Wigilia u Tusków

Przyznaję bez bicia – nie przepadam za świętami Bożego Narodzenia. Oczywiście, podoba mi się choinka, dzieci wyczekujące na prezenty, Mikołaj, sanie i renifery. Ale już w połowie grudnia nie mogę słuchać radia RFM Classic, ponieważ liczba sezonowych piosenek i kolęd na godzinę przewyższa moje możliwości absorpcji. Już od rana straszy „Last Christmas I gave you my heart”, jak w katarynce. Ilość jedzenia, jakie towarzyszy świętom, odbiera apetyt. Na tydzień przed Wigilią odrzuca człowieka od stołu.

Sklepy są takie nachalne, że omijam je szerokim łukiem. Rezultat: jedną ręką trzymam się za brzuch, drugą za portfel, uszy zatykam, a oczy zamykam, bo z góry wiem, co zobaczę nawet w moim macierzystym tygodniku: na okładce święty obrazek, a w środku nabożeństwo celebrowane przez kapelana POLITYKI (oby żył sto lat!).

Przy świątecznym stole należy pozostawić jedno miejsce dla głodnego wędrowcy. W tym roku myślę o niedożywionych kibolach z Włoch, którzy – biedacy!

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj