Tydzień w polityce według Paradowskiej
Mglisto, coraz mgliściej
Olek nas nie zdradził – taki radosny mail docierał w czwartek i w piątek ubiegłego tygodnia do prominentnych działaczy Ruchu Palikota.

Można było odetchnąć z ulgą. Wprawdzie ostatni sondaż preferencji wyborczych pokazał, że partia Palikota może liczyć na 2 proc. poparcia, ale przecież jest Olek, a Olek może dać nawet 25 proc. Martwić się powinien za to Leszek Miller, któremu dzień wcześniej Kwaśniewski, przy świadku Oleksym, obiecał, że przyjdzie na kongres lewicy, i to bez Palikota. Nic nie jest jednak pewne, bo okazało się, że na ten sam dzień palikotowcy zaplanowali (zrobili to już dawno) wiosenną, lewicową majówkę i też byłego prezydenta zaprosili. Pozornie rozwiązuje to palący problem, kto kogo powinien zaprosić.

Jeśli Palikot ma własną majówkę, to nie może być na kongresie Millera. Tym samym znika powód, dla którego Kwaśniewski żąda obecności Palikota na kongresie pod patronatem SLD (choć wcześniej nie żądał, co Oleksy wyjaśnił w specjalnym oświadczeniu). Dylematu: dokąd pójść? byłemu prezydentowi to jednak ostatecznie nie rozwiązuje, bo Kwaśniewski chce być tam, gdzie wszyscy, a wszyscy będą oddzielnie. Czyli właściwie nie powinien pojawić się nigdzie.

Tu jednak wyrasta nowy problem, bo jeśli nie będzie nigdzie, to nie stworzy Europy Plus, na której mu szczególnie zależy, gdyż tylko ona może wykorzystać jego potencjał polityczny. Istnieje też groźba, że bez Kwaśniewskiego na czerwcowej majówce poparcie dla Palikota jeszcze bardziej spadnie, chociaż już niewiele zostało...

Czy ktoś rozbierze tę lewicową, a nawet centrolewicową łamigłówkę? Bo jest jeszcze osamotniony nagle Ryszard Kalisz, który wyleciał z SLD i nie chce być z Palikotem, z którym chce Kwaśniewski? Oczywiście Kalisz nie chce też być z Millerem. Ale i Miller ma kłopot, bo będzie musiał lada dzień wyrzucić z Sojuszu prof. Krzysztofa Szamałka, który został (choć po nominację nie przybył) regionalnym pełnomocnikiem Europy Plus. Wielka lewicowa formacja poród ma niezwykle trudny, skoro jednak ma być wielka, to i bóle porodowe muszą być ogromne. Czekamy niecierpliwie na dalszy ciąg serialu. Na razie warto zauważyć, że słowo „zdrada”, dotąd eksploatowane intensywnie głównie na prawicy, zaczęło się pojawiać także na lewej stronie, czyli zdrada szerzy się wszędzie.

W tygodniu za to nie przebiła się do opinii publicznej wiadomość ważna, dotycząca jednego z bohaterów ostatnich dni. Oto ostatecznie i prawomocnie umorzone zostało śledztwo w sprawie operacji ZEN, czyli akcji rozpoznawczej polskich służb wojskowych w Afganistanie, napiętnowanej jako patologia w raporcie z likwidacji WSI i skierowanej przez Antoniego Macierewicza do prokuratury. Stwierdzono, że żadnych patologii i nadużyć finansowych nie było. To jedna z kilkuset spraw „wykrytych” przez Macierewicza i jego fachowców, mających obciążyć wojskowe służby specjalne, która kończy się porażką głównego specjalisty od służb IV RP.

Informacja przemknęła prawie niezauważona, być może także dlatego, że powodowała dodatkowy ambaras. Raport skierował przecież do publikacji prezydent Lech Kaczyński, a tu krok po kroku okazuje się, że nie był to ważny i poważny dokument, ale luźna fabuła, zrodzona w dużej mierze z imaginacji i silnych politycznych przekonań Macierewicza. Przypominanie o tym w chwili, kiedy na Krakowskim Przedmieściu trwało intensywne „wydeptywanie” miejsca pod pomnik nieżyjącego prezydenta, można byłoby rzeczywiście uznać za niestosowne, gdyby nie to, że Macierewicz akurat sam o sobie przypomniał opowieścią o trzech osobach, które miały przeżyć katastrofę smoleńską, oraz oskarżaniem komisji ministra Millera o fałszowanie dokumentów.

Ileż to już lat Antoni Macierewicz bezkarnie, ciągle chroniony immunitetem poselskim, wprowadza w błąd nie tylko opinię publiczną, ale także prokuraturę? Policzyć trudno. Ale czy kilkaset nieprawdziwych zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa nie oznacza, że świadomie składa fałszywe zawiadomienia dla uzyskania politycznego, propagandowego profitu? Może więc warto wszystko policzyć i sięgnąć po stosowne artykuły Kodeksu karnego, a nie udawać, że przecież to wszystko bzdura, a więc trudzić się nie warto. Tym bardziej że tzw. raporty smoleńskiego zespołu Macierewicza powstają w Sejmie i zaczynają być porównywane z oficjalnym raportem instytucji państwowej, jaką była komisja ministra Millera. Ostatnio zespół doczekał się już nawet bezpośrednich transmisji telewizyjnych (czego się nie robi dla oglądalności?).

Trochę mnie jednak dziwi, że nawet prezes PAN prof. Michał Kleiber chciałby już międzynarodowej komisji wyjaśniającej „wątpliwości”, a przynajmniej jakiegoś nowego, specjalnego zespołu. Prezes PAN – kwestionujący dorobek komisji Millera i tym samym pracujących w niej polskich naukowców, przy okazji niezostawiający suchej nitki na prokuraturze, prowadzącej, także z udziałem polskich naukowców, własne śledztwo – to doprawdy sytuacja nietuzinkowa. Może jednak kierownictwo PAN zastanowiłoby się najpierw nad kondycją, także moralną, środowiska naukowego, które nie uważa za stosowne, by z własnej inicjatywy, dla zasad i etosu nauki, prostować oczywiste brednie tzw. ekspertów Macierewicza i bronić dokumentu państwowego, jeśli już nie stać go na własne analizy. W ostatnich dniach to głównie prof. Paweł Artymowicz z uniwersytetu w Toronto ratował honor polskich uczonych. Wszyscy inni pogubili się w smoleńskiej mgle?

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj