POLEMIKA: Prof. Marka Rockiego o reformie szkolnictwa wyższego
Przedstawiamy odpowiedź prof. Marka Rockiego, wykładowcy warszawskiej SGH, senatora PO, na artykuł, który ukazał się niedawno w POLITYCE.
Mariusz Małkowski/Forum

Tekst jest odpowiedzią na artykuł opublikowany w numerze 10 Tygodnika POLITYKA:

Stan polskiego szkolnictwa wyższego można oceniać z różnych stron i biorąc za podstawę różne poglądy na rolę państwa. Dla liberałów poszukujących dróg rozwoju w wolności gospodarczej obecny stan to brak autonomii i nadmierna rola ministra, który nadaje nazwy kierunkom studiów i określa dla nich tak zwane standardy nauczania (po ludzku mówiąc: to minister decyduje czego uczelnie mają uczyć). Jeśli więc zarzuca się systemowi szkolnictwa wyższego – jak to uczyniła Magda Papuzińska w „Polityce” z 5 marca 2010 – dryfowanie w nieznanym kierunku  i oparcie reform na legendach to wygląda na to, że stawiający zarzutu nie zna faktycznych problemów trapiących uczelnie.

Dla urzeczywistnienia autonomii uruchamiającej konkurencję jakościową  zasadniczy jest ten przepis  nowej ustawy, który daje uczelniom prawo do „ustalania planów studiów i programów kształcenia”.

Ograniczeniem systemowym jest konieczność uwzględnienia przez uczelnie efektów kształcenia zgodnych z Krajowymi Ramami Kwalifikacji. Te „Ramy” mają na możliwie ogólnym poziomie określać wiedzę, umiejętności i postawy absolwentów uczelni i  będą formułowane dla wyodrębnionych „obszarów kształcenia”, które nie są tożsame z dotychczasowymi kierunkami ani grupami kierunków studiów. Ale nie będą mówić czego uczyć, a jedynie to czego można się spodziewać od absolwenta uczelni.

A zatem uczelnie uzyskają prawo do formułowania własnej, autorskiej oferty kształcenia, ale jednocześnie to na uczelnie – ponieważ będą wydawać dyplom sygnowany własnym godłem – spadnie odpowiedzialność za jakość tej oferty.

To oznacza urzeczywistnienie autonomii programowej i uruchomienie faktycznej konkurencji między uczelniami. Powinno także oznaczać konieczność dbałości o „markę” i prestiż. Nikt już nie będzie się mógł chować za prestiżem państwowego dyplomu, bo konsekwencją tych przekształceń jest prawo uczelni do wydawania dyplomów ukończenia studiów. W projekcie brzmi to niewinnie, ale trzeba podkreślić, że dotychczasowa ustawa dawała uczelniom prawo do wydawania dyplomów państwowych. Tak więc - wbrew opinii Magdy Papuzińskiej - odejście od państwowego dyplomu nie zrównuje szans uczelni, ale odwrotnie: różnicuje je.

Na tle rewolucyjnych zmian systemowych widać jak mało ważne są dyskusje o odpłatności za drugi kierunek studiów. W mojej opinii „drugi kierunek” jest obecnie opcją dla studentów pragnących uzyskać unikalne wykształcenie łączące programy różnych kierunków. Po wprowadzeniu zmian takie wykształcenie – innowacyjne i synergiczne – będzie oferowane w ramach nowo tworzonych kierunków i zminimalizuje się zapotrzebowanie na „drugi kierunek”.

Na jakość kształcenia z pewnością będzie też miała wpływ zmiana w zasadach rekrutacji. W projekcie pozostawiono co prawda maturę jako podstawowe kryterium rekrutacji, ale zniesiono konieczność uzyskiwania zgody ministra na przeprowadzenie egzaminów wstępnych w przypadku, gdy konieczne jest sprawdzenie szczególnych predyspozycji do podejmowania studiów na danym kierunku. Zrozumiałym ograniczeniem jest to, że egzamin nie może być przeprowadzany z przedmiotów objętych egzaminem maturalnym.

Inną wywołującą dyskusje zmianą – moim zdaniem słuszną - jest możliwość zaliczania do minimum kadrowego zamiast jednej osoby posiadającej stopień naukowy doktora – dwóch osób z tytułem magistra, o ile posiadają „znaczące doświadczenie zawodowe zdobyte poza uczelnią w dziedzinie związanej z kierunkiem studiów” oraz w miejsce profesora lub doktora habilitowanego dwóch doktorów. Możliwość taka dotyczy jednak w projekcie tylko studiów pierwszego stopnia i tylko jednostek prowadzących studia o profilu praktycznym (projekt wprowadza dwa profile kształcenia: praktyczny, obejmujący moduł zajęć służących zdobywaniu umiejętności praktycznych, i ogólnoakademicki, obejmujący moduł zajęć służących zdobywaniu pogłębionych umiejętności teoretycznych). Dodatkowym ograniczeniem jest to, że magistrowie mogą stanowić nie więcej niż 50 proc. minimum kadrowego przewidzianego dla doktorów, a doktorzy nie więcej niż 50 proc. minimum dla „samodzielnych” pracowników.

Kolejną zmianą niosącą znaczące – perspektywicznie – zmiany jest wprowadzanie akredytacji instytucjonalnej. Obecna akredytacja – nazywana programową - to ocena jakości kształcenia na konkretnym kierunku i poziomie kształcenia. Według projektu powstanie możliwość oceny jakości kształcenia oferowanego przez podstawową jednostkę organizacyjną uczelni. Z jednej strony ułatwi to życie wydziałom prowadzącym wiele kierunków, a z drugiej obniży koszty akredytacji. Oczywiście konieczne będzie opracowanie odrębnych kryteriów dla akredytacji instytucjonalnej, ale prace w tym zakresie są już w PKA prowadzone, a pewne elementy takiej oceny są już nawet wykorzystywane w ocenie programowej.

Nawiasem mówiąc w artykule Magdy Papuzińskiej w akapicie poświęconym działaniom PKA jest więcej błędów niż zdań. Po pierwsze pozytywna ocena jakości kształcenia zgodnie z ustawą i obowiązującymi przepisami oznacza spełnienie minimalnych wymagań, a nie „dobrą jakość nauczania”.  Wiedzą o tym wszyscy kierujący uczelniami i studenci tych uczelni, które PKA wizytowała. Po drugie PKA nie kontroluje uczelni – to czyni Ministerstwo – lecz ocenia jakość kształcenia. Po trzecie PKA dokonuje oceny nie uczelni, ale jednostki prowadzącej oceniany kierunek studiów. Oznacza to, że w większości polskich uczelni PKA była już wielokrotnie. Tylko w 2010 roku było ponad 600 wizytacji, z których 20 skończyło się oceną negatywną, a ponad 40 warunkową (co oznacza, że dostrzeżone usterki mają być naprawione w ciągu roku). Po czwarte w czasie wizytacji nie przegląda się dokumentów bo z tymi trzeba się zapoznać przed wizytacją w toku przygotowań do wizyty. W czasie pobytu na uczelni dokonuje się hospitacji, czyta prace dyplomowe, rozmawia ze studentami i pracownikami ocenianej jednostki uczelni. I po piąte w żadnym miejscu projektu ustawy nie mówi się o ocenianiu uczelni co dwa lata.

Co do prowokacji dziennikarzy „Gazety Wyborczej” to pokazała ona, że są chętni  do kupowania dyplomu. A temu nie zapobiegnie ani Minister ani system akredytacji. Akredytacja służy sprawdzeniu czy uczelnie realizują swe obietnice w ramach obowiązującego prawa!

Warto zauważyć, że prace nad projektem trwały praktycznie od początku obecnej kadencji parlamentu, a skala i liczba zmian upoważniają do oczekiwania, iż opublikowany zostanie tekst jednolity, choć pewnie właściwsze – ale już niemożliwe – byłoby po prostu uchwalenie nowej ustawy. Konieczność wprowadzenia zmian w obecnym prawie o szkolnictwie wyższym jest powszechnie akceptowana, choć proponowane – w toku trwającej już ponad dwa lata dyskusji – kierunki przekształceń często wzajemnie się wykluczały.

Oczywiście na skutki proponowanych obecnie zmian trzeba będzie poczekać co najmniej około pięciu lat, ponieważ – pomijając vacatio legis – niektóre zmiany będą mogły zostać ocenione po ukończeniu studiów przez studentów nowych kierunków, a zmiany dotyczące zarządzania kadrami przyniosą skutki w jeszcze dalszej perspektywie.

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj