Spis powszechny w 2002 r.
Kto ty jesteś?
Spis, jaki nas czeka z końcem maja – zalecany przez Unię Europejską – ma być fotografią Polski jednoczącej się z Europą. Niespodziewanie okazało się, że spis – jak przed laty – budzi strach i podejrzenia o próbę inwigilacji społeczeństwa.
Rachmistrze spisowi są w każdym zakątku kraju, nawet w tak dzikiej i odludnej dolinie jaką jest dolina pod Krywem nad Sanem w Bieszczadach. Na fot. rachmistrz Antonina Majsterek 'spisuje' mieszkańców tej okolicy.
PAP

Rachmistrze spisowi są w każdym zakątku kraju, nawet w tak dzikiej i odludnej dolinie jaką jest dolina pod Krywem nad Sanem w Bieszczadach. Na fot. rachmistrz Antonina Majsterek "spisuje" mieszkańców tej okolicy.

Artykuł ukazał się w Polityce nr 16/2002

Pytanie o narodowość, jakie po raz pierwszy postawią rachmistrze spisowi, nagle okazało się bardziej uwierające niż spisywanie majątku osobistego. Znane ono było od końca 1999 r., kiedy – na wniosek komisji finansów – Sejm dołączył je do podstawowego kwestionariusza, a prezydent podpisał ustawę o spisie. Teraz zagrożone poczuły się społeczności etniczne i mniejszości narodowe. – Dowiedziałem się niedawno, że będę musiał złożyć taką deklarację rachmistrzowi – mówi Olgierd Wojciechowski ze Stowarzyszenia Litwinów w Sejnach. – Trzeba mieć odwagę przyznać, że się jest Litwinem. Różnie to bywa w małych środowiskach. A wydawać by się mogło, że właśnie tam wiadomo, kto jest kim: czy chrzcił dzieci w cerkwi, czy w kościele, w jakim języku rozmawia w rodzinie, jaki ma akcent, kiedy obchodzi święta, a nawet co jada – kutię, kołduny czy gęsie pipki.

Kilka lat temu Główny Urząd Statystyczny przeprowadzał w Sejnach badanie zatytułowane „Litwini–Polacy”. Jego autorzy twierdzą, że nie było żadnych obaw w deklarowaniu narodowości. Czy lokalny konflikt o strażnicę między społecznością polską i litewską w Sejnach tak zdecydowanie zmienił świadomość obywateli? Obawy może wywoływać rachmistrz spisowy, a może nawet bardziej sama konieczność urzędowego zadeklarowania przed nim swej narodowości: rachmistrz spisowy reprezentuje państwo, w jego imieniu działa i tak jest postrzegany. Mało kto wierzy, że dane spisowe posłużą wyłącznie do celów statystycznych. – Nie takie informacje wyciekały – argumentują ludzie.

Mniejszość się boi

To problem natury psychologicznej; obawy wynikają z doświadczeń historycznych, z upolitycznienia życia, z czasów, kiedy białoruskość utożsamiano z antyrosyjskością – uważa Eugeniusz Wappa, dyrektor programowy Centrum Edukacji Obywatelskiej Polsko-Białoruskiej w Białymstoku. Zdaniem Wappy dotyczą one dziś przede wszystkim sfery socjalnej. Dlatego pewnie starsi wolni są od strachu. – Nam już nic nie zrobią – mówią. Podczas gdy młodzi wolą nie przyznawać się, że są Białorusinami.

Jan Syczewski, prezes Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego i poseł, odbiera pytanie o narodowość jako zagrożenie. – Moją świadomość kształtują takie fakty jak zjazd ZChN w Białymstoku, gdzie mówiono o Polsce dla Polaków czy sformułowania Andrzeja Leppera, że mniejszości mogą wyjechać, jeśli im się w Polsce nie podoba. Dlatego przyznanie się do innej niż polska narodowości jest ryzykowne, naraża na szykany. – Większość Białorusinów nie przyzna się i dlatego efekt spisu będzie niewiarygodny – uważa poseł. Według tego rozumowania pytanie wyrządzi mniejszościom krzywdę: zmusi do wyparcia się tożsamości.

Elżbieta Czykwin, autorka książki o białoruskiej mniejszości, dowodzi, że mniejszość jest jak piętno. Właśnie poczucie stygmatyzacji postrzega jako źródło obaw. „Stygmatyzacja związana jest z przynależnością do grupy, która dla większości jest obca, inna i w powszechnym odczuciu mniej wartościowa” – pisze. A tego nikt nie lubi. Ludzie, którzy może w sercu czują się Białorusinami, woleliby to zataić i nie narażać się na złośliwości otoczenia. Zwłaszcza dziś, gdy Białoruś Łukaszenki jest krajem powszechnie wyśmiewanym.

W Przemyślu z powodu pytania o narodowość wybuchła prawdziwa burza. – Gdyby pani napisała w podaniu o pracę, że jest Ukrainką, z pewnością powędrowałoby ono do kosza – powiada Julian Bak, wieloletni dyrektor ukraińskiej szkoły w Przemyślu. Ukraińcy niechętnie rozmawiają na ulicy w ojczystym języku, żeby nie usłyszeć, że skoro jedzą polski chleb, to i mówić powinni po polsku. Kiedy organizowano ukraińską szkołę, przemyska Solidarność groziła strajkiem w mieście. – Wciąż jest w ludziach dawny strach, sam się nad tym zastanawiam: zakodowało się w psychice i trudno teraz odblokować – tłumaczy Bak.

Jest i tu zresztą pewna niekonsekwencja: rodzice posyłają dzieci do ukraińskiej podstawówki i gimnazjum, sami uczęszczają na msze wschodniego obrządku, świętują Jordana i Wielkanoc według kalendarza wschodniego i nagle mają problem, by określić swoją przynależność narodową.

Co mi to da, że powiem Ukrainiec? Wpiszę Polak i śpię spokojnie – cytuje swoich rodaków Jarosław Sydor, prezes przemyskiego Związku Ukraińców w Polsce. – Może się tak zdarzyć, że w Przemyślu nie będzie, według statystyków, ani jednego Ukraińca.

– Taka wrażliwość kiepsko świadczy o pytanych – mówi Olga Hrynkiw, dziennikarka i autorka filmów o ukraińsko-polskim pograniczu. – Nie widzę problemu w tym, że rachmistrz zapyta o moją narodowość. Obawy świadczą o braku cywilnej odwagi. Dla mnie to są patrioci mocni w pysku. Narodowość to rzeczywiście sprawa wyboru: każdy musi sobie odpowiedzieć, czy się boi, czy się spolonizował.

Ujawnienia tożsamości boją się również Słowacy. – Ani szkoła, ani gmina nie jest przyjazna Słowakom. Nasze dzieci są wyśmiewane. Demokracja nie jest stuprocentowa – tłumaczy Jan Szpernoga, redaktor naczelny gazety „Żivot”. Na Spiszu i Orawie nie ma Słowaków nawet w samorządach, z powodów narodowościowych. – Tu powiedzą rachmistrzom – jestem Spiszakiem albo Orawianinem. Że Słowakiem – z pewnością nie powiedzą.

Moment samookreślenia

Wiesław Łagodziński, socjolog i rzecznik prasowy GUS, przypomina, że celem spisu nie jest tworzenie rzeczywistości, lecz jej opisywanie. Ludzie powiedzą, co chcą i to zostanie zapisane w formularzu, a potem uwzględnione przy opracowaniu wyników. Spis będzie równocześnie zdaniem sprawy ze świadomości, a samookreślenie, kim się jest, należy przecież do demokratycznych standardów. Pytanie o narodowość stawiano w spisach we wszystkich krajach środkowej Europy, które dokonały demokratycznych przemian.

Oleg Łatyszonek, przewodniczący Białoruskiego Towarzystwa Historycznego, przypomina, że białoruskość powszechnie wiąże się z prawosławiem. Ale spis nie pyta o wyznanie. Tymczasem 30 proc. Białorusinów jest dziś świadoma swej narodowości, nie dlatego, że wyznaje prawosławie, lecz dlatego, że czuje się związana z białoruskością. Pozostali albo deklarują, że są Polakami, albo nie wiedzą, kim są i mają kłopoty z samookreśleniem. – Tacy niczego dla białoruskości nie zrobią. Żyjemy w wolnym kraju i jeśli ktoś obawia się przyznać, to jego osobista decyzja. Ale następnego dnia po spisie przyjdzie spojrzeć w lustro – mówi.

Stanisław Krajewski, członek zarządu Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP, też uznał pytanie spisowe za trudne. W liście do „Gazety Wyborczej” pisze: „Gdyby mnie docisnąć w sprawie narodowości, to musiałbym podać i polską, i żydowską. Jeżeli spis wymaga jednej odpowiedzi, nie będzie mógł być zgodny ze stanem faktycznym. (...) Jest po prostu faktem, że można być Żydem, zarazem Polakiem, a nie tylko polskim obywatelem. I w obecnej Polsce nie jest to wyjątkiem, ale nieledwie normą”.

Są jeszcze tacy, którzy boją się przyznać do swej nacji? – dziwi się Paweł Becherowski, wójt nowosądeckich Romów. – Widać oleju w głowie nie mają: jeżeli powiedzą, że są kimś innym, to sami sobie zaszkodzą. Romowie, jak przekonuje wójt, nie mają kłopotów z identyfikacją. – Tylko w pewnym sensie czujemy się Polakami. Ale jesteśmy Romami. Indywidualne przypadki rozterek mogą się zdarzyć, ale z pewnością nie u większości: romstwa ukryć się nie da. Zdaniem Romów, Polska jest krajem rasistowskim, gdzie za kolor skóry czy narodowość wciąż można dostać lanie. Ale to ich nie przeraża. Być może jakiś wpływ mają na to czynniki materialne: opłaca się dziś być w Polsce Romem. Romowie objęci są specjalnym programem pomocowym, mającym ułatwić integrację ze społecznościami lokalnymi, zanosi się również na to, że Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie będzie im wypłacać odszkodowania na łagodniejszych zasadach niż Polakom.

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj