Teraz już sobie radzę
O życiu ze schizofrenią mówi autorka poświęconej tej chorobie książki „Ucieczka z piekieł” w rozmowie z Martyną Bundą.

Kiedy ujawniła się pani choroba?

Już w dzieciństwie wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak. Co więcej, dziś z przerażeniem widzę podobne zachowania u przyjaciół moich dzieci ze szkoły i przedszkola, i między innymi dlatego zdecydowałam się na tę rozmowę, żeby uczulić rodziców. Przecież aby ujawniła się schizofrenia, potrzeba zbiegu wielu zdarzeń. Obciążeń, może genetycznych, ale też trudnych doświadczeń w dzieciństwie, permanentnego stresu, poczucia osamotnienia i niezrozumienia.

A pani obciążenia?

Myślę, że moja mama przekazała mi gen choroby. Mama sama też prawdopodobnie choruje, ale nie wiem dokładnie, bo nie mam z nią kontaktu. Na to nałożyło się wyjątkowo złe dzieciństwo. Ona nie potrafiła być matką. Od dziecka borykałam się z ogromnym poczuciem samotności. Nikt ze mną nie rozmawiał, nikt się mną nie interesował. Ojciec wręcz mnie prześladował i dziś już wiem, dlaczego. Badania grupy krwi pokazały, że nie może być moim ojcem biologicznym. Okłamywano mnie jednak, że jest inaczej. Nawet ukochana babcia.

Nie próbowała pani się buntować?

Nie. Bo wiedziałam, czym to grozi. Bałam się buntu i jeszcze większego odrzucenia. Gdy nie zrozumiałam twierdzenia Pitagorasa, ojciec pchnął mnie na meble tak, że półka wbiła mi się w nos. Potem, już w dorosłości, musiałam przejść operację plastyczną. Ale jeszcze bardziej bolało mnie przez całe życie, że rodzice wtedy nawet nie wezwali pogotowia, choć moja twarz była strasznie pokiereszowana. Nie wezwali go też i wcześniej, gdy próbowałam popełnić samobójstwo – bo było im wstyd. Po prostu wrzucili mnie do wanny z lodowatą wodą, żeby mnie ocucić i prowokowali wymioty mlekiem, bo najadłam się lekarstw.

Ile miała pani wtedy lat?

Siedem. Potem były jeszcze dwie próby samobójcze. Mimo moich prób przebicia się do świata, nic z tego nie wychodziło, więc z czasem przyzwyczaiłam się, że istnieję w pewnej próżni. Uwielbiałam szwendać się godzinami po cmentarzach, byle nie wracać do domu. Zawsze byłam ta inna. W klasie, na studiach, nigdy nie miałam przyjaciół. I od kiedy pamiętam, wciąż mówiłam sama do siebie. Od wczesnego dzieciństwa, aż po późne liceum. To też jest sprawa, na którą chciałabym uczulić innych rodziców. U przedszkolaka to normalne, że do siebie mówi, podobnie jak to, że widuje wymyślonych przyjaciół. Ale potem już nie. I myślę, że to jest w właśnie jeden z tych ważnych, niepokojących objawów mojej choroby, zbagatelizowanych przez dorosłych. Ja rozmawiałam z głosem, ale nikt nie zapytał mnie, z kim.

Już wtedy miała pani omamy?

W pewnym sensie. Już będąc dorosłą uroiłam sobie, że odnalazłam prawdziwego, biologicznego ojca. Miał nawet imię i nazwisko – Piotr Gajewski. I grób. Bo wymyśliłam sobie, że nie opuściłby mnie ot tak, gdyby żył. Jeździłam więc na jakiś opuszczony grób komunalny, codziennie przynosiłam tam kwiaty. Pamiętam jak dziś, gdy przyszedł do mnie przerażony mąż, mówiąc, że w naszym mieście nigdy nie było żadnego Piotra Gajewskiego i że kto inny musi być pochowany w tym grobie. Strasznie wtedy płakałam. Ze wstydu. Ale też po tym urojonym ojcu, którego pamięci już nie było sensu kultywować.

A kiedy pojawił się ten głos?

Miałam 6 czy 7 lat. Składałam wersalkę, i nagle głos mówi mi: „przytnij sobie palce”. Pomyślałam, że to szatan. Żyłam więc z tym szatanem, nie mówiąc o tym nikomu, bo nie miałam na tyle dobrych relacji z nikim, żeby się zwierzyć.

Pełen tekst wywiadu w najnowszym, 7 tomie Poradnika Psychologicznego "Polityki".

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj