szukaj
Oszukani dwudziestolatkowie
Pokolenie poczekalni
A oni ciągle nie dorośli. Nawet mimo trzydziestki na karku nie wiedzą, kim są i co ze sobą zrobić. Nie biorą za nic odpowiedzialności. To my ich tak urządziliśmy.
Specjaliści podkreślają, że jeśli cokolwiek może pomóc młodym, to praca.
Getty Images/FPM

Specjaliści podkreślają, że jeśli cokolwiek może pomóc młodym, to praca.

Tych młodych z pokolenia wiecznej poczekalni, dzisiejszych 19-, 29-latków, jest w Polsce ponad 6 mln. I w tej skali to społeczny problem.
EAST NEWS

Tych młodych z pokolenia wiecznej poczekalni, dzisiejszych 19-, 29-latków, jest w Polsce ponad 6 mln. I w tej skali to społeczny problem.

Polskie bezrobocie młodych jest wyższe niż średnia unijna (30 proc. wobec 20 proc.). Z 2 mln Polaków przebywających za granicą 1,4 mln to ludzie poniżej 40 roku życia.
BEW

Polskie bezrobocie młodych jest wyższe niż średnia unijna (30 proc. wobec 20 proc.). Z 2 mln Polaków przebywających za granicą 1,4 mln to ludzie poniżej 40 roku życia.

Czytaj także

Mama Olgi, wciąż niesamodzielnej życiowo 27-letniej inżynier architektury, pyta retorycznie: – Ja w jej wieku miałam już dwoje dzieci, stałą pensję i miejsce w kolejce po mieszkanie. A ona? Widzi, że coś jest nie tak, ale czuje się bezradna. Nie stać jej, by kupić córce mieszkanie. Mogłaby wynająć, ale Olga nie zarabia nawet tyle, żeby się utrzymać. Choć pracuje. Konkretnie: jakieś dziesięć posad w kilka lat. W biurze architektonicznym, gdzie nie doczekała się obiecanej umowy, w portalu, który nigdy jej nie zapłacił za teksty, na recepcji – jako stażystka. I tłumaczka; prawnicze artykuły z angielskiego, jak się okazało, też tłumaczyła za darmo. Najgorszy był telemarketing, choć tam akurat płacili: 6 zł za godzinę.

Są tacy, co mieszkanie dziecku kupują. Jest już w Polsce grupa ludzi, którzy mogą sobie na to pozwolić, traktując taki lokal jako inwestycję, zabezpieczenie na własną starość. Ale potem muszą jeszcze dać na życie. Zwykle tłumacząc sobie, że to taki parapodatek na młodych, konieczność historyczna. Ale i frustrują się, dźwigając odpowiedzialność za dorosłe już dzieci (czemu zwykle towarzyszy konieczność pomagania własnym, wymagającym coraz intensywniejszej opieki rodzicom). Dr Anna Stankiewicz-Świtała z Warszawy, matka dwójki dwudziestokilkulatków, pomoc dla młodych stara się traktować jako stymulację do rozwoju. – Większość rodziców z mojego środowiska wspiera swoje dzieci, także pomagając w zdobyciu lokum, i to jest normalne. To pokolenie potrzebuje trochę więcej czasu na usamodzielnienie się. Życie jest coraz droższe, a z kredytem na 30 lat nie żyje się łatwo, więc już lepiej, gdy pomoże rodzic. Pod warunkiem, że taka pomoc działa w obie strony.

A jeśli nie mieszkanie, to choć przelewy na konto i zaopatrzenie – jak w przypadku Marioli Dziedziny albo Marii Haniak z Sanoka. Pierwsza ma córkę w Poznaniu, druga jest matką dwójki już po studiach. Jedno w Toruniu, drugie w Poznaniu: – Ich zarobki w stosunku do kosztów utrzymania są po prostu niewystarczające – opowiada – dlatego pomagam w ramach możliwości. Spłacam raty kredytu studenckiego, podsyłam gotówkę i słoiki.

Niektórzy wertują informatory, licząc, że może znajdą jakiś kurs, pomogą dorosłemu dziecku ukonkretnić zawód. Matka Pawła chciała nawet wyłożyć pieniądze na studia MBA, ale Paweł twierdził, że nie warto. Jeszcze inni irytują się na ten świat – na konto swoich dzieci. Jak rodzice Wojtka, teraz już pod trzydziestkę. Którzy mają na karku nie tylko bezrobotnego syna, ale i poczucie winy. Wojtek po dyplomie (ekonomia) dostał propozycję pracy za 1,8 tys. zł brutto w mieście wojewódzkim, w którym skończył studia. Jego rodzice obruszyli się, że to śmiesznie mało. Przecież syn ma nie tylko dyplom i bardzo dobrą średnią ze studiów, ale też znajomość trzech języków i zagraniczne stypendium w CV. I ściągnęli go z powrotem do domu, do małego miasteczka na Dolnym Śląsku, żeby szukał dalej. Od czterech lat nic nie znalazł. W wolnych chwilach gotuje. Specjalizuje się w kuchni włoskiej, przepisy ściąga z Internetu. Zaczął nawet uczyć się włoskiego. Teraz ojciec namawia syna na roczną szkołę gastronomiczną. Może jakiś szef kuchni w perspektywie?

Wielu próbuje coś dzieciom załatwić przez znajomych. Albo organizuje latorośli kancelarię czy gabinet, coraz bardziej utwierdzając się jednak w przekonaniu, że wychowali niezaradnego młodego człowieka, który sam na nogi nie stanie.

Czy to nasza, pokoleniowa wina – pytają? Wina nadgorliwości, lokowanych w dzieciach własnych niespełnionych ambicji czy raczej warunki obiektywne, że dzieci trafiły na czas reformy edukacji, załamania rynku pracy, kryzysu gospodarczego w całej Europie. I eksplozji Internetu, który nimi zawładnął, zabrał im cały czas i dał złudzenie, że prawdziwy świat jest gdzie indziej?

Tych młodych z pokolenia wiecznej poczekalni, dzisiejszych 19-, 29-latków, jest w Polsce ponad 6 mln. I w tej skali to społeczny problem.

My, rodzice

To pierwsze ogniwo. Chcieliśmy dać swoim dzieciom to, czego sami nie mieliśmy, a nawet jeszcze więcej. Dzieciaki musiały mieć wszystko, co najlepsze, ale my sami akurat robiliśmy kariery, próbowaliśmy odnaleźć się w nowej rzeczywistości, więc dla dzieci mieliśmy wszystko oprócz czasu. Zajmowaliśmy się nimi raczej z doskoku, dowożąc nowymi samochodami do przedszkoli czy szkół. I tak całe pokolenie z tylnego fotelika oglądało świat zza szyby samochodów, debiutując z komunikacją miejską pod koniec gimnazjum albo dopiero w liceum. Nie bawiło się na podwórku i ulicy, bo to niebezpieczne, dorastało w chronionych osiedlach bez szans na konfrontację z wyzwaniami. Maraton zajęć dodatkowych wypełniał cały wolny czas. Życie uczyło nasze dzieci, że mają spełniać tylko proste wymagania, a poza tym wszystko im się należy.

Oczywiście nie wszyscy mieszkali w zamkniętych osiedlach. Ale aspiracje dotyczące przyszłych karier dzieci przy jednoczesnym chronieniu ich przed realiami życia były powszechne.

Szkoły

W dodatku ci młodzi pechowo trafili akurat na początki eksperymentów z gimnazjami oraz testomanię. Zdaniem specjalistów od edukacji przećwiczyli na sobie wszelkie plagi i wyszli ze szkół okaleczeni społecznie. W tym systemie nie mieli gdzie ćwiczyć podstawowych umiejętności współpracy, działania w grupie, niesztampowego myślenia, krytycyzmu. Zakuwali i uczyli się pisać wypracowania „pod klucz”.

Potem nowa rynkowa rzeczywistość stworzyła dla pokolenia Y (tak socjologowie określają urodzonych między 1985 a 1995 r.) oszukańcze studia. Nabrały się na to nie tylko igreki, ale i ich rodzice, pokolenie X. Oni wmawiali dzieciom, że jak będzie dyplom i do tego przynajmniej dwa języki, świat stanie otworem.

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+