szukaj
Czy łatwiejszy dostęp do broni ogranicza agresję?
Małpa z brzytwą
Strzelanina podczas wiecu w USA, a wcześniej morderstwo w biurze PiS w Łodzi, tworzą tragiczny kontekst dla powracających polskich dyskusji o poszerzeniu dostępu do broni.
Dr Wojciech Kulesza
Leszek Zych/Polityka

Dr Wojciech Kulesza

Logika stojąca za pomysłem ułatwień w kupowaniu broni, którego rzecznikiem jest między innymi były minister sprawiedliwości Andrzej Czuma, jest chyba następująca: jeżeli się boję, kupię broń, by odeprzeć atak, który być może w ogóle nie nastąpi, bo wreszcie złoczyńca się będzie bał. Czy słusznie? Czy będzie mniej ataków?

Zerknijmy do podstawowych podręczników do psychologii społecznej. Otwierając rozdział przedstawiający zagadnienia agresji, student pierwszego roku znajdzie dowody, które przeczą powyższej logice. Wykazano, że sama obecność w zasięgu wzroku przedmiotów kojarzących się z agresją, powoduje koncentrowanie się na treściach agresywnych. Nazywa się to efektem broni. Zatem: zamiast przestać bać się ataku, mogę sam zacząć szukać guza! Ilu z nas idąc ciemną ulicą z bronią w kaburze na widok grupy głośnej młodzieży zeszłoby na drugą stronę, by uniknąć starcia? Ilu raczej kroczyłoby środkiem, by sprawdzić, czy da sobie radę i czy „wreszcie nauczy ich moresu”?

Zobaczmy, jak przyzwolenie na powszechny dostęp do broni przekłada się na bezpieczeństwo. Porównajmy w tym celu dwa miasta niezwykle do siebie podobne pod wieloma względami: amerykańskie Seattle oraz kanadyjskie Vancouver. Różni je zasadniczo przede wszystkim kwestia dostępu do broni. W pierwszym ma ją wiele prywatnych osób. W drugim - prawie nikt. Czy w pierwszym złoczyńcy boją się i nie atakują, a w drugim trwa permanentna rzeź, prowokowana bezkarnością złoczyńców i bezbronnością ofiar? Odwrotnie. Liczba morderstw w przeliczeniu na mieszkańca w amerykańskim mieście jest dwa razy większa niż w kanadyjskim. W Arizonie, stanie, w którym szaleniec zaatakował kongresmenkę i zastrzelił sześć innych osób, prawo regulujące dostęp do broni jest jednym z najbardziej liberalnych. Jeszcze silniej działa na wyobraźnię porównanie USA, na które wspomniany poseł Andrzej Czuma się powołuje, z Wielką Brytanią, gdzie dostęp do broni jest niezwykle utrudniony. Uwzględniając liczbę obywateli ogółem i ilość broni palnej w prywatnych rękach, w USA jest 16 razy więcej morderstw na tysiąc mieszkańców!!!  

Owszem, należy uwzględnić, że mimo trudniejszego dostępu do broni w Polsce, zamachowiec w biurze PiS użył pistoletu. Jednak zauważmy, że w naszym kraju odpowiednie służby w momencie startu dochodzenia mają łatwiejszą sytuację, chcąc ustalić pochodzenie broni. Po prostu w USA jest jej kilkaset razy więcej niż w Polsce.

I ostatni argument. Co kilka miesięcy jesteśmy wstrząśnięci strzelaninami w szkołach, gdzie młodzi ludzie zabijają swych kolegów oraz nauczycieli. Analiza wszystkich przypadków pokazuje, że czynników pozwalających przewidzieć, czy ktoś może taki czyn przedsięwziąć, jest minimum osiem. Ale na drugim miejscu jest właśnie powszechny dostęp do broni - najczęściej rodziców. Tak więc, im więcej tej broni będzie – tym bardziej prawdopodobne, że atak (a nie obrona!) nastąpi. Im jest jej mniej – tym mniejsze ryzyko strzałów.

Warto, by zwolennicy powszechnego dostępu do broni poznali te podstawy i zastanowili się, czy chcą w skali Polski przeprowadzić eksperyment z „efektem broni”. Wynik jest całkowicie do przewidzenia.

 

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj