszą gwiazdę, zbierali się goście i dzieci, rodzice wychodzili z opłatkiem na talerzu, a każdy z obecnych, biorąc opłatek, obchodził wszystkich zebranych, nawet służących, i łamiąc go powtarzał słowa: Bodajbyśmy na przyszły rok łamali go z sobą.

Myślę, że i dwieście lat po Niemcewiczu możemy sobie tego życzyć na tych łamach.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj