Ciuchy na kilogramy
Świat szmat
Na początku tego wieku lobbyści przemysłu odzieżowego chcieli zlikwidować handel używaną odzieżą. Lub przynajmniej go poddusić, żeby nie stanowił zagrożenia. Nic z tego. Lumpeksy, szmateksy, second handy kwitną, a wraz z nimi coraz liczniejsza i coraz bardziej zróżnicowana klientela.
Gdy kryzys przyciśnie, tłum zubożałych Polaków rzuci się, być może, do second handów.
Wojciech Artyniew/Forum

Gdy kryzys przyciśnie, tłum zubożałych Polaków rzuci się, być może, do second handów.

Pokaz mody odzieży z lumpeksów.
Maciej Macierzynski/Reporter

Pokaz mody odzieży z lumpeksów.

Klienci byle szmaty nie kupią. Szukają dobrych sztuk. A tych coraz mniej, bo zachodni kryzysowi nie wyrzucają już ubrań po jednym sezonie.
net_efekt/Flickr CC by 2.0

Klienci byle szmaty nie kupią. Szukają dobrych sztuk. A tych coraz mniej, bo zachodni kryzysowi nie wyrzucają już ubrań po jednym sezonie.

Kiedy miałam dziewięć lat, moja matka złapała fazę na lumpeksy. Wtedy to było najgorsze – szmaciara, brudas, biedak” – pisze dziewczyna w Internecie, gdzie lumpeksowe fora z poradami są rekordowo odwiedzane.

Kolejne donaszanie ubrań w rodzinie było od zawsze oznaką nie tyle oszczędności, ile biedy. Pani oddawała niemodne sukienki służącej. Do dziś ksiądz w parafii rozdaje ubrania biednym. Dlatego Ukrainki sprzątające u Polek nie mogą się początkowo nadziwić, że pani domu kupuje w lumpeksach. Po kimś.

Motyle PRL

Nie tyle niechęć higieniczna, że nie wiadomo po kim, lecz poczucie, że w ogóle po kimś, sprawiły, że resztki dawnego wstydu zachowały się do dziś. Agnieszka, sprzedawczyni z Ciuchów przy Grójeckiej w Warszawie, mówi, że zdarzają się panie, które proszą o nieprzezroczyste torebki, bo nie chciałyby, żeby ktoś ze znajomych zobaczył, że niosą używane rzeczy.

„Kiedyś oglądałam się pięć razy, nim weszłam do lumpka. Teraz wchodzę z podniesioną głową” – pisze internautka. „Jestem wychowana w domu, gdzie upolowanie czegoś boskiego w lumpeksie było zawsze powodem do dumy, a nie wstydu” – pisze druga.

Dla wielu klientek lumpeksów, które się nie wstydzą, kupowanie tam ubrań jest przedłużeniem ubierania się w dzieciństwie. Alina, kupująca w ciuchach (nie wstydzą się, ale nie chcą podawać nazwisk), mówi, że zawsze dostawała ubrania z opieki społecznej. Musiała nosić to, co przyniosła matka w siatkach. Bardzo brudne opłacało się wyrzucić, oszczędzając pralkę, proszek, prąd i szło się po następne.

Agnieszka z ciuchów opowiada, że jeden z klientów kupuje kolejne marynarki, wyrzucając przybrudzone, bo ze względu na koszt pralni chemicznej nie ma sensu ich prać.

Z noszeniem po kimś był wyjątek: ciuchy od rodziny z Ameryki. Można je było założyć nawet na okazje. Nie były to bure garsonki, rzucane do sklepów w dziki tłum kolejkowy, ani nawet rzeczy ze wspaniałych bielskich wełen lecz w kolorach garniturów partyjnych. Pachniały dolarami. Na drodze do lumpeksów zrobiły pierwszy wyłom mentalny.

Już we wczesnym PRL studentki i młode urzędniczki jeździły na bazar do Nowego Targu czy Rembertowa pod Warszawą po amerykańskie elastyczne bluzki z golfem, barwne sweterki zapinane na przezroczyste guziczki. Albo bodaj po same guziki. Także po włóczkę z poprutych przez handlarki zniszczonych swetrów, przetykaną złotą nicią lub wymyślnie skudłaconą. Dziewczyny robiły z niej na drutach świetne kreacje. Paradowały potem w tym odzieżowym rozpasaniu po Krakowskim Przedmieściu, zwłaszcza te z ASP – motyle PRL.

Pewnie coś się z tych tęsknot za oryginalnością w nas przechowało – mówi Mirek Gryń, nasz znakomity rysownik, bywalec szmateksów.

Tylko nie klony

Gdy kryzys przyciśnie, tłum zubożałych Polaków rzuci się, być może, do second handów. Owszem, kupują w nich, jak kiedyś, robotnicy i rolnicy rzeczy do roboty. Jak też panie – do krzątaniny w ogrodzie i po domu oraz grube, dla których nie ma ubrań w zwykłych sklepach, wreszcie matki z rodzin wielodzietnych i emerytki. Ale pracownice warszawskich lumpeksów twierdzą, że biedniejsi nie są najliczniejszą grupą klientów.

Potwierdza to Katarzyna Widemska z lumpeksu w Lesznie. Klienci mają coraz wyższe wymagania. Byle szmaty nie kupią. Szukają dobrych sztuk. A tych coraz mniej, bo zachodni kryzysowi nie wyrzucają już ubrań po jednym sezonie (ponadto konkurencją dla odbiorców są Ukraińcy – dają podobno lepsze ceny). Tego zdania jest także Emilia, sprzedawczyni z ogromnego lumpeksu w Piekarach Śląskich, w którym jeszcze do niedawna mieściło się kino.

Do mniejszych miejscowości trafia często posklepówka, towar, który w dużych miastach się nie sprzedał. A tymczasem tam – tak jak i w metropoliach – ludzie szukają rzeczy oryginalnych, a nie ciuchowych klonów, i firmówek.

Ważne są metki. – Weszłam do lumpeksu z samego rana – opowiada Wioletta w sklepie przy Al. Jerozolimskich w Warszawie. – Przebieram w wieszakach ze spodniami i aż mnie zatkało. Wisi Christian Lacroix nr 32, jakby uszyty specjalnie dla mnie. W pół godziny później już by go nie było.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj