szukaj
Rozmowa z najmłodszym powstańcem powstania warszawskiego
Strażnik czasu
Jerzy R. Grzelak w chwili wybuchu drugiej wojny światowej miał cztery lata, powstania dziewięć.
Jerzy R. Grzelak w swoim zakładzie zegarmistrzowskim na warszawskim Mokotowie.
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Jerzy R. Grzelak w swoim zakładzie zegarmistrzowskim na warszawskim Mokotowie.

Godzina „W” 1 sierpnia 1944 r. Patrol porucznika Stanisława Jankowskiego  „Agatona” z batalionu „Pięść” w drodze z Woli do Śródmieścia.
Wikipedia

Godzina „W” 1 sierpnia 1944 r. Patrol porucznika Stanisława Jankowskiego „Agatona” z batalionu „Pięść” w drodze z Woli do Śródmieścia.

Powstaniec z Mokotowa wychodzi z kanałów na terenie zajętym przez Niemców. Zdjęcie zrobiono prawdopodobnie gdzieś w alei Puławskiej pomiędzy ulicą Madalińskiego a Dworkową.
Deutsches Bundesarchiv (German Federal Archive/Wikipedia

Powstaniec z Mokotowa wychodzi z kanałów na terenie zajętym przez Niemców. Zdjęcie zrobiono prawdopodobnie gdzieś w alei Puławskiej pomiędzy ulicą Madalińskiego a Dworkową.

Mogiła powstańcza na Górnym Czerniakowie w Warszawie, początek 1945 r.
Wikipedia

Mogiła powstańcza na Górnym Czerniakowie w Warszawie, początek 1945 r.

Chwat - zdobyte przez powstańców niemieckie działo samobieżne, wbudowane w barykadę na Placu Napoleona.
Wikipedia

Chwat - zdobyte przez powstańców niemieckie działo samobieżne, wbudowane w barykadę na Placu Napoleona.

Żeby go wzięto do powstania, musiał naciągnąć metrykę, bo uczestnicy musieli mieć co najmniej 14. Dziś, w kolejną rocznicę wybuchu powstania, w swojej pracowni zegarmistrzowskiej cofa się do czasu wojny, okupacji i lat późniejszych.

Do mokotowskiej dziupli pana Jerzego, jak sam nazywa swój niewielki zakład zegarmistrzowski, co chwila wpadają klienci z zegarkami, ale na kilka dni przed obchodami kolejnej rocznicy wybuchu powstania zagląda też starsza pani. Upewnia się, że jak co roku 1 sierpnia wszyscy będą w Parku Dreszera, w czasie powstania wielkim cmentarzysku poległych, a potem przejdą szlakiem powstańczym w tej dzielnicy. – Nie jestem z powstania, ale jestem fanką. Muszę tam z wami być – mówi. Przez okno niewielkiego zakładu widać miejsca, gdzie przed 67 laty toczyły się powstańcze walki, których świadkiem i uczestnikiem był pan Jerzy, najmłodszy uczestnik powstania.

 

Kiedy wybuchło powstanie miał pan 9 lat. Dziś dzieci w tym wieku chodzą do szkoły, czytają „Dzieci z Bulerbyn” i na pewno nikt nie daje im broni, by walczyli o wolność. Pana dzieciństwo było inne.
Jerzy R. Grzelak
: Ależ ja też miałem swoje lektury! Pamiętam, że w szkole, która mieściła się przy ul. Wiktorskiej czytałem „Wspomnienia niebieskiego mundurka”. Rzeczywiście moje dzieciństwo nie było bardzo typowe. Mieszkałem w dostatnim domu, w kamienicy przy ul. Belgijskiej 3. Mieszkali tam wtedy lekarze, adwokaci, przedsiębiorcy. Mieliśmy gosposię, mną zajmowała się niania. Tata przed wojną był jednym z udziałowców firmy wydawniczej „Trzaska, Evert, Michalski”, która wydawała m. in. encyklopedie i książki historyczne. Mama pracowała z tatą, jeździli często do Lipska, gdzie drukowano te książki. Interes szedł świetnie, bo przecież wtedy nie było telewizji i ludzie więcej czytali, rodzice mieli sporo pieniędzy, które z chwilą wybuchu wojny okazały się nic nie warte, bo Niemcy zastąpili je nowymi banknotami. Byłem jedynakiem, przed wojną pamiętam, że bawiłem się z nimi w odgrywanie sztuczek, które widzieliśmy w cyrku. Z chwilą wybuchu wojny to wszystko się skończyło. Rodzice stracili pracę, mieli trochę oszczędności, ale to na długo nie wystarczyło. W czasie wojny i ja trochę próbowałem zarabiać, bo przecież często nie mieliśmy co jeść. Na rogu Belgijskiej i Puławskiej staliśmy jako dzieci z małą stolnicą przewiązaną do szyi i sprzedawaliśmy skręcone z byle czego papierosy.

A do tej szkoły chciało się chodzić czy łobuzował pan raczej?
Lubiłem chodzić do szkoły, a rodzice nie bardzo mi pozwalali łobuzować. Nie bardzo mogłem bawić się z dziećmi z sąsiednich podwórek, bo rodzice uważali, że to nie jest dla mnie odpowiednie towarzystwo. Z niektórymi kolegami z naszego domu sklejaliśmy modele statków, samolotów. Chodziłem też na ul. Rakowiecką na tajne lekcje historii Polski i języka polskiego. Pamiętam, że któregoś dnia dawaliśmy nawet przedstawienie. Tańczyłem wtedy krakowiaka i ucieszyłem się, widząc rodziców, którzy przyszli mnie zobaczyć, stali w drzwiach. To jedno ze wspomnień dzieciństwa.

Bo pan wciąż był dzieckiem. W wieku 9 lat również. Jak to w ogóle możliwe, że wzięli Pana do powstania?
Oczywiście koledzy orientowali się, ile miałem lat, ale zapytali mnie, ile bym chciał mieć. No to dołożyłem więcej niż pięć… Zresztą, to nie było takie oczywiste i automatyczne. Przed wybuchem powstania w ogóle nie było żadnych nazw. Nie wiedzieliśmy, że jesteśmy w Armii Krajowej. Do mojego ojca, który przed wojną był był żołnierzem 26. Pułku Ułanów, piłsudczykiem, a w czasie wojny działał w konspiracji, przyszli któregoś dnia koledzy i zlecili mi pewne zadanie. To było jeszcze przed powstaniem. Piętro wyżej nad nami mieszkała pewna pani z 16-letnim synem o dość lekkich obyczajach. W jej mieszkaniu odbywały się orgie z udziałem Niemców. Koledzy ojca wiedzieli, że odwiedza ją również jakiś Ukrainiec i mnie poproszono, bym przez jakiś czas dokładnie zapisywał godziny jego przyjścia i wyjścia. Okazało się, że był to konfident, który podstępem wszedł w struktury podziemia i szpiegował na rzecz Niemców. Wykonałem swoje zadanie, a tego Ukraińca zastrzelili na naszej ulicy jakiś czas potem. Miałem też inne zadania. Koledzy kazali mi na przykład obserwować jakiś adres. Któregoś dnia zrobiliśmy w kinie „Olimp” przy Puławskiej akcję wpuszczenia gazu na salę. Wiadomo, że „tylko świnie siedzą w kinie”, a my chcieliśmy wykurzyć stamtąd ludzi. Kiedy koledzy wpuszczali tam gaz, ja z kolegami stałem na szpicy przed kinem. Miałem też zadanie zbierania puszek po Sidolu, środku do czyszczenia klamek. Z tego starsi koledzy robili bomby; wkładali gwoździe, trochę prochu, spłonkę. Były inne akcje. Na rogu Madalińskiego i Puławskiej, na domu Wedla Niemcy wieszali taką wielką flagę z ostatniego piętra aż do dołu z ogromną swastyką. Brało się żarówkę, wierciło pilniczkiem małą dziureczkę, do niej atrament, zaklejało plasteliną i zrzucało „bombkę” na flagę. Udało mi się kilka zrzucić… Ale była zabawa!

Zabawa? Przecież za takie coś mógł pan zginąć. Rozumiem, że te zadania to był pański chrzest bojowy. Musieli pana sprawdzić.
To oczywiste. Kilkanaście dni przed powstaniem złożyłem przysięgę w stolarni przy ul. Boryszewskiej. Odbierał ją ode mnie mój kolega Zbyszek Wroński, pseudonim „Kret”. Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, kiedy będzie powstanie. Niestety to zaświadczenie, jakiś czas po wojnie straciłem w czasie kipiszu, jaki esbecja urządziła mi w domu, po tym, jak wydało się, że brałem udział w przeniesieniu głazu. Miał upamiętnić naszych kolegów, którzy zginęli na górce na rogu Puławskiej i Dolnej w czasie powstania. Taki głaz znaleźliśmy na polach czerniakowskich. Potrzebny był dźwig, żeby przenieść go na górkę przy Puławskiej. Akurat przy Belwederskiej budowali biuro radcy handlowego ambasady radzieckiej. Poszedłem i mówię, że potrzebuję coś przewieźć, zapłacę. Jeden dźwig nie dał rady, potrzebny był większy. W końcu go przywieźliśmy. Czarną farbą namalowałem na nim powstańczą kotwicę, napisałem „Granat” i rok 1944. Następnego dnia rano na głazie pojawiła się tabliczka „Głaz narzutowy, jego przenoszenie jest wzbronione”. Kilka dni potem wzdłuż Puławskiej pojawiło się, niewiadomo skąd, kilka innych głazów. Mnie zamknęli na Rakowieckiej, i wtedy przepadło mi to zaświadczenie z zaprzysiężenia.

Wracając do powstania. Jak się pan dowiedział, że wybucha?
1 sierpnia ojciec założył marynarkę w angielskim stylu, czapkę i rano wyszedł z domu. Mama płakała, bo przyznał się jej, że to dziś. Jakieś kanapki mu zrobiła. Przed wyjściem uspokajał ją, powiedział „Niusieńka - bo mama miała na imię Anna - to potrwa kilka godzin, najwyżej trzy dni”. Okazało się potem, że zginął w Śródmieściu, niedaleko Alei Róż trzeciego dnia powstania.

A jaki był ten pierwszy dzień powstania?
Byliśmy na strychu w jednym z budynków przy Belgijskiej i kolega w pewnej chwili zobaczył samolot, usłyszeliśmy strzały. Wtedy wiedzieliśmy, że się zaczęło. Wyszliśmy na ulicę, mnie postawili przy Konduktorskiej. Miałem kierować naszych na Belgijską 5, gdzie mieliśmy sztab w jakimś mieszkaniu. Miałem opaskę, przepustkę, żeby móc przechodzić przez nasze posterunki, zadania. Zlecano mi głównie przenoszenie listów, paczek, lekarstw, czasami amunicji. Nie strzelałem, bo koledzy mi nie pozwalali.

 

Czytaj także

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj